Jednak już w 2025 r. przebiły dochodami filmy fabularne, też skądinąd szybko rosnący tu segment. Co więcej, stały się kolejnym miejscowym przebojem eksportowym, podbijającym Stany Zjednoczone, Japonię, Koreę Południową, Tajlandię, Malezję, a ostatnio Amerykę Łacińską, kierują się ku Europie (lokalnym centrum jest Londyn), z apetytem na Bliski Wschód i Afrykę.
W czym tkwi ich siła? Mikrodramaty to skondensowane historyjki, rodzaj opery mydlanej na sterydach: wszystko tu ma być efektowne, na granicy kiczu, dziać się szybko („nie ma czasu, od razu trzeba się całować”), a na koniec odcinka musi być haczyk zachęcający do obejrzenia kolejnego. Silne są tu wpływy estetyki TikToka i jego lokalnego odpowiednika Douyin, gdzie ten fenomen wystartował w 2018 r.
Takich odcinków bywa kilkadziesiąt, pojawiają się na platformach streamingowych, pierwsze kilka jest za darmo, jak dawka narkotyku. To produkt dla ludzi zabieganych, dojeżdżających, korzystających z każdej wolnej chwili. Produkcja jest szybka i tania, od razu też widać, co wciąga widzów: hity się kontynuuje, resztę błyskawicznie ugrabia i gra dalej. A algorytm pomaga im wybrać dokładnie to, od czego są uzależnieni. W 2025 r. powstało co najmniej 200 tys. takich wariackich seriali, również w wersji animowanej, a rynek według zgodnych szacunków wart był 14 mld dol. Chińskim Hollywood mikrodramatów stało się 13-milionowe tanie Zhengzhou, z przemysłem w kryzysie, gdzie pustostany zamieniono na studia.
Sztuczna inteligencja wszystko jeszcze potaniła i przyspieszyła, od scenariuszy po montaż, a także uatrakcyjniła wizualnie, aktorzy też są coraz częściej sztucznie generowani, często z wykorzystaniem prawdziwego wizerunku (co rzecz jasna rodzi rosnące problemy z własnością intelektualną i prawami autorskimi).