Dwaj najpotężniejsi politycy na Wyspach właśnie się minęli w parlamencie. Pierwszy z nich, Andy Burnham, w poniedziałek w praktyce zapewnił sobie nominację na premiera Wielkiej Brytanii. Drugi, Nigel Farage, obciążony kolejnymi zarzutami finansowymi, zrezygnował z miejsca w parlamencie – jak twierdzi – tylko po to, aby wrócić jeszcze silniejszym.
Najpierw Burnham. Ten były burmistrz aglomeracji Manchesteru, najpopularniejszy dziś polityk lewicowej Partii Pracy, zostanie premierem prawdopodobnie już 20 lipca. To skutek kryzysu dotychczasowego gabinetu Keira Starmera, który mimo wyraźnego zwycięstwa wyborczego w 2024 r. jako lider zawiódł na całej linii. Aby go zastąpić, 56-letni Burhnam musiał najpierw wrócić do parlamentu, co udało mu się w czerwcu. Gdy zaraz potem Starmer zapowiedział swoją rezygnację, w Partii Pracy rozpoczął się proces wyboru nowego lidera i – siłą rzeczy – nowego premiera. Każdy chętny na to stanowisko musiał najpierw zdobyć poparcie 20 proc. posłów tego ugrupowania, czyli 81. Burnham w poniedziałek miał ich już ponad 323, co oznacza, że nikt inny nie mógł już zebrać 81 wymaganych głosów. Jako jedyny kandydat w czwartek zostanie automatycznie liderem Partii Pracy, a po audiencji u króla 20 lipca – również szefem rządu.
Jego następcą – w perspektywie kolejnych wyborów – chce zostać Nigel Farage, lider skrajnie prawicowej i antyimigranckiej partii Reform UK, która od roku prowadzi w brytyjskich sondażach. Jednak jej przewaga topnieje, a na dodatek sam Farage ma problemy. Najgłośniejsza sprawa dotyczy „podarunku” w wysokości 5 mln funtów (ponad 25 mln zł), jaki otrzymał od biznesmena z branży kryptowalut i nie zgłosił tej sumy w rejestrze korzyści polityków. Farage, wielki zwolennik liberalizacji rynku krypto, dziś bagatelizuje sprawę, twierdząc, że te pieniądze poszły na jego ochronę.