Karaluchy na ulicach
Karaluchy na ulicach. Bunt młodych w Indiach przybrał oceaniczne rozmiary. Już się nie boją
Przez ponad miesiąc młodzi Indusi prowadzili pokojowy protest w pobliżu Dżantar Mantar. To zabytkowe obserwatorium astronomiczne, 20 minut spacerem od siedziby parlamentu w New Delhi. Gdy 20 lipca parlament miał zacząć letnią sesję, sprawy przybrały gwałtowny obrót. Po brutalnym ataku policji na protestujących, który zmobilizował jeszcze większe rzesze studentów i ich zwolenników, władza ustąpiła. Choć nie od razu i – być może – nie na zawsze.
Premier Indii Narendra Modi najpierw próbował obłaskawić manifestujących specjalnym wystąpieniem online, ale wywołał tylko falę kpin. Wreszcie do dymisji podał się minister edukacji Dharmendra Pradhan, czego domagali się młodzi. To kara za fatalne działanie resortu odpowiedzialnego za egzaminy, od których zależy przyszłość studentów. Odnieśli oni jednak jeszcze większe zwycięstwo. Pierwszy raz rząd Modiego ustąpił pod naporem nastrojów społecznych. Młodzi przełamali atmosferę strachu, która powstrzymuje wiele środowisk przed krytykowaniem rządu.
W okolicy Dżantar Mantar zebrali się zwolennicy młodziutkiej, liczącej zaledwie dwa miesiące organizacji satyrycznej Cockroach Janata Party (Ludowa Partia Karaluchów), która wbrew nazwie nie jest ugrupowaniem politycznym, ale zrzeszeniem młodych. Ci są oburzeni, że indyjski establishment traktuje ich jak szkodniki. „Karaluchami” i „darmozjadami” w połowie maja określił ich Surya Kant, prezes Sądu Najwyższego, mówiąc o młodych bezrobotnych. Nie zdawał sobie sprawy, jakie konsekwencje wywołają jego słowa.
W Indiach mieszka 375 mln osób między 15. i 29. rokiem życia. To największa młoda populacja na świecie. Już dzień po wystąpieniu sędziego w serwisie X, nieznany z wcześniejszej działalności publicznej 30-latek Abhijeet Dipke napisał: „A co, gdyby tak wszystkie karaluchy się połączyły?