Świat współczuje Nepalowi i Tybetowi. Rankiem 26 sierpnia oberwał się fragment jednego z topniejących nepalskich lodowców. Lawina lodu, wody, błota i skał przeszła nepalsko-tybetańskim pograniczem i popędziła w dół dolin rzek Bhote Kośi i Triśuli, zabierając po drodze całe miejscowości. Wstrząs sejsmiczny wywołany obrywem osiągnął magnitudę 5,2. Do końca miesiąca w Nepalu odnaleziono ciała blisko tysiąca ofiar i poszukiwano ponad 4 tys. osób. W Tybecie odszukano 16 ofiar śmiertelnych, pół tysiąca uznawano za zaginione. Wśród poszkodowanych znaleźli się mieszkańcy, budowniczowie elektrowni wodnych i turyści.
Skutki katastrofy będą odczuwalne przez lata. Lawina spustoszyła doliny, znikło kilkadziesiąt mostów, uszkodzone są główna droga do Chin i szlaki wykorzystywane przez himalaistów. Trudności jest więcej. Gospodarkę duszą następstwa wojny z Iranem, w tym spowolnienie, wysokie ceny paliw i zmniejszony ruch turystyczny. To pierwszy tak poważny kryzys, z którym musi się mierzyć nowy nepalski rząd. Na jego czele stoi od wiosny premier Balendra Śah. 36-letniego rapera i byłego burmistrza Katmandu wyniosły do władzy protesty obywateli z pokolenia Z, oburzonych porządkami dotychczasowej elity politycznej.
Akcja ratowniczo-poszukiwawcza została ograniczona szczupłością zasobów i intensywnością monsunowych deszczów. Z początku Śah nie zgadzał się na udział zagranicznych ekip, wzywał do słania wsparcia finansowego. Mógł o tym przesądzić styl premiera, oskarżanego przez krytyków o autorytarne zapędy. A także pamięć o fatalnej koordynacji z 2015 r., gdy po trzęsieniu ziemi do Katmandu przyjechało bardzo wielu ratowników. Chodzi też o granicę z Tybetem, izolowanym przez Pekin. Zresztą Chiny o sytuacji po swojej stronie informują bardzo oszczędnie, sącząc wiadomości z Tybetu ograniczone do propagandowych haseł.