Mściciel z urzędu
Kuchenne rewolucje w Indiach. Bezlitosny inspektor z Mumbaju stał się postrachem najlepszych restauracji
Wąską uliczkę prowadzącą na zaplecze słynnego hotelu Taj Palace w Mumbaju łatwo przeoczyć. Jej patronem jest Naoroji Furdunji, XIX-wieczny obrońca religii zoroastriańskiej, dziś zapomniany. I to nie z jego dokonań słynie ten zaułek, a z tanich i pysznych kebabów Bademija, serwowanych przez maleńką restaurację na rogu, po zmroku wystawiającą ruszty i głośniki na ulicę.
W weekendy tłum wypełnia okoliczne uliczki usiane podobnymi lokalami. Kłębi się życie, trwa impreza. W górę idzie dym i aromat marynowanego w przyprawach mięsa. Muzyka dudni, wtórują jej klaksony z głównej arterii Colaby – historycznej dzielnicy Mumbaju, którą Brytyjczycy wypełnili okazałymi budowlami sądów, kancelarii, urzędów i kin.
Lepkie ślady
W restauracji New Apollo, tuż obok kultowych kebabów, od co najmniej 25 lat siedzi za kasą ten sam mężczyzna. Siwiejącą brodę farbuje na rudo, zgodnie z popularną wśród leciwych muzułmanów modą, a przerzedzone włosy przykrywa białą czapeczką. W środku, jak zwykle, spory ruch.
W menu potrawy te same od dziesięcioleci. Kurczak i pszenne placki z pieca tandoori, baranina, warzywa duszone w sosach. Na deser firni, ryżowy pudding z kardamonem. Kelnerzy w poplamionych uniformach, szurając klapkami, stawiają na stoliku szklanki z filtrowaną wodą. To na powitanie i tylko dla miejscowych. Kto przyjechał z daleka, przytomnie zamawia wodę mineralną, by się nie zatruć.
Kelnerzy szybko donoszą dania wybrane z menu, chronionego powłoką z laminatu, ale i tak naznaczonego lepkimi śladami cudzych palców. W dłoniach mają nieodłączne metalowe tace i bure ścierki nie pierwszej świeżości, którymi przed podaniem jedzenia przecierają drewniane stoły. Resztki lądują na podłodze. W rogu sali umywalki i przytwierdzone do ściany pojemniki z mydłem marki Dettol w płynie.