Antychińskie protesty przed igrzyskami

Kij w mrowisko
Czy na skutek zagranicznych protestów w Chinach dojdzie do eskalacji napięć?

 

"Największe od 1989 roku wyzwanie dla chińskiej kontroli nad Tybetem"; "To będą najbardziej upolitycznione igrzyska od 1972 roku" - prasa zachodnia prześciga się w porównaniach. Z buddyjskimi mnichami w Tybecie, których protest zostały krwawo stłumiony przez chińskie władze, solidaryzują się i rządy, i organizacje społeczne i opinia publiczna. Czy oznacza to bojkot igrzysk w Pekinie? Czy dojdzie do eskalacji napięć?

Wojna? Sankcje? Może chociaż bojkot?

Reakcje międzynarodowe na działania Chin są podobne. Rządy europejskie wezwały Pekin do powściągliwości w użyciu przemocy przeciwko protestującym mnichom i do rozwiązania napięć za pomocą dialogu. ONZ nie zamierza interweniować, nawołując do pokojowego rozwiązania. Rosyjski ambasador przy ONZ powiedział, że to nie jest sprawa Rady Bezpieczeństwa. Amerykańska Sekretarz stanu Condoleezza Rice wezwała Pekin do otwartych rozmów z Dalajlamą. Sam Dalajlama mówi, żeby nie bojkotować igrzysk, ale niektórzy przedstawiciele tybetańskiego rządu na uchodźctwie proponują zorganizowanie ich gdzie indziej.

Europejscy ministrowie sportu odrzucą pomysł bojkotu igrzysk, bo to ich zdaniem uderzy tylko w sportowców. We Francji Reporterzy bez Granic i Human Rights Watch wezwały do bojkotu politycznego, ale nie sportowego (Le Monde) Apelują też do prezydenta Sarkozy'ego, żeby nie jechał na otwarcie.

Z czystej sympatii

Z kolei Indie, wcześniej sympatyzujące z Tybetem, a ostatnio w lepszych stosunkach z Pekinem, nie pozwoliły na szersze publiczne protesty tybetańskich uchodźców u siebie (BBC). W piątek demonstranci, którzy maszerowali w proteście przeciwko zorganizowaniu przez Chiny letniej olimpiady, zostali powstrzymani w indyjskiej Daramsali, siedzibie tybetańskiego rządu na uchodźctwie. Indyjski minister spraw zagranicznych powiedział, że ma nadzieję na rozwiązanie sprawy w sposób pokojowy i podtrzymał stanowisko nie interweniowania w sprawy chińskie - mimo ostatnich wydarzeń. Prasa nie dołączyła się do głosów z Zachodu: "Nie dziwi, że w przedbiegach do igrzysk protesty w Tybecie dają zachodnim krytykom pretekst do potępienia komunistycznych Chin. Sprawą sporną pozostaje, czy zachodni demokraci i gwiazdy hollywoodzkie robią to z sympatii dla Tybetańczyków, czy po to, by wsadzić kij w komunistyczne Chiny" (DNA). Ale ateistyczne Chiny są równie cyniczne, dodaje gazeta: używają tybetańskich zakonów jako turystycznych atrakcji i otwierają Tybet na wpływy reszty świata, budując kolejowe połączenie z Lhasy do Pekinu. W zasadzie taki Tybet, o jakim mówi Dalajlama, tylko wzmocniłby Chiny. Tybetańczycy chcą pewnego zakresu autonomii i gwarancji, że Chiny nie połkną ich unikalnej kultury. Niestety - Chińczycy są głęboko podejrzliwi wobec ich religijnego przywódcy, inaczej szybko przyjęliby jego propozycję kompromisu, twierdzi DNA.

Sabotaż Dalajlamy

Chiny nazywają protest tybetańskich mnichów "celowym sabotażem". Premier Wen Jiabao oskarżył Dalajlamę o zaplanowanie ostatnich protestów właśnie w przeddzień olimpiady, po to, by osiągnąć swój separatystyczny cel. Wielu zwykłych Chińczyków zdaje się z tym zgadzać, donosi korespondent BBC z chińskiej granicy z Tybetem. Dziennikarz Michael Hugos przeprowadził nawet systematyczne badanie chińskich blogów z nadzieją na znalezienie krytycznych opinii na temat tej interwencji (China I Know How You Feel). Spotkało go rozczarowanie.

Olimpiada a integralność terytorialna

Tybet, obok dwóch innych spornych regionów Sinkiang i Tajwanu, jest największym bólem głowy chińskich przywódców, pisze BBC (Tibet poses dilemma for Beijing). Z pewnością Pekin nie chce żadnego rozlewu krwi na pięć miesięcy przed rozpoczęciem igrzysk, i będzie się starał uniknąć sytuacji, która może upodobnić się do niedawnych wydarzeń w Birmie. Ale z drugiej strony nie może dać tybetańskim mnichom i innym protestującym Tybetańczykom wolnej ręki w wyrażaniu niezadowolenia - bo może to zostać zinterpretowane jako słabość zachęcająca do dalszych niepokojów.

Dotychczas Chiny stosowały wobec Tybetu politykę kija i marchewki, inwestując duże pieniądze w poprawę standardu życia mieszkańców. Ale Tybetańczycy na uchodźctwie oskarżają Chiny o zamiar zniszczenia ich kultury. Twierdzą, że inwestycje służą tylko etnicznym Chińczykom pracującym w regonie, a ich efektem jest rozwodnienie - a nawet wykorzenienie - tybetańskiej kultury.

Chiny za to zapłacą

Mark Malloch-Brown, odpowiadający w brytyjskim MSZ za Azję, Afrykę i ONZ, ostrzegł, że taką reakcją na protesty Chiny psują swój wizerunek międzynarodowy. "W oczach opinii publicznej zapłacą ogromny koszt", powiedział. Międzynarodowe protesty wspierające Tybet mają paradoksalny skutek, uważa Orville Schell, autor książek o Azji, Chinach i Tybecie. Zaogniają sprawę, bo łączą kwestię Tybetu z tym, co Chiny widzą jako obcą interwencję i dobieranie się do ich suwerenności. Zadanie dla tych, którzy szukają rozwiązania, staje się trudne.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną