Berlińskie Tempelhof poróżniło Niemców

Matka wszystkich lotnisk
Jedno jest pewne w sprawie berlińskiego Tempelhof: niewiele stolic na świecie ma lotnisko w centrum. Władze miasta i jego mieszkańcy zadecydowali jednak, że samoloty nie powinny już tu lądować.

Dokładnie nie wiadomo jeszcze w co zostaną zamienione historyczne terminale i pasy startowe: w muzeum, klinika, czy może plan filmowy?

Teutoński bastion

Monumentalny terminal Tempelhof, jeden z największych na świecie, znajduje się w odległości zaledwie 20 minut spacerem od Bramy Brandenburskiej i Reichstagu. Wybudowany w narodowosocjalistycznym stylu, nadal robi przytłaczające wrażenie, mimo że kamienne orły na fasadzie nie trzymają już swastyk w szponach.

Kiedyś były tu rozległe łąki, gdzie pasterze wypasali owce. Potem pruska armia odbywała tu ćwiczenia. Na przełomie wieków, kiedy rozkwitający Berlin konkurował z Paryżem o prym w Europie, pola Tempelhof były popularnym celem weekendowych wypadów berlińczyków spragnionych słońca i otwartej przestrzeni, o które trudno w ciemnych podwórkach. Nad tymi polami w 1909 roku amerykański pilot-pionier, Orville Wright, przeleciał w samodzielnie skonstruowanej machinie, która zdołała utrzymać się w powietrzu przez całą minutę. Tempelhof był już wtedy lotniskiem, na które składały się dwa niewielkie terminale i prowizoryczny pas startowy, skąd startowały zeppeliny.

W 1935 roku Adolf Hitler, osobiście zaangażowany w plan budowy "lotniska świata", widział je jako "wieczne", "imponujące", wręcz "druzgocące". Zaprojektowany przez Ernsta Sagebiela kompleks to 285 tys. metrów kwadratowych powierzchni podzielonej na 49 budynków, 7 hangarów i 9 tys. pomieszczeń biurowych - do dziś jedna z najrozleglejszych budowli świata.

Kiedy w 1948 roku władze strefy radzieckiej zarządziły blokadę zachodnich sektorów Berlina, Tempelhof uratowało odciętych od żywności i energii mieszkańców. Przez 11 miesięcy, co 90 sekund lądowały tu amerykańskie i brytyjskie samoloty wyładowane zaopatrzeniem.

Dzisiaj Tempelhof, wielki pusty hol z paroma stanowiskami linii lotniczych i barem, obsługuje regionalnych przewoźników i prywatne dżety biznesmenów. W zeszłym roku tylko 350 tys. z 13 milionów pasażerów przybywających do Berlina wylądowało na Tempelhof. Większość ruchu lotniczego obsługiwana jest przez lotnisko Tegel.

Wielka, pusta hala chwały

Kilka miesięcy temu rozgorzała w Berlinie dyskusja, przypominająca spór niemal religijny, pomiędzy obrońcami Tempelhof i zwolennikami jego zamknięcia. Koalicja rządząca w Berlinie uważa, że Tempelhof powinno odejść do lamusa. Stary port lotniczy jest za drogi w utrzymaniu, argumentują władze miasta - straty sięgają 15,7 miliona dolarów rocznie. Za zamknięciem przemawia też hałas i zanieczyszczenie powietrza, których można uniknąć, przenosząc ruch lotniczy z centrum do nowego międzynarodowego lotniska Berlin-Brandenburg, które ma zostać uruchomione w 2011 roku na południe od miasta. Stanowisko to popierane przez kilka grup obywatelskich i ochrony środowiska, które proponują, by z terminalu zrobić muzeum lotnictwa, a z lądowiska parki i tereny użyteczności publicznej. Innym pomysłem jest projekt inwestorów amerykańskich, którzy widzą tu dobrą lokalizację dla wartego 550 milionów dolarów centrum medycznego, badawczego i handlowego.

Przeciwnicy zamknięcia Tempelhof, w tym Angela Merkel, twierdzą, że lotnisko służy rozwojowi biznesu. Podróżujący korporacyjnymi i prywatnymi samolotami przedsiębiorcy wygodnie lądują w centrum miasta, a na odprawę nie czekają dłużej niż 10 minut.

Nie tyle jednak racjonalne argumenty, ile symbolizm miejsca wzbudził protempelhofskie emocje berlińczyków. Rzadko która sprawa obywatelska zmobilizowała ich do boju tak skutecznie jak zaniedbane, zamrożone w czasie lotnisko, pisał Der Spiegel. Dla wielu, szczególnie zachodnich berlińczyków, sprawa Tempelhof to kwestia tożsamości miasta, które po upadku muru tak szybko zmieniło oblicze. "To symbol oporu Belina Zachodniego przeciwko sowieckiej blokadzie", twierdzą. " Powinno pozostać dokumentem historii".

Indiana Jones startuje

Nostalgia okazała się jednak za słaba, by przekonać wytaczającą ilość mieszkańców do głosowania za utrzymaniem "lotniska dla VIP-ów", jak nazywają je przeciwnicy. Frekwencja w referendum 27 kwietnia okazała się niewystarczająca, by powstrzymać decyzję władz miasta: lotnisko zostanie zamknięte.

Istnieje jednak szansa na to, że imponujący majestat Tempelhof przetrwa - dzięki Hollywood. Budynek służył już wielokrotnie jako sceneria filmów (w tym "Raz, dwa, trzy" Billy Wildera i jednego z odcinków "Indiana Jones"), a niedawno berlińskie Babelsberg Studios wyraziło zainteresowanie uczynieniem z lotniska światowej klasy planu filmowego.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj