Świat

Czarny jak ja

Kiedyś segregacja rasowa, dziś ciemnoskóry prezydent

Flickr CC by 2.0
Barack Obama nie jest typowym Afroamerykaninem. Ale z dozą patosu można powiedzieć, że słynne słowa Tomasza Jeffersona z 1776 r. – o równości wszystkich ludzi, równym ich prawie do wolności i szczęścia – nabrały właśnie w Ameryce pełnego wymiaru.

Pod koniec 1959 r. biały amerykański pisarz John Howard Griffin obciął swe proste włosy, przyciemnił sztucznie skórę na twarzy i wyruszył w podróż przez cztery stany głębokiego południa – Luizjanę, Missisipi, Alabamę i Georgię – aby przekonać się, jak biali Amerykanie traktują Afroamerykanów. Wędrówka była trudna i upokarzająca, podczas podróży miał kłopoty ze znalezieniem łazienki, z której miałby prawo skorzystać, miejsca w autobusie, restauracji czy nawet parkowej ławki. Po miesiącu był na skraju wyczerpania, popadł w depresję.

Swoje doświadczenia opisał w książce „Czarny jak ja”, w której przedstawił obraz Ameryki zamieszkanej przez odseparowane od siebie, nieufne i wrogie rasy, nie mające wspólnej płaszczyzny porozumienia.

W historii amerykańskich stosunków rasowych był to moment rosnącego napięcia. W maju 1954 r. Sąd Najwyższy wydał przełomową decyzję w sprawie Brown vs Board of Education of Topeka. Murzyn, ojciec Lindy Brown, wystąpił o możliwość jej edukacji w szkole dla białych, sąd przyznał mu rację i uznał, że obowiązująca w szkołach różnych stanów segregacja rasowa jest niezgodna z konstytucją. W grudniu 1955 r. w Montgomery w Alabamie Rosa Park nie ustąpiła miejsca w autobusie białemu, za co została aresztowana. W odpowiedzi Martin Luther King zorganizował bojkot komunikacji publicznej. Dwa lata później, w 1957 r., kiedy pierwszych 9 czarnych uczniów miało rozpocząć naukę w Little Rock Central High School, drogę do szkoły – na rozkaz gubernatora stanu Arkansas – zagrodziła im lokalna Gwardia Narodowa. Prezydent Eisenhower, aby przełamać opór zwolenników segregacji, poddał stanową Gwardię kontroli federalnej i wysłał do Little Rock 101 Dywizję Powietrzną. Zdjęcia czarnych dzieci idących do szkoły pod zbrojną eskortą obiegły wówczas cały świat. W czasie wędrówki Griffina na południu Ameryki obowiązywała jeszcze większość ustaw nakazujących ścisłą segregację rasową.

Na toczącą się w tym czasie publiczną debatę wokół stosunków rasowych wpłynęło wydane w 1944 r. monumentalne dzieło „American Dilemma”, podważające amerykańską wiarę w demokrację jako porządek społeczny zgodny z naturą człowieka. Jego autor Gunnar Myrdal, szwedzki ekonomista nagrodzony później Noblem, argumentował: jak może trwać w amerykańskich głowach system społeczno-polityczny „stworzony dla wolności, lecz oparty na niewolnictwie”? Problem murzyński nie sprowadza się tylko do niesprawiedliwości białych wobec kolorowych, lecz „stawia każdego Amerykanina wobec pytania: kim jest jako Amerykanin, jako człowiek Nowego Świata, w którym miało się ziścić społeczeństwo oparte na moralnych zasadach?”. Amerykanin wyznaje amerykańską wiarę w równość i wolność, a nawet poucza inne narody, a jednocześnie w praktyce odmawia wielu praw obywatelskich czarnym? Jak godzi w sobie pompatyczne zasady i praktykę?

Ową wiarę w równość i wolność można już odnaleźć w uchwalonej w 1776 r. Deklaracji Niepodległości, której słynna preambuła, autorstwa Tomasza Jeffersona, zawiera passus: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście”. Deklarując równość wszystkich ludzi, sygnatariusze nie mieli jednak na myśli równych praw przysługujących czarnym niewolnikom. Odnosząc się do chwilowej sytuacji politycznej negowali „Boskie prawa” sprawowania władzy nad koloniami przysługujące jakoby angielskim monarchom.

Z Afryki do Ameryki 

Na początku niewolnictwo nie miało nic wspólnego z rasizmem. Było raczej podyktowane względami pragmatycznymi i ekonomicznymi. Transatlantycki handel niewolnikami prowadzony przez Europejczyków rozpoczął się w XVI w. i przez następne trzy stulecia na kontynent amerykański przetransportowano około 12 mln Afrykańczyków. Na obszar dzisiejszych Stanów Zjednoczonych trafiło ich 645 tys., a zatem jedynie 5,4 proc. całkowitej liczby – reszta wylądowała na Antylach, w Brazylii i innych krajach Południowej Ameryki. Brytyjscy koloniści utworzyli swe pierwsze stałe osiedle w Wirginii w 1607 r. i już 12 lat później w okolicy dzisiejszego Fort Monroe przybił do brzegu holenderski statek „White Lion”, na pokładzie którego znajdowało się 20 niewolników – łup wojenny zdobyty w starciu z Hiszpanami. Holendrzy potrzebowali pieniędzy, a koloniści siły roboczej, sprzedali więc swój łup, jednak nie w dożywotnią niewolę, lecz jako tymczasowych pracowników (podobnie w owym czasie postępowano wobec biednych przybyszów z Anglii).

Po odsłużeniu zapłaconej za nich ceny, uwolnieni Afrykańczycy dostawali na własność ziemię i mogli cieszyć się wolnością. Niektórzy z nich stali się nawet zamożnymi plantatorami. Jak na ironię jeden z nich, Anthony Johnson, został w 1654 r. pierwszym, legalnie uznanym właścicielem czarnego niewolnika. Orzekający w tej sprawie sąd Hrabstwa Northhampton uznał, że ponieważ żadna ze stron nie posiadała angielskiego obywatelstwa, z racji miejsca urodzenia, nie trzeba wobec nich stosować Angielskiego Prawa Obyczajowego, które nie sankcjonowało niewolnictwa. Niebawem jednak prawo przestało być przeszkodą dla niewolnictwa w brytyjskich koloniach i od 1705 r. na terenie Wirginii obowiązywały przepisy legalizujące ten proceder i chroniące interesy właścicieli niewolników.

W czasach kolonialnych niewolnictwo istniało we wszystkich amerykańskich koloniach, choć w różnych rejonach przybrało inny charakter. Na północy niewolników zatrudniano głównie jako służbę domową, zaś w stanach południowych częściej do pomocy w polu. Początkowo pracowali na plantacjach indygo, ryżu i tytoniu, a po 1790 r. również na polach bawełny. Dlatego większość z 700 tys. czarnych niewolników mieszkała na Południu.

Ruch abolicjonistyczny doprowadził do ogłoszenia, między 1780 a 1804 r., aktów emancypacyjnych we wszystkich północnych stanach Ameryki. Na południu jednak, gdzie niewolnictwo stanowiło podstawę gospodarki i przynosiło ogromne dochody pochodzące z eksportu bawełny, a później cukru, nie tylko nie zniesiono, ale przyjęto jeszcze brutalniejsze formy niewolnictwa. Między 1790 a 1860 r. około miliona czarnych niewolników przesiedlono siłą do rozwijających uprawę trzciny cukrowej stanów środkowego Południa – Luizjany, Alabamy, Missisipi i Teksasu. Kolejne powstania niewolników, w latach 1800, 1811, 1815, 1822 i 1831, były bezlitośnie i krwawo tłumione. Politycy, którzy w rządzie federalnym reprezentowali południe, forsowali ustawy zabraniające udzielania pomocy zbiegłym niewolnikom.

W połowie XIX w. za wyzwoleniem niewolników na terenie całych Stanów Zjednoczonych opowiedziała się, mająca silne wpływy na północy, Partia Republikańska i kiedy w 1861 r. prezydentem został jej kandydat Abraham Lincoln, 11 kontrolowanych przez Partię Demokratyczną stanów południowych ogłosiło secesję. Dało to początek trwającej 4 lata wojnie domowej.

Północ, Południe 

Początkowo Lincoln, ze względów taktycznych, nie wspominał o końcu niewolnictwa, dopiero kiedy losy wojny były już przesądzone, po zwycięskiej bitwie pod Gettysburgiem 19 listopada 1863 r., wygłosił słynny „adres gettysburski”, w którym nawiązał do Deklaracji Niepodległości, mówiąc: „Lat temu 80 i 7 ojcowie nasi na tym kontynencie dali początek narodowi poczętemu z wolności i w przekonaniu, że wszyscy ludzie rodzą się równymi. Toczymy wielką wojnę domową, która jest dla nas czasem próby, której celem jest odpowiedź na pytanie, czy naród w takim duchu poczęty ma szanse na przetrwanie”.

Przetrwanie narodu amerykańskiego wymagało jednak nie tylko wyzwolenia niewolników, lecz również mniej szlachetnych kompromisów umożliwiających pojednanie Południa z Północą. Po krótkiej okupacji Południa i tak zwanej rekonstrukcji wpływy zdobyli ponownie południowi demokraci, których politycznym celem przez następne dziesięciolecia pozostało ograniczenie możliwości pełnego i równego udziału Afroamerykanów w życiu gospodarczym, kulturalnym i politycznym kraju. Tym razem były to działania o wyraźnie rasistowskim charakterze.

Współczesny amerykański rasizm był zatem nie tylko czynnikiem ułatwiającym w przeszłości akceptację zniewolenia Afroamerykanów, lecz także w pewnej mierze konsekwencją niewolnictwa. Relacje pomiędzy Amerykanami rozmaitych ras wyjaśnić można po części psychologicznym mechanizmem nazwanym przez Leona Festingera „dysonansem poznawczym” – w sytuacji, gdy żywimy jednocześnie dwa sprzeczne ze sobą przekonania (na przykład, że wszyscy ludzie są równi, ale „niektórzy są równiejsi od innych”), „racjonalizacja” pomaga nam selektywnie postrzegać rzeczywistość, unikając jednocześnie bolesnego dylematu. Nie było wątpliwości co do tego, że Afroamerykanie przestali być równi i wielu białych szukało usprawiedliwienia tego stanu rzeczy przypisując czarnym cechy uniemożliwiające im pełną asymilację.

Przekonanie o niższości czarnych przyniosło serie ustaw, które pozbawiały ich równych praw, rasową segregację obowiązującą na Południu w szkołach publicznych, środkach transportu, hotelach i restauracjach czy parkach. Prawa te, stawiające rozmaite przeszkody dla czarnych, usiłujących skorzystać ze swego konstytucjonalnego prawa głosu (wymóg umiejętności czytania i pisania bądź dowód posiadania stałego adresu), doprowadziły do tego, że jeszcze w latach 60. zamieszkujący Południe czarni mieli poważne trudności z głosowaniem w wyborach i byli politycznie marginalizowani. Na północy sytuacja nie była lepsza. Czarni masowo migrujący z Południa osiedlali się głównie w dużych miastach, nie potrafili się jednak tam zasymilować i zaczynali tworzyć getta. Kiedy Griffin odbywał swą podróż, w środowisku czarnych panowało przygnębienie i brak wiary w przyszłość.

Mam marzenie 

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Ameryki, gdyby w latach 60. nie pojawił się Martin Luther King. Czarny pastor miał umiarkowane poglądy i był znakomitym mówcą. W swym najsłynniejszym wystąpieniu, wygłoszonym do 200 tys. słuchaczy ze stopni Grobowca Lincolna w Waszyngtonie 28 sierpnia 1963 r., nieomal dokładnie sto lat po „adresie gettysburskim”, ludzie znowu mogli usłyszeć znane słowa: „Mam marzenie (I have a dream), że pewnego dnia ten naród się podniesie i wcieli w życie prawdziwy sens swego wyznania wiary: Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi...”.

Z formalnoprawnego punktu widzenia King mógł sądzić, że owo marzenie spełniło się jeszcze za jego życia. Przyjmując w 1960 r. urząd prezydencki John F. Kennedy rozpoczął pracę nad nową ustawą o prawach obywatelskich, którą Kongres uchwalił w lipcu 1964 r., rok po śmierci prezydenta. Nowe prawo, podpisane przez Lyndona Johnsona, zakazywało dyskryminacji w miejscach publicznych, zapewniało całkowitą integrację szkół i innych instytucji publicznych i uznawało dyskryminację w miejscu pracy za nielegalną.

Rok później w Kongresie przeszła kolejna ustawa, o prawie do głosowania. Zapewniało to czarnej mniejszości swobodny dostęp do urn. Nowe ustawy, przyjęte przez Partię Demokratyczną, miały stanowić symboliczne zadośćuczynienie za historyczne krzywdy wyrządzone czarnym Amerykanom przez południowych demokratów w czasach wojny secesyjnej i przypieczętowały proces transferu lojalności czarnych wyborców ze strony republikańskiej do demokratycznej.

Te decyzje ustawodawcze same w sobie nie zapobiegłyby eskalacji konfliktu rasowego. W połowie lat 60. powstała na przykład radykalna, lewicowa organizacja Czarne Pantery, wielu jej członków nie stroniło od stosowania przemocy. Kennedy i Johnson nie ograniczyli się jednak do pryncypialnego potwierdzenia pełnej równości czarnych Amerykanów wobec prawa. Wprowadzili również w życie akcję afirmacyjną, która miała przyspieszyć proces równości.Czy w konsekwencji Ameryka stała się „krajem szczęśliwych Murzynów”? Nie do końca, choć w ciągu ostatnich 40 lat ich sytuacja na pewno się poprawiła.

Co przynieść może czarnej Ameryce wybór czarnego prezydenta? Barack Obama nie jest typowym Afroamerykaninem – nie jest dzieckiem getta, jego przodkowie nie zbierali bawełny na plantacji. Wychowany przez białą matkę i białych dziadków na dalekich od czarnych gett Hawajach, dorastał nie znając nawet swego afrykańskiego ojca. Jego czarność jest właściwie symboliczna.Z punktu widzenia szans wyborczych stanowiła jego siłę – mógł się z nim utożsamić każdy Amerykanin niezależnie od koloru skóry. Czy jego wybór poprawi los Murzynów? Zapewne symbolicznie.

Ale tego wydarzenia, właśnie jako symbolu, nie sposób przecenić. Czarni Amerykanie, krok po kroku, zdobywali kolejne okopy dyskryminacji – coraz liczniejsze stanowiska w administracji, w wojsku i w korporacjach. Aż wreszcie zdobyli najważniejszą twierdzę Ameryki. To wielkie zwycięstwo czarnych – i białych.

Polityka 46.2008 (2680) z dnia 15.11.2008; Świat; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "Czarny jak ja"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Wiedza nastolatków o seksie przypomina średniowieczną mapę świata

„Seks domaciczny” to nieprzypadkowe przejęzyczenie. Polskie nastolatki nie za bardzo wiedzą, jaki organ do czego służy.

Joanna Cieśla
11.08.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną