Żydowskie gminy w Niemczech odgradzają się od świata

Rabin w twierdzy
To, co przed 70 laty wydawało się niemożliwe, staje się faktem: w Niemczech odradzają się unicestwione w czasach nazizmu żydowskie gminy. Dziś jest tu około stu synagog. Choć prawie wszystkie wyglądają jak twierdze.

Michael Rubinstein z zarządu gminy przywykł do nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa. – To reguła zaordynowana odgórnie, w podobny sposób chronione są wszystkie synagogi w Niemczech. Ma to nas zabezpieczyć przed ekstremistami wszelkiego autoramentu – wzrusza ramionami. 36-letni Michael jest typem nowoczesnego menedżera niczym ze stron podręcznika – elegancki, rzeczowy i kompetentny. Za przeszkloną ścianą jego gabinetu, mieszczącego się w biurowej części synagogi, rozciąga się szeroka płaszczyzna bulwaru przy duisburskim porcie Innenhafen. Z tego miejsca tylko od czasu do czasu widać policjantów, stojących na warcie przez całą dobę. – Czujemy się bezpiecznie – zapewnia Rubinstein. – Wszystkie szyby są pancerne, betonowa konstrukcja budynków dodatkowo wzmocniona, teren monitorowany przez kamery, przesuwane drzwi wejściowe otwiera fotokomórka.

Te nadzwyczajne standardy bezpieczeństwa musiały być uwzględnione już na etapie projektowania synagogi i były warunkiem otrzymania zezwolenia na budowę. A jednak Michael Rubinstein podkreśla, że wcale nie czuje się tu jak w twierdzy, w innych gminach obowiązują bowiem jeszcze większe zabezpieczenia. Wszystkie bożnice, które zbudowano w Niemczech po 2001 r., czyli po zamachach na World Trade Center, muszą być otoczone murem ochronnym.

Duisburskiej synagogi, wzniesionej w latach 1994–1999, nie chroni żaden mur, można zatem bez przeszkód podziwiać jej nowoczesną urodę, dzieło izraelskiego architekta Cwi Heckera. Powstała w niedalekiej odległości od starej świątyni, spalonej przez nazistów podczas kryształowej nocy przed 70 laty. Jej bryła nie przypomina typowych obiektów sakralnych: to pięcioramienna gwiazda, której rozchodzące się bloki przedstawiają stronice otwartej Księgi Mojżeszowej. Ma ona łączyć Żydów z trzech gmin: z Duisburga, Muelheim i Oberhausen.

Powrót nad Ren  

Do szczególnie udanych projektów zalicza się synagogi w Dreźnie (z 2002 r.) i Monachium (2006 r.). Uznanie zyskały również synagogi w Krefeld i w Bielefeld, oddane do użytku jesienią ubiegłego roku. Otwarciem nowych bożnic w Getyndze i Loerrach gminy żydowskie upamiętniły 70 rocznicę kryształowej nocy, w Moguncji położono kamień węgielny pod budowę kolejnej.

Do 1990 r. żyło w zachodnich Niemczech około 30 tys. ocalałych z Holocaustu. Dziadkowie Michaela Rubinsteina, niemieccy Żydzi z Düsseldorfu i Kolonii, przeżyli dzięki ucieczce do Palestyny, ale po wojnie szybko zdecydowali się na powrót do swojego kraju, który wszakże był krajem sprawców. Wnuk świetnie ich rozumie: tak jak i oni czuje się przede wszystkim Nadreńczykiem żydowskiego pochodzenia, któremu już niedaleka Hesja wydaje się obczyzną. Dziadkowie nie byli w stanie zaaklimatyzować się w egzotycznej Palestynie, zresztą nie widzieli tam dla siebie perspektyw rozwoju. Wrócili nad Ren również trochę z przekory. Po to, by swoim istnieniem udowadniać każdego dnia, że dzieło nazistowskiej eksterminacji nie do końca się udało. – A jednak nasza gmina najprawdopodobniej już dzisiaj nie istniałaby, gdyby nie nowi – stwierdza rzeczowo Michael Rubinstein. – W 1990 r. było nas 150, obecnie prawie 3 tys. W jego głosie nie słychać jednak triumfu.

Nowi Żydzi przybyli z byłego Związku Radzieckiego. Ich exodus rozpoczął się w 1990 r., w czasie, gdy chwiał się w Europie pojałtański porządek, a Heinz Galinski, ówczesny przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech, wystąpił do Helmuta Kohla z prośbą o „otworzenie bram dla prześladowanych braci z Europy Wschodniej”. Kanclerz wyraził zgodę, a błyskawicznie uchwalona ustawa umożliwiła uprzywilejowaną falę imigracji, tzw. aliję (dosł. z hebrajskiego – wzniesienie się).

Przybysze mogli liczyć na daleko idącą, nie tylko finansową, pomoc, która miała umożliwić im szybką integrację w nowym społeczeństwie. Polityków zaskoczyła jednak skala przypływu – nie liczyli się z tym, że do Niemiec przyjedzie ponad 200 tys. osób, z których na dodatek większość będzie w wieku emerytalnym. W 2006 r. przykręcono ostatecznie kurek, stawiając kandydatom na imigrantów wyśrubowane wymagania. Muszą teraz wykazać się m.in. odpowiednim wiekiem, wyłączną przynależnością do żydowskiego wyznania, znajomością niemieckiego, kwalifikacjami gwarantującymi zatrudnienie w Niemczech.

Przybysze z innego świata 

Michael Rubinstein zauważa, że obecna sytuacja duisburskiej gminy przypomina tę z wczesnych lat 20. minionego wieku. Wówczas to zaczęli napływać do niej Żydzi ze Wschodu, przede wszystkim z Polski. Byli to rzemieślnicy i prości robotnicy, wierni ortodoksyjnej tradycji żydowskiej. Duisburskim, zasymilowanym i wykształconym, Żydom przeszkadzał już ich wygląd – chałaty i pejsy. Nie byli w stanie się z nimi porozumieć, bo przybysze mówili głównie w jidysz, a miejscowi pielęgnowali elegancki niemiecki. Okazało się nawet, że nie brakuje denerwujących różnic w sposobie modlenia się i przestrzegania religijnych rytuałów. Słowem, dla miejscowych Żydów starozakonni ze Wschodu byli niczym przybysze z innego świata. Teraz konfliktów też nie brak, ale są one innego rodzaju.

W fali emigracyjnej po 1990 r. przeważali absolwenci wyższych uczelni, którzy szybko przekonywali się o bezużyteczności swoich dyplomów. Frustracje i kłopoty ze znalezieniem miejsca w nowym społeczeństwie odsunęły na dalszy plan zainteresowania religijne, o ile przybysze w ogóle je posiadali. Ich religijna obojętność zaskoczyła niemieckich Żydów. Lata życia w zlaicyzowanym społeczeństwie radzieckim oddaliły ich od wiary przodków.

Irina, była bibliotekarka z Odessy, mieszka na północy Duisburga, w dzielnicy Neumuehl, nazywanej w mieście Russenviertel (dzielnica rosyjska). Niechętnie mówi o swoim życiu – po niemiecku w ogóle, bo go nie zna, ale nawet po rosyjsku niewiele jest do opowiadania. Ma 72 lata, 12 z nich spędziła w blokach, które są odtrutką na jej tęsknotę za opuszczoną ojczyzną. – Zupełnie jak w Odessie, tylko lepiej – precyzuje. W 36-metrowym mieszkaniu ma serwetki i kilimy z domu, zdjęcia w ramkach – pamiątkę z przeszłości, a do tego wszystkiego, dzięki satelicie, z telewizora mówią do niej w rodzimym języku. Sąsiedzi to swojacy, nie ma potrzeby uczenia się niemieckiego. Jest nawet sklep Kijew przy głównej ulicy, a w nim przysmaki, których próżno szukać w Aldi i Plusie: suszona ryba, ruskie konfiety i konserwy. Są też gazety i filmy DVD prosto z Rosji.

Emerytka Irina wybrała się na stare lata do Niemiec, ale prawdę powiedziawszy, do emigracji parł syn, lekarz, z rodziną. On wszystko załatwiał, a Irina w końcu się przyłączyła, bo nie chciała w Odessie zostać sama jak palec. A teraz, proszę, jak tylko syn dostał obywatelstwo niemieckie, wyjechał pracować w szwajcarskiej klinice, a matkę dopadła samotność. Nie, nie, do Odessy nie wróciłaby za żadne skarby: tutaj żyje w spokoju z niewielkiej emerytury, nie musi martwić się o pieniądze na lekarza, lekarstwa, miejsce w szpitalu... A co do gminy żydowskiej, to w ogóle się tam nie wybrali, bo po co?

Za murem

Statystyki informują, że zaledwie połowa imigrantów trafiła do żydowskich gmin, ale nie tylko ateizm był tego przyczyną. Wielu przybyszów, zainteresowanych życiem religijnym, rozczarowała selekcja, której zostali poddani przez rabinów wyłuskujących z tłumu imigrantów „prawdziwych Żydów”. Są nimi – zgodnie z ortodoksyjnym prawem religijnym – tylko urodzeni przez żydowską matkę. Imigranci, których władza radziecka uznawała za Żydów wyłącznie według męskiej linii pochodzenia, dowiadywali się w Niemczech, że są co najwyżej Żydami etnicznymi, dla których nie ma miejsca w żydowskiej gminie. Michael Rubinstein pamięta dobrze 18-osobowy klan z okolic Lwowa, z którego jedynie sędziwy dziadek spełniał religijne kryteria. Był to przypadek skrajny, ale niejedyny.

Ci, którzy dowiadywali się, że nie są Żydami, reagowali głęboką urazą. W Związku Radzieckim właśnie jako Żydzi byli dyskryminowani, tutaj czuli się znowu ludźmi drugiej kategorii, bez prawa bycia członkiem gminy. – W końcu zdecydowaliśmy się na kompromis – relacjonuje Michael Rubinstein. – Postanowiliśmy nie wykluczać ze społecznego i kulturalnego życia gminy około 750 osób. Ci ludzie nie mogą jednak korzystać z religijnych praw, chyba że w przyszłości zdecydują się na konwersję.

Starając się zdobyć zaufanie i sympatię potencjalnych wyznawców, gmina musiała zaaprobować, że wraz z nimi wtargnie w jej mury rosyjskość. Nowi mówią bowiem najchętniej w tym języku i oczekują, że powiadomienia gminy będą dwujęzyczne, a w ofercie kulturalnej nie zabraknie rosyjskiej literatury, muzyki i sztuki. Zdaniem „prawdziwych Żydów” sytuacja ta może zagrozić utratą identyfikacji z żydowską wiarą, której zasady, zwłaszcza obecnie, powinny być definiowane według konserwatywnych, ortodoksyjnych reguł. Gmina ma być bowiem miejscem kultu religijnego, a nie społeczno-kulturalnym centrum dla etnicznej mniejszości.

I jakby tych problemów było mało, politycy zwracają uwagę na zagrożenia zewnętrzne. „Ciągle jeszcze jednym z poważniejszych problemów niemieckiego społeczeństwa jest antysemityzm łączony z antyamerykanizmem i antysyjonizmem” – głosiła podjęta w listopadzie ubiegłego roku rezolucja Bundestagu z okazji 70 rocznicy kryształowej nocy. „Solidaryzowanie się z terrorystycznymi i antysemickimi grupami jak Hamas i Hezbollah przekracza ramy dopuszczalnej krytyki polityki Izraela” – napisali posłowie.

Michael Rubinstein zna, co prawda, przypadki występowania z gminy osób, które argumentowały swoją decyzję strachem przed neofaszystami lub młodocianymi islamistami, sam ma jednak zupełnie inne doświadczenia. Podczas budowy meczetu w Duisburgu – największego w Niemczech – parokrotnie bywał zapraszany na spotkania w ramach dialogu innych wyznań i przekonał się, że we wszystkich spornych, drażliwych wręcz kwestiach osiągnąć można kompromis. Podczas jego uroczystego otwarcia, reprezentując żydowską gminę, powtórzył słowa nieżyjącego już prezydenta Bundesrepubliki Johannesa Raua: „kto buduje dom, ten zapuszcza korzenie, kto buduje Dom Boży, ten chce, by służył on również jego dzieciom i wnukom”.

Rubinstein nie wie, jak długo jeszcze synagogi w Niemczech przypominać będą chronione przez policję twierdze. Woli jednak pozostać optymistą. – Proszę sobie wyobrazić, że moim najlepszym przyjacielem jest muzułmanin – wyznaje.

 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj