Berlin wrze: religia jako przedmiot obowiązkowy?

Reli(gia) nie wraca
Berlin: w 'stolicy ateizmu' doszło niemalże do wojny religijnej.
Swobody wyboru!
frollein2007/Flickr CC by SA

Swobody wyboru!

Kiedy się zwiedza kościoły Berlina, człowiek prawie nigdy nie ma poczucia, że przeszkadza komuś w modlitwie: te kościoły zwykle świecą pustkami. 60 proc. mieszkańców miasta nie deklaruje przynależności do żadnego z wyznań. Samym Niemcom niejednokrotnie zdarza się nazywać Berlin „europejską stolicą ateizmu".

Tym większą niespodzianką stały się wydarzenia ostatnich tygodni. W „stolicy ateizmu" doszło niemalże do wojny religijnej, zakończonej - jak na razie - referendum w niedzielę 26 kwietnia. Przedmiotem sporu stała się inicjatywa polityków chadeckich pod hasłem „Pro Reli" - na rzecz wprowadzenia religii do szkół jako przedmiotu obowiązkowego. Inicjatywa, poparta przez osobliwą, wielobarwną koalicję: oba Kościoły chrześcijańskie - protestancki i katolicki, ale również przez liczne środowiska muzułmańskie i gminę żydowską.

Na plakatach i koszulkach zwolennicy „Pro Reli" nie domagali się jednak religii - tylko wolności. Swobody wyboru - głosił z plakatów znany prominent telewizyjny i polityk chadecki, Günther Jauch.

W ostatnich tygodniach i dniach przed referendum udało się w ateistycznym Berlinie podgrzać atmosferę i doprowadzić niemal do nowego Kulturkampfu. Słabiej poinformowani, widząc plakaty „Tu w Berlinie chodzi o wolność!", zakładali już z oburzeniem, że władze chcą w ogóle zakazać nauki religii.

Pożegnanie z religią 

Religię jako przedmiot obowiązkowy zniesiono w Berlinie 60 lat temu, jeszcze przed podziałem miasta na strefy wschodnią i zachodnią. Potem, w Berlinie Zachodnim, religia byla w szkołach od I klasy, ale jako przedmiot nadobowiązkowy - tylko dla chętnych, najczęściej na ostatnich lekcjach. Stopnie z religii nie miały wpływu na średnią ocen. Jeśli obecnie pojawił się problem, to nie bez związku z liczną w Berlinie mniejszością turecką.

Przez 60 lat ten stan rzeczy wszystkim odpowiadał. Niczego nie zmieniło zjednoczenie Niemiec. Protesty wywołało dopiero wprowadzenie przez władze Berlina (gdzie rządzi koalicja „czerwono-czerwona", czyli SPD i Lewica) etyki - jako przedmiotu obowiazkowego dla klas VII do X.

Podejmując ten krok, berliński Senat kierował się coraz bardziej wieloetnicznym charakterem miasta, w którym osiedliły się setki tysięcy imigrantów. Do obu wielkich Kościołów chrześcijańskich należy w Berlinie tylko 29 proc. mieszkańców (ewangelików jest 21 proc., katolików - 8 proc.). Co więcej, wśród ludzi młodych (do 25 lat) odsetek ten wynosi już tylko 19 proc. Tymczasem muzułmanów jest już niemal tyle co katolików - ok. 6 proc.

Jak tłumaczył popularny burmistrz Berlina, 44-letni Klaus Wowereit, władze miasta pragnęły przekazać młodzieży - wywodzącej się z tak różnych środowisk kulturowych i religijnych - wspólny fundament w postaci uniwersalnych, powszechnie akceptowanych, demokratycznych wartości, a także uczyć dialogu i tolerancji dla inaczej myślących.

Nie jest to tylko szlachetna teoria, ale postulat jak najbardziej praktyczny: w dzielnicy Kreuzberg zdarzają się szkoły, w których niemieckie dzieci stanowią znikomą mniejszość. Rodzice większości to Turcy, Arabowie, przeważnie muzułmanie.

Zachować neutralność 

Tymczasem jednak zwolennicy „Pro Reli" nie życzyli sobie wspólnej, obowiązkowej etyki dla wszystkich. Chcieli, by uczniowie wybierali miedzy dwoma obowiązkowymi przedmiotami: albo etyką, albo religią - odrębną dla każdego z wyznań. Protestowali przeciw urawniłowce w postaci „przymusowej etyki", glajchszaltowaniu młodzieży i spychaniu religii, jako przedmiotu nadobowiązkowego, na dalszy plan.

W mediach szeroko wypowiadali się nie tylko berlińscy biskupi i teologowie, ale i główni zainteresowani, czyli młodzież. „Etyka prezentuje jasne stanowisko tam, gdzie chodzi o prawa obywatelskie czy konstytucję, jednak czy przez wyznawane wartości nie rozumiemy czegoś więcej? - pytała w dzienniku „Die Welt" 17-letnia Juliane. „Co, kiedy w klasie wywiąże się dyskusja na temat sensu życia czy gotowości do pomocy innym? Na lekcji etyki nauczyciel nie może uznawać niczego z definicji za dobre lub złe - musi zachować neutralność."

„Dla mnie kwestie wiary to nie zadanie dla systemu oświatowego, ale dla rodziny czy grupy wyznaniowej" - oponował Micha Schmidt. Inni pytali: Dlaczego nie mamy dyskutować wszyscy razem o takich sprawach, jak pomoc słabszym, mobbing, przemoc, narkotyki, równouprawnienie? Po co wprowadzać podziały, polaryzować? Niektórym młodym odpowiadał wariant wyboru, ale pojmowany chyba inaczej, niż chcieli biskupi. Ci uczniowie marzyli, że dobrze byloby wybierać co roku inaczej - raz religię katolicką, raz etykę, raz islam. I mieć materiał do porównań.

Nie wszyscy wierzący berlińczycy opowiadali się za inicjatywą „Pro Reli". Mieli za złe biskupom, że za pozwolili na zbytnie upolitycznienie konfliktu, wprzęgając się niejako w służbę kampanii wyborczej i doprowadzając niepotrzebnie do podziałów, do polaryzacji stanowisk. Albo mówili po prostu: „dla mnie religia jest sprawą prywatną".

Do podgrzania konfliktu w ostatnich dniach przyczyniły się zwłaszcza tabloidy - w tym prasa springerowska, kibicująca chadecji. „Bild" odsądzał burmistrza Wowereita od czci i wiary, twierdził, że dyskryminuje on wierzących, narzuca poglądy, forsuje „przymusową etykę". Że stracił kontakt z rzeczywistością.

Ale w miarę, jak napływały wyniki referendum, zwolennicy „Pro Reli" nie kryli rozczarowania. Okazało się, że inicjatywa przegrała podwójnie. Nie było potrzebnej frekwencji - do urn poszło tylko 14 proc. berlińczyków, zamiast wymaganych 25 proc. A spośród tych, którzy poszli, ponad 50 proc. nie chciało obowiązkowej religii w szkole.

Czas pojednania 

Po fazie konfliktu przyszedł czas na otrzeźwienie. Ewangelicki biskup Berlina, Wolfgang Huber zaapelował o kompromis. A burmistrz Wowereit zapewnił, że władze gotowe są udoskonalić program nauki etyki - chętnie we współpracy z grupami wyznaniowymi. Tylko dla brukowca „Bild" nie przyszedł czas pojednania. Człowiek dużego formatu, odnosząc zwycięstwo, okazuje wspaniałomyślność przegranym. Tego formatu burmistrzowi znowu zabrakło - ogłosił „Bild".

A w niemieckich mediach trwa dyskusja: czy przypadek Berlina jest wyjątkiem? Czy naśladowanie go jest możliwe, czy jest pożądane?

Sprawy oświaty w RFN regulowane są na szczeblu poszczególnych landów (krajów zwiazkowych). Na razie w większości z nich (poza Hamburgiem i Bremą) w szkołach naucza się religii. Rodzice mogą wypisać dziecko - wtedy uczęszcza ono na etykę lub filozofię, też jako przedmiot obowiazkowy. Od 14-go roku życia wypisać może się sam małoletni.

Faktem jest, że Berlin stał się w ostatnich latach prawdziwą międzynarodową metropolią. Jednak imigrantów przybywa także w innych wielkich miastach Niemiec. Demograficzne realia są takie, że ten proces będzie się nasilał. Coraz bardziej aktualny staje się więc problem integracji drugiego pokolenia imigrantów, przekazywania tym młodym wspólnych wartości, potrzebnych do życia w jednej społeczności. Nie brak więc głosów, mówiacych, że przykład Berlina może stać się modelem na przyszłość.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj