Wezwanie do dżihadu

Al-Kaida idzie na wojnę z Chinami?
Jeden z liderów Al-Kaidy, Abu Jahia al-Libi, z pochodzenia Libijczyk, wezwał Ujgurów do dżihadu przeciwko Chinom. Apel w języku arabskim nadano z Afganistanu i umieszczono 8 października br. w Internecie.

Adresaci apelu, Ujgurzy to mniejszość turkofońska zamieszkująca największą prowincję Chin, Xinjang. Nie mają dostępu do niekontrolowanego Internetu. Ponieważ nie znają arabskiego - apel jest najwyraźniej pogróżką skierowaną pod adresem Pekinu, gdzie służby tajne znają wszystkie języki świata. Zresztą specjaliści-islamiści w Europie i USA też już zrozumieli apel Abu Jahi. Czy to znaczy, że Al-Kaida wypowiedziała wojnę drugiemu już supermocarstwu, Chińskiej Republice Ludowej? Trzeba przypomnieć, że to organizacja - siatka bez hierarchii formalnej, ale wiadomo od zamachu z 11 września 2001, że jej najtęższe „mózgi" promieniują z Afganistanu, Pakistanu, Sudanu, Somalii, Egiptu, a także Londynu, w którym liderzy Al-Kaidy pobierali nauki na tamtejszym Uniwersytecie. Abu Jahia nie wygłosiłby odezwy bez konsultacji ze swoimi kompanami. Nie jest to postać anonimowa. Zbiegł w 2005 r. z amerykańskiego więzienia w Bagramie (Afganistan). Odezwy już ogłaszał. W styczniu br. wezwał do zamachów terrorystycznych w Londynie, bo Wielka Brytania jest - jego zdaniem - odpowiedzialna za powstanie państwa Izrael, które masakruje Hamas w Gazie. Po studiach w Mauretanii próbował zorganizować zamach na pułkownika Muamara Kadafiego jako zbyt uległego wobec Zachodu, bo uwolnił po interwencji prezydenta Sarkozy'ego bułgarskie pielęgniarki, które „zaraziły dzieci libijskie wirusem HIV". Dziś Abu Jahia uchodzi za jednego z dziesięciu najważniejszych przywódców Al-Kaidy.

Chiny mają problemy z muzułmańską mniejszością Ujgurów. A Ujgurzy mają problemy z rezerwistami armii chińskiej, których masowo osiedla się w Xinkiangu. Do starć dochodziło w stolicy prowincji Urumqui. Pisaliśmy o tym w „Polityce" kilkakrotnie. Każda zachęta kierowana do Ujgurów, aby podnieśli bunt przeciwko władzom chińskim traktowana jest przez Pekin jako niedopuszczalna ingerencja o charakterze strategicznym. Jeśli Al-Kaida wypowiada w ten sposób wojnę Chinom, to znaczy, że „zaprosiła" ChRL do koalicji antyterrorystycznej i ścisłej współpracy z USA i NATO, zwłaszcza w Afganistanie, skąd talibowie mogą wspierać dostawami broni separatystów ujgurskich.

Zapowiedź rozszerzenia wojny na Chiny trudno przyjmować z radością. Chiny zachowywały się do tej pory bardzo powściągliwie w stosunku do konfliktów w Azji Południowej. Jeśli ingerowały, to dyskretnie, żeby ratować swoich obywateli porywanych w Pakistanie. Dobre stosunki Pakistanu z Chinami, ktokolwiek rządził w Islamabadzie, były rodzajem gwarancji wobec demonizowanego zagrożenia ze strony potężnych Indii. Dziś Chiny i Indie mają bardzo dobre stosunki i wygląda na to, że Al-Kaida może je tylko umocnić. Indie od dawna przestrzegają przed talibizacją Azji Południowej, a apel Abu Jahi potwierdza, że talibizacja jest faktem. Jeśli talibowie rzeczywiście wzniecą płomień dzihadu w Xinkiangu, to będą mieli przeciwko sobie nie tylko USA i Indie, ale także potężne w tym rejonie, a ciągle bierne Chiny. I nie pomogą Ujgurom w walce o autonomię, przeciwnie - odsuną możność realizacji tego celu na lata, a może nawet unicestwią ideę kompletnie.

 

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną