Joanna Podgórska
2 stycznia 2012

Rozmowa z prof. Józefem Baniakiem, socjologiem religii

Święta nasze nieświęte

O tym, do czego ludziom wciąż są potrzebne bożonarodzeniowe, rodzinne celebracje, i o coraz płytszej wierze Polaków - mówi Józef Baniak.

Joanna Podgórska: – Czy współczesny człowiek potrafi jeszcze odczuć sakralny wymiar świąt religijnych?
Józef Baniak: – Chyba już nie. Nawet w Polsce, kraju katolickim, święta Bożego Narodzenia nazywane są świętami zimowymi. Coraz częściej spotykamy się w badaniach z takim określeniem. To oznaczałoby, że wątek sakralny staje się mało znaczący w przekonaniach i praktyce życiowej. Od dłuższego czasu święta te mają wymiar rodzinny, o charakterze świeckim. Ludzie chętnie idą na pasterkę, ale to wcale nie oznacza, że idą tam z powodów religijnych. Z różnych badań, także moich, wynika, że motyw religijny znajduje się w nich na dalszym planie.

A co jest na pierwszym?
Tradycja. Młodzi idą do kościoła, bo idą też starsi, bo zawsze się chodziło. Coraz większy jest odsetek, zwłaszcza młodych, którzy idą na tę mszę po prostu pijani. Alkohol jest obecny podczas wszystkich uroczystości religijnych na polskich stołach, co dotyczy wszystkich grup społecznych. Ludzie nie przestrzegają już religijnych rytuałów, nakazów i zakazów kościelnych. Frekwencja w kościołach jest w tych dniach większa, ale nawet kościelne badania pokazują, że ona stopniowo spada. Dziś to jest ok. 60–65 proc. Z punktu widzenia kulturowego, teatru religijnego czy obyczajowości są to właściwie święta rodzinne, przeżywane w duchu świeckim, z niewielką domieszką sacrum. Zjawisko to niewątpliwie będzie się pogłębiać. Dlatego władze kościelne coraz częściej mówią nie tyle o ewangelizacji, ale o reewangelizacji katolickiej rodziny polskiej.

U nas próbuje się jeszcze świątecznie celebrować rodzinę. Na Zachodzie święta mają wymiar czysto komercyjny.
To jest polska specyfika. Tak było od dawna i przyczynił się do tego sam Kościół. Jeszcze w czasach kardynała Wyszyńskiego Kościół nie przewidział, że ta rodzinność okaże się laicka. A przecież rodzina jest laicka ze swej natury. Tak rozumiana rodzinność wypchnęła sacrum ze sfery świętowania. To z jednej strony, z drugiej – proces desakralizacji, który na Zachodzie toczył się od dawna, staje się widoczny także u nas. Różnica polega na tym, że w Polsce desakralizacja przebiega wolniej, pełzająco, nierewolucyjnie, a ewolucyjnie, ale jest ona faktem nie do zaprzeczenia. Niedziela jako dzień święty jest tego jaskrawym przykładem. Duży odsetek katolików już zapomniał o religijnym świętowaniu niedzieli jako obowiązku wynikającym z trzeciego przykazania Dekalogu. Przenoszą się ze świeckim celebrowaniem tego dnia do centrów handlowych. Zjawisko to nasiliło się pod koniec XX w. i trwa w obecnej dekadzie. To samo dotyczy Wielkanocy – coraz większy odsetek katolików, zwłaszcza młodych, już się nie spowiada i nie przyjmuje komunii z tej okazji. Nie rozumieją obrzędów związanych z Wielkanocą i jej religijnego charakteru, sensu i celu. Świąteczny czas spędzają w stylu świeckim, w gronie rodziny czy przyjaciół. Nie brak też takich, którzy uciekają w tym czasie do kurortów, by spokojnie wypocząć, bez presji religii.

Świecki charakter zyskują ryty przejścia, takie jak chrzest, Pierwsza Komunia, bierzmowanie, ślub kościelny czy pogrzeb. Badania wykazały, że akcenty religijne, związane z tymi praktykami jednorazowymi, są coraz rzadsze i słabsze, i są zastępowane akcentami świeckimi, często ludycznymi. Taką postawę wynoszą z domu młodzi katolicy, stając się pokoleniem uśpionym religijnie, obojętnym na sacrum. Na co dzień i od święta żyją bez religii, wbrew nauczaniu Kościoła, w typowo laickim duchu. Bóg bywa odsyłany na margines ich życia, stanowiąc jakieś zabezpieczenie dla losów eschatologicznych, bo trudno jest im wyzbyć się zupełnie myśli o życiu innym niż ziemskie. Trudno pogodzić się z myślą, że wszystko miałoby się kończyć wraz ze śmiercią.

Czy desakralizacja i sekularyzacja, o której sporo się ostatnio w Polsce mówi, to dwa różne procesy?
Desakralizację najprościej można zdefiniować jako proces wypchnięcia wątku sakralnego z życia codziennego i świątecznego. W encyklopedii KUL czytamy, że desakralizacja oznacza utratę poczucia świętości, specjalnych miejsc, rzeczy i czynności związanych z kultem; eliminację elementów religijnych z przekonań, postaw, struktur społecznych czy wreszcie z myślenia. Sekularyzacja jest zjawiskiem od niej pochodnym. Ludzie, usuwając sacrum, zastępują je świeckimi wartościami. Mogą nawet deklarować się jako wierzący, ale ta deklaracja nie przekłada się na życiową praktykę.

Czy można powiedzieć, że desakralizacja dotyczy życia jednostek, a sekularyzacja państwa, które dystansuje się od religii?
Tak, chociaż trzeba podkreślić, że te procesy nakładają się na siebie, są widoczne w obu wymiarach: jednostkowym i publicznym, zaczynają się od przemiany postaw i myślenia pojedynczych ludzi, a potem są przenoszone na życie zbiorowe: rodzinne, parafialne, zawodowe czy wreszcie państwowe. Ludzie w Europie, ale także w Polsce, coraz powszechniej oddzielają dwie sfery: sacrum, czyli religię i Kościół, a z drugiej strony państwo tolerujące religię, widzące jej miejsce w życiu obywateli, ale bez mieszania kompetencji. Suwerenność obu tych sfer jest ważna, bo gdy się zaciera, obie tracą niezależność, mieszają się hierarchie wartości. To widać dziś w Polsce, gdzie religia miesza się z polityką, gdyż obok tendencji do desakralizacji obecne są także tęsknoty za resakralizacją państwa.

 

 

Gdzie szukać początków zjawiska desakralizacji? Renesans? Oświecenie?
Początków można szukać już w starożytności, ale jako dynamiczne zjawisko społeczne desakralizacja jest stosunkowo młoda, ponieważ rozwinęła się na przełomie XIX i XX w., a w Polsce jeszcze później.

Co ją spowodowało?
Desakralizacja została wywołana wieloma czynnikami, ale najważniejszy był ten, że na przestrzeni dziejów rosła dominacja religii nad świeckością, Kościoła nad państwem, teologii nad filozofią; do tego stopnia, że zaczęto domagać się postawienia granic między sacrumprofanum. Ta przesada spowodowała powrót do świeckości w życiu jednostkowym i społecznym ludzi, także w państwie.

Czyli to była reakcja na średniowiecze i ideę christianitas, państwa przesiąkniętego religią na wskroś?
Oczywiście. Ważnym wątkiem była także dominacja teologii, która zdetronizowała filozofię jako królową nauk. I popełniała błędy, bo teologia nie daje sobie rady z wyjaśnianiem newralgicznych problemów natury egzystencjalnej. Dogmaty teologiczne niczego tu nie wyjaśniały. Wielu filozofów głosiło, że religii potrzebny jest rozum, a teologii – filozofia. Dominacja teologii przekładała się na inne sfery, nie tylko na naukę. Religia przybrała rozmiary instytucjonalne, stała się Kościołem i bywało, że włączała się w represje państwa wobec różnych grup. Dlatego humaniści zaczęli postulować jej rozdział od państwa. Kościół katolicki jeszcze dzisiaj domaga się wyłączności w sprawach religijnych i moralnych, naucza, że tylko on ma kompetencje sakralne i może ludzi zbawiać. Tak było zawsze, ale dziś ludzie już nie chcą się na

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną