Szkolny terror
Zgodnie z regulaminem
W lutym 2009 r. zaczął obowiązywać w Płużnicy nowy regulamin pełnienia dyżurów nauczycielskich na przerwie. Rozdział I paragraf 4 regulaminu informował, że „dyżur jest integralną częścią procesu dydaktyczno-wychowawczego”, więc każdy dyżurujący musi stać w wyznaczonym sektorze, utrzymywać kontakt wzrokowy z innym dyżurującym, wiedzieć z kim dyżuruje i zgłaszać nieprawidłowości dyrekcji. Nie wolno wyjść, nie wolno rozmawiać, nie wolno zajmować się „czynnościami, które przeszkadzają w rzetelnym pełnieniu dyżuru”. – Zakaz to zakaz – mówi Wiesława Murawska, nauczycielka nauczania zintegrowanego. – Gdy podchodziła do mnie mama ucznia, odwracałam się od niej i szeptałam tylko: nie wolno rozmawiać, nie wolno rozmawiać.
Dyżur kończył przeddzwonek. Przeddzwonek dzwonił trzy minuty przed końcem przerwy, by nauczyciel miał czas zabrać klucz, dziennik i z chwilą właściwego dzwonka rozpocząć lekcję.
Murawska pamięta, że kiedyś została wezwana do gabinetu dyrekcji. W trakcie rozmowy zadzwonił przeddzwonek. – Czy mam zostać? – zapytała, ale dyrekcja powiedziała, że musi o tym sama zdecydować. – Zastawiła na mnie pułapkę i czekała, jak z niej wybrnę – opowiada nauczycielka. – Jeśli wyjdę, zlekceważę dyrekcję, a jeśli zostanę – złamię regulamin i lekcja rozpocznie się później. Tak źle i tak nie dobrze. Za to i za to może być nagana.
Dyrekcja nie lubiła sprzeciwu. Gdy na jednej z licznych rad pedagogicznych nauczyciel wuefu wstrzymał się od głosu, dyrekcja powiedziała: – Co to za wstrzymywanie się od głosu? My tu kompletujemy sprawny zespół. Albo ktoś jest z nami, albo przeciwko nam. I z wuefistą nie przedłużono już umowy.
Wszystkie głosy sprzeciwu były notowane. Po nazwisku. Gdy ktoś zgłaszał jakikolwiek problem, dyrekcja pytała: a pani co w tej sprawie zrobiła? Trzeba było wtedy wyliczyć szczegółowo wszystkie podjęte działania. Padało ponownie pytanie: co jeszcze pani w tej sprawie zrobiła? Potem było straszenie wpisaniem uwagi do akt i polecenie napisania planu naprawy dla ucznia, rodzica oraz nauczyciela i złożenie pisemnego sprawozdania z podjętych działań.
Szkołę zalewały papiery, segregatory i teczki. By te stosy makulatury przekładać z miejsca na miejsce, zatrudniono cztery sekretarki. Nawet zebranie z rodzicami nauczyciel musiał prowadzić według zaprojektowanego wzoru. Na wywiadówkę konieczny był: plan rozmowy z rodzicami i regulamin, ogólny plan zebrania plus załączniki dotyczące regulaminu wyboru trójki klasowej, przewodniczącego zebrania, komisji wyborczej oraz komisji skrutacyjnej. Tylko jak obsadzić te wszystkie statutowe ciała, jeśli na zebraniu było pięć osób?
Najsłabsze ogniwo
Najsłabszym ogniwem była 38-letnia katechetka Małgorzata Dydo. Jej mąż pokazuje dziennikarzom zdjęcie uśmiechniętej krótkowłosej szatynki. Gdy ostatni raz widziano ją w szkole, wychodziła zapłakana z gabinetu dyrekcji. Tam się dowiedziała, że źle napisała program i w ogóle do niczego się nie nadaje.
– Miała przeczucie, że będzie musiała to wszystko poprawiać i wiedziała, że czeka ją strasznie pracochłonne zadanie – mówi Dariusz Dydo, mąż katechetki.
Koleżankom powiedziała, że dłużej tego nie zniesie, ale przecież większość nie mogła tego znieść. Skarżyła się, że życie jej polega na wypełnianiu tabelek i zaczernianiu papierów. Zaczynała o 4 rano, by nadrobić zaległości. Kończyła nocą. – Wciąż widzę żonę ślęczącą przy komputerze i wypełniającą te płachty papieru – opowiada Dariusz Dydo. – Kupiliśmy jej osobistego laptopa, bo gdy zaczynała pracę, nikt inny nie mógł korzystać ze wspólnego komputera.
Nie chodziła na zwolnienie, bo mówiła, że będzie musiała nadrabiać, a zresztą było to niezgodne z regulaminem pozostania nauczyciela na stanowisku pracy i mogło się skończyć zwolnieniem z pracy. Stres, zapalenie przełyku, zapalenie żołądka i dwunastnicy. Połykała więc torby leków. – Każdy nauczyciel bał się zwolnienia – mówi mąż. – Gdzie znajdzie pracę?
Małgorzata Dydo popełniła samobójstwo w sobotę 3 października, na kilka dni przed Dniem Nauczyciela. Z rzeczy ważnych, które mogą mieć jeszcze znaczenie, mąż zapamiętał, że ostatnio wspominała mu o podsłuchu założonym w pokoju nauczycielskim. Zapytał, po co ten podsłuch? – Dyrekcja chce wiedzieć, czy ktoś nie jest przeciwko niej i czy nie buntuje grona pedagogicznego – odpowiedziała.
Bunt rozpoczął się w poniedziałek, dwa dni po śmierci katechetki, gdy sekretarka pani dyrektor powiedziała nauczycielom, że nie może przyjąć od nich petycji w sprawie odwołania uroczystości Dnia Nauczyciela, bo dostała taki zakaz. Dyrekcja powtarzała, że to nie żałoba narodowa i nie ma co robić histerii. Wtedy nauczyciele stanęli pod sekretariatem, łamiąc kilka zapisów regulaminu pełnienia dyżurów. 35 nauczycieli złożyło doniesienie do prokuratury w Wąbrzeźnie, że Wanda Szarska i jej zastępca Piotr Banaszkiewicz znęcali się psychicznie nad wszystkimi pracownikami szkoły. Napisali, że w wyniku manipulacji psychologicznych doszło do samobójstwa ich koleżanki i wyczerpania psychicznego pozostałych pracowników.
Wotum nieufności
Dlaczego nikt nie zauważył tego wcześniej? Bo żaden nauczyciel nie poskarżył się kuratorium. Nic nie dostrzegł też wizytator, który za panowania pani dyrektor był w szkole 9 razy. – Relacje pracownicze nie są przedmiotem nadzoru pedagogicznego, który sprawuje kurator. Delikatna materia relacji międzyludzkich w trakcie typowych wizytacji bywa trudna do wychwycenia – mówi kurator Iwona Waszkiewicz. – Takie skargi kieruje się do pracodawcy, czyli w tym wypadku do wójta. Wójt Janusz Marcinkowski też mówi, że oficjalnej skargi nie było.
Jedyne, co zauważono w szkole podczas kontroli, to skrupulatnie prowadzoną dokumentację związaną z programem naprawczym. – Kuratorium wyznaczyło jej zadanie: zaprowadzić porządek bez wstrząsów i rewolucji – mówi znajoma pani dyrektor. – I chyba to ją przerosło. Ona była bardzo bojaźliwa i bała się tych nauczycieli. A że szanowała prawo, to dbała, żeby każdy aneks był prawidłowo zaopiniowany.
Wicedyrektor Piotr Banaszkiewicz uciekł pierwszy. Złożył rezygnację na ręce wójta Płużnicy. Powiedział mu, że oskarżenia są bezpodstawne i nie czuje się winny. I od tej pory nie wychodzi ze swojego mieszkania w Boguszewie. Wszystkim, którzy chcą go zapytać o sprawę, przez domofon mówi, że nie ma go w domu.
Nauczyciele na specjalnie zwołanej radzie pedagogicznej jednogłośnie przegłosowali wotum nieufności dla Wandy Szarskiej i domagają się od wójta, by zwolnił dyrektorkę. – Jeśli ona wróci, to większość z nas odejdzie – mówią nauczyciele, którzy poprosili kuratorium o roztoczenie nad nimi pomocy psychologicznej. Wójt Janusz Marcinkowski mówi, że zwolnienie pani dyrektor nie jest prostą sprawą. Dyrektorka leży w szpitalu i przeżywa załamanie nerwowe. W ubiegłym tygodniu odwołali Szarską ze stanowiska, jednak nadal pozostaje ona pracownikeim szkoły.
Wanda Szarska odmówiła rozmowy z „Polityką”. Tuż przed pójściem do szpitala za pośrednictwem toruńskich „Nowości” przekazała jednak oświadczenie: „Staram się swoje obowiązki wypełniać najlepiej, jak potrafię, zgodnie z obowiązującym prawem, w miarę możliwości we współpracy ze wszystkimi zainteresowanymi organami mającymi na sercu dobro dziecka i szkoły”.
Nazwisko dyrektorki szkoły zostało zmienione.

