Tomasz Walat z Kopenhagi
20 lipca 2011

Unijne granice: w Danii więcej celników

Granice niezgody

Na duńskich granicach przybędzie celników. Czy to koniec unijnej otwartości, czy jedno wielkie nieporozumienie?

Oprócz 182 celników, którzy dotychczas strzegli duńskich granic, 50 nowych wzmocniło przejścia graniczne na moście przez cieśninę Sundu, na Półwyspie Jutlandzkim i w przystaniach promowych przy cieśninach rozdzielających Danię i Niemcy. Następna setka stanie na przejściach już jesienią. A urzędy celne zostaną zmodernizowane i doposażone. Przybędzie też urządzeń usprawniających odprawę, takich jak sprowadzony niedawno na most nad Sundem olbrzymi mobilny aparat rentgenowski, który prześwietla ciężarówki z taką dokładnością, że można zobaczyć nawet markę przemycanej broni.

Na razie zmiany nie są za bardzo widoczne i tylko prasa skandynawska zamieszcza zdjęcia wyładowanych po brzegi samochodów osobowych poddawanych wyrywkowej, jak dotychczas, kontroli, która będzie się teraz odbywała częściej. Zwiększona obecność celników też nie rzuca się w oczy.

Pracujemy normalnie – mówi Mette Helmund, szef duńskiej placówki, rozlokowanej ze względów technicznych po szwedzkiej stronie mostu nad Sundem. – Robimy dokładnie to, co robiliśmy poprzednio. Szukamy narkotyków, broni i innych niedozwolonych produktów. Tego dnia, gdy wzmocniona ekipa duńskich celników pojawiła się po raz pierwszy na nieobsadzanym codziennie posterunku, nie znaleziono jednak żadnego trefnego ładunku, co bardzo rozczarowało dziennikarzy obserwujących to wydarzenie.

Zdrada idei

Niby nic się nie zmieniło, a jednak Parlament Europejski zdecydowanie sprzeciwił się przywracaniu kontroli granicznych w strefie Schengen, jakie mogłoby nastąpić właśnie pod pozorem odprawy celnej. Napływ imigrantów i uchodźców nie jest ku temu wystarczającym powodem, stwierdzono w przyjętej na początku lipca rezolucji. Chociaż w dokumencie PE wyraża się ubolewanie z powodu takich prób przez kilka niewymienionych z nazwy krajów, to ostrze krytyki uderzyło w Danię, która właśnie wtedy rozpoczęła akcję wzmacniania posterunków celnych na granicach z Niemcami i Szwecją.

Komisja Europejska już wcześniej domagała się wyjaśnienia decyzji przyjętej w tej sprawie przez duński parlament (Folketing). „Komisja nie będzie akceptowała żadnej próby naruszania zasady swobodnego przepływu towarów i ludzi w Unii Europejskiej”, zagroziła Duńczykom Dunka Pia Ahrenkilde Hansen, zastępczyni rzecznika tej unijnej instytucji. W sukurs Komisji przyszli inni. Niemiecki minister ds. współpracy z UE Jürg-Uwe Hahn wezwał rodaków do bojkotu Danii i wyjazdu w zamian na wakacje do Polski; „to jest zdrada europejskich idei otwartych granic”, powiedział. Przemówienie Donalda Tuska w Strasburgu, inaugurujące polską prezydencję w UE, odebrane zostało przez dzienniki kopenhaskie jako zapowiedź działań, które pozwolą „uchronić Europę przed podobnymi do duńskich posunięciami”.

Duńczycy się tłumaczą. Minister spraw zagranicznych w centroprawicowym rządzie Lene Espersen powołała się na długie tradycje swobodnego ruchu granicznego. – Mieliśmy Schengen na długo przed Schengen – tłumaczyła na konferencji prasowej, przypominając wprowadzoną już przed ponad półwieczem nordycką unię paszportową, która pozwalała obywatelom północnej Europy przekraczać w jej ramach granice bez żadnych dokumentów, co w UE nadal nie jest jeszcze możliwe. Wszystkie kraje Schengen mają celników, mówiła, których zadaniem jest m.in. zwalczanie przekraczających nielegalnie granice transportów narkotyków, broni i kradzionych towarów. Dania ma ich także, lecz w ostatnich latach było ich znacznie mniej niż u wielu duńskich sąsiadów, m.in. mniej niż w Szwecji. I dlatego duński rząd zdecydował się wzmocnić kontrolę celną. I, zapewniała pani minister, nie chodzi wcale o podważenie zasad wolnego przepływu osób. Ruch towarów przez granice ani nadzór nad nim nie jest objęty postanowieniami traktatu z Schengen, co, według niej, dodatkowo osłabia argumentację krytyków duńskich posunięć.

Mimo wprowadzenia kontroli i nawet po zakończeniu programu rozbudowy posterunków celnych teoretycznie wciąż będzie można skontrolować tylko jeden na tysiąc pojazdów przekraczających granice, a w praktyce jeszcze mniej. Z obliczeń wynika jasno, że chodzi o różnice obliczane w promilach. Na moście między Danią i Szwecją, który pokonuje każdej doby 20 tys. pojazdów (i 30 tys. pasażerów pociągów), zatrzymanych zostanie więc 20 kierowców i to tylko w wybrane dni, rzadziej niż raz na tydzień; dotychczas raz na miesiąc. Ruch na innych przejściach jest jeszcze większy, zwłaszcza na podzielonym Płw. Jutlandzkim zamieszkanym przez kilkudziesięciotysięczne mniejszości narodowe po obydwu stronach granicznej rzeki. Duńskie ekipy celne nie są przypisane do określonego miejsca i przenoszą się z jednej granicy na drugą.

Skąd więc cała wrzawa? Dania już wcześniej przysparzała Unii zmartwień, choćby w latach 90., kiedy opóźniała przyjęcia postanowień traktatu z Maastricht, albo w 2000 r., kiedy odrzuciła w referendum wspólną walutę. Nie chodzi chyba jednak o to, żeby się teraz na niej odegrać. Unia Europejska chce raczej zapobiec podobnym posunięciom w przyszłości i pokazać innym krajom, że jeśli pójdą w ślady Danii, grożą im również sankcje unijnej wspólnoty. Łatwiej pogrozić palcem małej Danii niż unijnym gigantom, którzy przecież też mają podobne grzechy na sumieniu (Włochy i Francja przy transferze uchodźców tunezyjskich).

 

 

Ogon kręcący psem

Tyle że w przypadku Danii sprawa jest o wiele poważniejsza niż drobne, powiedzmy sobie szczerze, utrudnienia celne, jakie mogą się pojawiać przy przekraczaniu wewnętrznych granic unijnych. Donald Tusk przestrzegał w Strasburgu przed powrotem do nacjonalizmu w sytuacjach kryzysowych. I tu przewinienia Danii są znacznie większe, chociaż mniej się o nich mówi. Dania miała do niedawna największe w Europie konserwatywne stronnictwo nacjonalistyczne (dopiero ostatnio wyprzedzone przez Prawdziwych Finów), antyimigracyjną Duńską Partię Ludową, dążącą do wystąpienia Danii z UE i układu z Schengen (lub przynajmniej wzmocnienia jej suwerenności wobec tych instytucji). W listopadowych wyborach parlamentarnych może ona odnieść kolejny sukces i zwiększyć stan posiadania do 15 proc. mandatów w Folketingu.

Wpływ na politykę duńską tej właśnie partii jest znacznie większy, niż wynikałoby z liczby posiadanych mandatów. Przez minioną dekadę partia udzielała poparcia i zapewniała egzystencję mniejszościowemu rządowi liberalno-konserwatywnej koalicji. To właśnie na żądanie tej partii, liczącej, że uda się przy okazji wyłapać nielegalnych imigrantów, wzmocniono posterunki celne.

Koalicja chce pozostać przy władzy przez kolejne cztery lata, a bez poparcia populistów nie będzie to możliwe. Wsparli oni ponadto krytykowaną przez opozycję reformę emerytur, która zmusi Duńczyków do pracy nawet po przekroczeniu siedemdziesiątki. Partia Ludowa odgrywa rolę ogona kręcącego psem i wywiera wpływ także na opozycję w parlamencie, który przyjął najbardziej surowe w Europie ustawy antyimigracyjne, ograniczające migrację i stwarzające obywatelom duńskim obcego pochodzenia różnego rodzaju utrudnienia, które miały ich skłonić do wyjazdu.

Minister asymilacji

Partia Ludowa mieni się także obrońcą duńskości zagrożonej rzekomo przez islam. Na 5,5 mln Dania ma około pół miliona mieszkańców urodzonych poza jej granicami

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Newsletter
Zamów newsletter, by otrzymywać najciekawsze artykuły na swój adres e-mail

Autorzy POLITYKI

»

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną