Nie za tanio?
Superpromocje i megaokazje. Gdzie jest haczyk i jak nie dać się nabrać?
[Tekst ukazał się w tygodniku POLITYKA 20 października 2015 roku]
Dziś prawie każdy autobus dalekobieżny szanującej się firmy jest w Polsce oklejony reklamą biletów za złotówkę. I więksi, i mniejsi przewoźnicy kuszą specjalnymi ofertami, bo kto w ten sposób się nie promuje, od razu uchodzi za drogiego. Jednak bilety „od jednego złotego” wcale nie mają w Polsce długiej historii. – U nas zaczął Polski Bus, który zrewolucjonizował system sprzedawania biletów. Wcześniej kupowało się je przede wszystkim w kasie lub u kierowcy. Polski Bus postawił na internet i dzięki temu mógł na każdy kurs wydzielić pulę najtańszych miejsc – mówi Aleksander Kierecki, redaktor naczelny portalu TransInfo.pl.
Właściciel Polskiego Busa, szkocki magnat transportowy sir Brian Souter, wjechał na nasz rynek autobusowy zaledwie cztery lata temu. Na początku konkurenci byli oburzeni, logicznie argumentując, że tak tanie bilety nie pokrywają nawet ceny paliwa, nie mówiąc o innych kosztach. Polski Bus jednak odpierał zarzuty, wskazując, że przecież znaczna część pasażerów płaci więcej, a najniższe ceny są dostępne tylko dla rezerwujących najwcześniej. Sprawą zainteresował się nawet Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, jednak firmy nie ukarał. Uznał bowiem, że skala jej działalności w Polsce jest bardzo mała, a na rynku działa wielu innych przewoźników. Skoro Polski Bus nie ma pozycji dominującej, może tak naprawdę robić, co chce.
Większość konkurentów Polskiego Busa sama zatem zaczęła stosować jego cenową taktykę. Niektórzy jednak wciąż próbują walczyć z nim, wykorzystując do tego urzędy i urzędników. Udaje się to kilku firmom busowym z Lubelszczyzny, które zdołały administracyjnie zablokować niektóre połączenia Polskiego Busa. Po ich stronie stanął bowiem lokalny marszałek, którego busiarze przekonali, że konkurencja chce ich wykończyć dumpingowymi cenami.