Co trzeba umieć w XXI wieku
Uczniowie piątej klasy szkoły podstawowej, między innymi 11-letnia Adrianna, podczas lekcji techniki, mamrocząc pod nosem brzydkie wyrazy, dziergają na drutach szalik, potem dłubią coś na szydełku, ślęczą nad pismem technicznym. Po co im to? I co właściwie trzeba umieć, żeby sobie poradzić w życiu XXI w.?

Od kaligrafii do asertywności

Szkoła zawsze oprócz wiedzy przekazywała uczniom pewne umiejętności, nawyki, postawy. Dziś wszystko to określa się mianem kompetencji kluczowych. Współczesna edukacja na świecie coraz częściej rezygnuje z przekazywania informacji na rzecz kształtowania kompetencji. To one pozwalają aktywnie funkcjonować zawodowo, społecznie, życiowo, towarzysko. Listę tych kompetencji dyktują zmieniające się czasy, unieważniając lub marginalizując jedne na rzecz innych. W edukacji na świecie konkretne życiowe sprawności ustępują miejsca bardziej wysublimowanym umiejętnościom, jak na przykład asertywność albo niezależność myślenia.

Prababcia 11-letniej Adrianny uczyła się w szkole kaligrafii. Ogromny nacisk kładziono na posługiwanie się poprawną polszczyzną, wpajano dobre maniery, a także bezwzględną pokorę wobec starszych. O żadnej asertywności czy niezależności nie było mowy. Prababcia posiada takie kompetencje jak zrobienie domowego makaronu, peklowanie szynki oraz wprawę w szyciu, dzierganiu, haftowaniu bielizny pościelowej, a nawet płaszcza na zimę. Babcia Adrianny ze zrobieniem domowego makaronu miałaby już problemy. Uszycie na podstawie wykroju z „Burdy” bluzki czy sukienki było w jej pokoleniu dość powszechną umiejętnością. W przeciwieństwie do prowadzenia samochodu, postrzeganego jako zajęcie męskie. Matce Adrianny całe szkolne życie także upłynęło w czasach PRL, obowiązkowo uczyła się rosyjskiego (uważanego wtedy za całkowicie nieprzydatny), a na zajęciach praktyczno-technicznych uczono ją tak dziwacznych umiejętności, jak wykonanie młotka z drewna lub popielniczki z metalowej puszki. Obsługi komputera musiała się uczyć już w dorosłym życiu. W pokoleniu Adrianny angielski, obsługa komputera i prawo jazdy to niemal święta trójca, której oczywistości nikt nie kwestionuje.

Jednak program szkoły jest nadal dość dziwaczną mieszanką kompetencji dawnych i współczesnych. Cerowanie czy gotowanie mogły być przydatne w czasach kryzysu. Dziś w dobie gotowych dań i fast foodów, a także wymienianej co sezon garderoby konieczne już nie są.

Rzecz z kompetencjami nie sprowadza się do programu zajęć praktycznych, lecz chodzi o coś, co określa się niezbyt zgrabnym sformułowaniem – o wychowawczą funkcję szkoły. Minął, miejmy nadzieję, symbolizowany przez postać ministra Romana Giertycha czas anachronicznego, płaskiego myślenia – że wychowanie to dyscyplina, mundurki, kamery, a autorytet zyskuje się poprzez sianie strachu. Gdy uda się już posprzątać największe absurdy i zaniedbania, warto podjąć od nowa poważny namysł nad wychowaniem, czyli wpajaniem kompetencji. Takich jak – żeby sięgnąć do najwyższej półki – umiejętna selekcja informacji, tolerancja kulturowych czy etnicznych odmienności, znajomość technik komunikacji.

Samoocena

Do odpowiedzi na pytanie, co trzeba umieć w XXI w., zachęciliśmy przed kilkoma tygodniami internautów odwiedzających stronę „Polityki”. Umieściliśmy tam listę 40 różnych kompetencji: od praktycznych po społeczne i psychologiczne. Są wśród nich także takie, które mogą być oceniane negatywnie, a jednak przydatne w praktyce. Do wyboru były trzy możliwości: potrafię i korzystam z tej umiejętności, nie potrafię, a przydałaby mi się, to zbędne w dzisiejszych czasach.

Pierwsze wyniki mogą być o tyle mylące, że ankietę wypełniali entuzjaści Internetu, stąd trudno się spodziewać, by ktokolwiek uznał za zbędne wyszukiwanie informacji w Internecie czy korzystanie z programów komputerowych.


Zachęcamy do jej wypełnienia, również dlatego, że każdy może, oczywiście z przymrużeniem oka, przyjrzeć się swojemu cywilizacyjnemu przystosowaniu.

Które zatem kompetencje nasi respondenci uważają za najbardziej przydatne i równocześnie chwalą się ich posiadaniem? Założyć konto bankowe, zainstalować urządzenie na podstawie instrukcji, znaleźć błyskawicznie informacje w Internecie i w tradycyjnych źródłach, używać programów typu Word czy Excel, napisać CV, wybrać dla siebie odpowiednią literaturę.

Uczestnicy wysoko ocenili swoje umiejętności społeczne. Ponad 80 proc. deklarowało, że potrafi precyzyjnie zaplanować własną pracę, rozwiązać życiowy problem, z którym wcześniej się nie spotkali, spokojnie dyskutować z kimś o odmiennych poglądach, znaleźć kompromisowe rozwiązanie w sytuacji konfliktu, z ufnością i otwartością odnieść się do człowieka o odmiennej orientacji seksualnej, rozpoznać manipulację emocjami w przekazie medialnym, np. reklamie (ponad 90 proc.!). Bliska 90 proc. była także grupa deklarująca, że potrafi wyrobić sobie własne zdanie na podstawie sprzecznych źródeł oraz przyznać się do błędu lub przeprosić, np. dziecko lub podwładnego.

Na liście umiejętności, przy których przeważała odpowiedź: nie potrafię, ale przydałoby mi się, znalazły się: rejestracja działalności gospodarczej, porozumiewanie się w dwóch językach obcych, dobór wina do obiadu, uprawianie modnych sportów typu golf, squash czy tenis, przemówienie bez tremy do kilkunastoosobowego audytorium, skrzyknięcie grupy do rozwiązania problemu (np. grupy sąsiadów do wywalczenia remontu ulicy).

Przy takich umiejętnościach jak radzenie sobie ze stresem w pracy, pogodzenie z porażką czy bycie asertywnym wobec zwierzchnika dominowały deklaracje: umiem i korzystam, lecz spora grupa – co trzeci respondent – przyznawała: chciałbym, ale nie umiem. Bardzo niewiele umiejętności z naszej listy uznanych zostało za zbędne w dzisiejszych czasach. Na pierwszym miejscu znalazło się uszycie prostej rzeczy, np. zasłon. Około 30 proc. za niepotrzebne uznało uprawianie modnych sportów.

Ciekawie ułożyły się odpowiedzi na temat kompetencji określonych przez nas jako negatywne. Ponad 10 proc. deklarowało, że potrafi dać łapówkę, ponad 40 proc. przyznało, że chciałoby to umieć, a prawie połowa oceniła tę umiejętność jako zbędną. Uczestnicy ankiety zaznaczali, że w tym punkcie zabrakło im opcji: umiem, ale nie korzystam, bo stwierdzenie, że umiejętność wręczania łapówek jest zbędna, trąci idealizmem. Niemal po równo rozłożyły się odpowiedzi w kwestii wykorzystywania znajomości. 40 proc. deklaruje, że umie i korzysta, drugie 40 proc. nie umie, ale by chciało. Ponad 65 proc. potrafi kłamać, gdy wymaga tego sytuacja, prawie 25 proc. ocenia tę umiejętność jako pożądaną. Jednak pierwsze miejsce na liście negatywnych, a pożądanych umiejętności zajęło obciążanie innych swoimi obowiązkami. Ponad połowa ankietowanych chciałaby to potrafić.

Loża dyskutuje

Dyskusja na temat kompetencji przetoczyła się w środowisku edukacyjnym w Polsce w latach 90. Podjęto nawet próby wprowadzania ich do programu szkolnego (projekt Kreator). Jednak po pierwsze – dyskusja ta w pewnym momencie zamarła, a po drugie – częściowo obsunęła się w banał, że współcześnie kluczowe kompetencje to wspomniana trójca: angielski, komputer i prawo jazdy. Po sukcesie polskiego hydraulika w Europie i klęsce liceów zawodowych (gremialnie oblewane matury), pojawiły się z kolei pomysły, czy nie zacząć na powrót otwierać zawodówek, w których uczono by wyłącznie umiejętności prostych i praktycznych.

Dlatego razem z gronem czworga ekspertów postanowiliśmy rozszyfrować pięć kluczowych kompetencji, jakie według zaleceń Unii Europejskiej powinny być wprowadzone do programów szkolnych i skonfrontować je z obecną szkolną rzeczywistością. Funkcjonują one w europejskiej edukacji, formułował je także projekt Kreator. Spróbowaliśmy w redakcyjnej dyskusji przełożyć je ze sztywnego urzędniczego języka na życie i zastanowić, jak ich można nauczyć.

W dyskusji udział wzięli: Anna Radziwiłł, wiceminister oświaty w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Marka Belki, współtwórczyni reformy oświatowej; Włodzimierz Paszyński, wieloletni kurator oświaty w Warszawie, wiceminister edukacji w rządzie Leszka Millera, obecnie zastępca prezydenta Warszawy, odpowiedzialny za edukację; Mirosław Sawicki, minister edukacji narodowej w latach 2004–2005 oraz Jerzy Wiśniewski, ekspert ds. edukacji w Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych CASE.

1
Żeby człowiek umiał sam sobie poradzić

Pierwsza z kompetencji brzmi: planowanie, organizowanie i ocenianie własnego uczenia się. – To przede wszystkim postawa, że chcę się uczyć, czyli motywacja. Największy nacisk trzeba położyć na to, żeby uczeń „coś sam”. Wszystko jedno co – coś zrobił, zaplanował, wymyślił, zrozumiał, ale sam. To jest istota – ocenia Anna Radziwiłł.

Kwintesencją kluczowych współczesnych kompetencji jest umiejętność uczenia się, gotowość do samokształcenia. – Zmieniający się szybko świat sprawia, że nie przewidzimy, do czego będziemy musieli użyć wiedzy. Stąd potrzeba tych metaumiejętności, które pozwolą nam w rozsądny sposób zmierzyć się z nowymi sytuacjami – rozjaśnia Jerzy Wiśniewski.

W zgodnej opinii naszych rozmówców, nie ma jednej recepty na wpojenie tej kompetencji, a najgorsze, co można zrobić, to usztywnić reguły. To kwestia wymagań wobec uczniów, żeby nauczyciel nie tylko odpytywał z dat życia królów lub przepływu prądu stałego, ale też pomógł zaplanować pracę i sprawdzić efekty.

rys. Mirosław Gryń

– Jako nauczyciel sam kiepsko planowałem swoją pracę – przyznaje Jerzy Wiśniewski. Prawie się nie zdarzało – opowiada – żeby na przykład fizyk z matematykiem zaplanowali, co się kiedy przerabia, bo narzędzia jednej dziedziny można wykorzystać w drugiej. Nie było rozmów typu: ja teraz przerabiam grupę trudnych tematów albo zadaję pracę semestralną, więc wy może poluzujcie. A już rozmów z uczniami na temat planowania ich pracy nie było w ogóle. Robię swoje i reszta mnie nie obchodzi, tak wygląda polska praktyka. – A kształtowanie kluczowych kompetencji to właśnie trudno uchwytna praktyka szkolna, rzeczy, które robi się mimochodem, a często są ważniejsze niż twarde treści wbijane do głów. Gdy zaś chodzi o motywację, to ją w pewnym stopniu wymuszają czasy. Ogromny postęp technologiczny wymaga stałego uczenia się. To nie jest kwestia chęci: ja się rozwinę, będę mądrzejszy, tylko tego, że w pewnym momencie zginę, jak czegoś nie opanuję – przekonuje Jerzy Wiśniewski.

Bardzo istotne jest tu, by szkoła nie sprzedawała uczniowi pokawałkowanej wiedzy, ale w miarę spójną wizję świata. Włodzimierz Paszyński wspomina, że kiedy w 1981 r. razem z Marzeną Okońską zakładał pierwszą w Polsce klasę autorską, udało się namówić kolegów do współpracy. A więc jest to możliwe. Aby uczyć uczenia się, oceniania własnej wiedzy, trzeba poluzować szkolny gorset, wpuścić tam więcej wolności. Czy polska szkoła jest na to gotowa, zwłaszcza po dość traumatycznych doświadczeniach ostatnich dwóch lat?

2
Żeby człowiek umiał mówić

Rozpaczliwie ubogi, okraszony niekiedy wulgaryzmami bełkot, jaki wylewa się z ekranu podczas emisji rozmaitych reality shows, może skłonić do wniosku, że przeciętni Polacy mają kłopoty z budowaniem zdań od kropki do kropki. Mirosław Sawicki podkreśla, że zanik umiejętności normalnego mówienia nie jest tylko polską specyfiką. Ten sam problem mają młodzi Brytyjczycy czy Niemcy. I to jest pewnie powód, dla którego umiejętność skutecznej komunikacji to druga kompetencja, przyjęta w programie Kreator. Oczywiście, mieści się w niej znajomość języków obcych i opanowanie nowych technologii komunikacyjnych, ale głównie formułowanie wypowiedzi.

– Powiem krótko: trzeba wiedzieć, o czym się mówi – deklaruje Włodzimierz Paszyński.

Zdaniem Mirosława Sawickiego, to nie wystarczy. Są wykładowcy, którzy mają rewelacyjne pomysły, ale nie potrafią ich w czytelny sposób przedstawić, i tacy, którzy fantastycznie sprzedają pomysły płytkie. W komunikacji niezwykle ważna jest także umiejętność słuchania, formułowania własnych argumentów i dyskursu z argumentami strony przeciwnej. Jerzy Wiśniewski dodaje do tego kwestię, która staje się coraz ważniejsza: pokonywanie barier kulturowych, rozumienie kontekstu kulturowego, w jakim ktoś się wypowiada.

– Znów jesteśmy blisko wychowania, bo umiejętność komunikacji to także stosunki między ludźmi: otwartość, ufność, akceptacja – deklaruje Anna Radziwiłł.

Zdaniem Włodzimierza Paszyńskiego, dzisiejsza szkoła nie kształtuje umiejętności językowych nawet w tradycyjnym, choć nie najgorszym rozumieniu. Esej, który kiedyś był normalną formą wypowiedzi w liceum, nie żyje. Inne formy rozbudowanych wypowiedzi także przestały istnieć. Na egzaminie maturalnym za wejście w taką poetykę można, co najwyżej, stracić punkty. Zdaniem Anny Radziwiłł, w nauce mówienia szkoła nie ma monopolu. To także kwestia domu rodzinnego, otoczenia i przede wszystkim kultury masowej.

– A kim są jej ikony i jak one mówią? – pyta Paszyński. – To one kształtują nawyki. Podobnie jak politycy ciągle obecni w mediach. A to jest dramat, nie język. I nikomu to nie przeszkadza, nawet w przypadku szczęśliwie minionego ministra edukacji. Do tego trzeba dodać nowe, skrótowe techniki komunikacji, takie jak esemes czy e-mail. Jak od tego uciec?

– Może wcale nie trzeba uciekać – oponuje Anna Radziwiłł. – Umiejętność komunikowania się to umiejętność przedzierania się przez różne języki, także język kultury masowej, esemesów czy e-maili.

Według Mirosława Sawickiego, gdy mówimy o języku polityki czy kultury masowej, trzeba jeszcze dodać odporność na manipulację. W świecie zdominowanym przez reklamę to bardzo istotne. To wymaga spojrzenia na język z metapoziomu, czytania języka ciała, świadomego odbioru treści, które usiłuje mi się wcisnąć.

rys. Mirosław Gryń 

Lekcje odporności na manipulację przynajmniej w części szkół już się odbywają. Analizuje się podczas nich audycje, teksty, spoty reklamowe, przygląda słowom, gestom. To można robić na lekcji języka polskiego, wiedzy o społeczeństwie czy na godzinie wychowawczej. W większości podręczników do polskiego są analizy tekstów kultury masowej.

– Może to idealistyczne podejście, ale wiedza i autorefleksja to jedyna szczepionka na manipulację – twierdzi Jerzy Wiśniewski. – Nie przewidzimy przecież wszystkich sytuacji. Trzeba uświadamiać młodym ludziom, że im więcej wiedzą, tym bardziej są odporni na manipulację. I nieważne, czy to jest w planie lekcji, czy obok. Problem w tym, że nauczyciele nie są do tego przygotowani.

Anna Radziwiłł proponuje, by w kształceniu nauczycieli wprowadzić coś takiego, jak przewodnictwo po współczesnej cywilizacji, bo dziś tego ich nikt nigdzie nie uczy.

3
Żeby człowiek umiał zaufać

Dzisiejsza szkoła nastawiona jest na rywalizację nie tylko z innymi szkołami, ale także uczniów między sobą. Liczą się rankingi, miejsca zajęte w konkursach. W bardzo niewielu szkołach podejmuje się próby prawdziwego wychowania obywatelskiego, poczucia, że jest się częścią jakiejś społeczności. Tymczasem kolejna kompetencja kluczowa to efektywne współdziałanie w zespole. Do tego potrzebne jest zaufanie, a poziom zaufania społecznego w Polsce jest skrajnie niski. Czy szkoła może na to wpłynąć?

– Może – twierdzi Włodzimierz Paszyński – tyle że to znów wymaga specyficznego nauczyciela. Wielokrotnie, gdy zaczynałem pracę z nową klasą, to najpierw brałem ich w góry. Już przy podejściu do pierwszego schroniska wiedziałem, kto jest kim. To pomaga stworzyć zespół.

W zgodnej opinii naszych ekspertów, życie szkolne musi być bogatsze. A najistotniejsze, ile w takich sytuacjach daje się odpowiedzialności młodym ludziom, pozwala im się dogadać, zorganizować.

Anna Radziwiłł: – Każdy z nas wie, że szybciej i łatwiej jest na ogół pościelić łóżko za dziecko niż sprawić, by je samo chciało pościelić. Tworzenie wszystkich tych kompetencji to skłonienie uczniów, by chcieli coś zrobić. A to jest bardzo czasochłonne i energochłonne. Szkoła najczęściej sprowadza się, niestety, do lekcji.

4
Żeby człowiek umiał myśleć

Kreatywność to słowo, które od lat robi karierę. Przewija się w ogłoszeniach o pracy. W branży reklamowej stało się nawet zawodem. Wydaje się, że bez tej cechy nie da się dziś aktywnie funkcjonować na trudnym rynku. Stąd czwarta kompetencja, wymieniana w projekcie Kreator, brzmi: rozwiązywanie problemów w twórczy sposób. Czy i jak można uczyć kreatywności?

– Pokazywać, że istnieją niestandardowe rozwiązania i nagradzać za myślenie po swojemu – proponuje Anna Radziwiłł.

Według Mirosława Sawickiego, w matematyce czy fizyce przydatne do tego będą zadania, które nie wymagają użycia algorytmu, tylko zdefiniowania problemu i poszukiwania rozwiązań. Jego zdaniem ważne jest też to, czego się zazwyczaj nie robi, a mianowicie przyglądanie się sposobom rozwiązywania zadań. Najczęściej patrzy się tylko, czy wynik jest dobry. – A niektóre rozwiązania są przepiękne! – entuzjazmuje się Sawicki. – Trzeba zmusić młodego człowieka, by umiał nazywać swoje myślenie, używać w myśleniu słów, a nie czystej intuicji. Jednak w polskiej szkole kreatywność może stanowić problem, bo system egzaminów idzie w zupełnie odwrotną stronę. Zdaniem Włodzimierza Paszyńskiego, im bardziej polonista będzie uczył twórczego myślenia i otwartej postawy wobec tekstu, tym bardziej uczeń zostanie na maturze ukarany, jeśli coś takiego zaprezentuje, bo to się nijak nie mieści w kluczu odpowiedzi na testy.

– Myślę, że kreatywność, podobnie jak inteligencja, polega na tym, żeby wiedzieć, co do czego stosować. Jeśli uczeń wie, jaki jest test czy egzamin, a ogólnie jest wytrenowany, to ja bym się o niego nie bała – ponownie oponuje Anna Radziwiłł, wspierana przez Jerzego Wiśniewskiego, który podkreśla, że zdawanie egzaminu to właśnie jest sytuacja rozwiązywania problemu, kreatywnie i skutecznie.

5
Żeby człowiek umiał się obronić

Kompetencja piąta, mająca przystosować młodego człowieka do funkcjonowania we współczesnym świecie, to efektywne posługiwanie się techniką informacyjną. Czy należy to rozumieć po prostu jako obsługę komputera, czyli zajęcia z informatyki?

– Moja mama, która urodziła się na początku XX w., musiała nauczyć się posługiwać telefonem. Ja już nie, natomiast musiałem nauczyć się obsługi komputera. Moja córka już nie, ona to po prostu umie – opowiada Mirosław Sawicki.

Z obserwacji Włodzimierza Paszyńskiego wynika, że młodzi siłą rzeczy poruszają się po nowych technologiach z małpią zręcznością. Istnieje jednak bariera związana ze statusem rodziny. Rozwarstwienie, które kiedyś zaczynało się później, dziś następuje w trzecim, piątym roku życia dziecka. Jerzy Wiśniewski podkreśla, że wykluczenie cyfrowe dotyczy także dorosłych. Szanse dzieci można wyrównywać poprzez podnoszenie kompetencji ich rodziców.

– Mówimy tu o szkole, ale ogromne wyzwania stoją także przed edukacją dorosłych, kształceniem ustawicznym – zaznacza.

Z posługiwaniem się techniką informacyjną związane jest także niebezpieczeństwo bezkrytycznego, bałwochwalczego i uzależniającego stosunku do nowych technologii. To by znaczyło, że kompetencja, która jest młodym potrzebna, to nie posługiwanie się technologią, ale odporność na nią. A dokładnie rzecz biorąc, świadome posługiwanie się nią.

Żeby człowiek i wiedział, i umiał

– W ostatniej klasie, z jaką miałem do czynienia – mówi Włodzimierz Paszyński – trzy czwarte uczniów nie przeczytało w życiu ani jednej książki, co nie przeszkodziło im ani dostać się do niezłego liceum, ani zdać matury. Będą umieli radzić sobie z instrukcjami czy testami, ale nie będą mieli w sobie przekonania, że „świat się podbija głową” – przewiduje.

– Ale przecież głowa to właśnie umiejętność rozwiązywania problemów, rozumienia, poznawania, a nie wyuczony, sztywny kanon szkolny – oponuje Anna Radziwiłł.

Zdaniem Mirosława Sawickiego, jeśli ktoś nie przeczytał ani jednej książki, to nie ma ani wiedzy, ani umiejętności, ani kompetencji, nic nie ma. Oczywiście istotne jest wyważenie proporcji między wiedzą a umiejętnościami: można zrezygnować z tego, żeby młody człowiek znał na pamięć równania Maxwella na rzecz tego, żeby potrafił odnaleźć je w książce i wykorzystać do rozwiązania problemu.

– Chodzi o to, żeby uczniowie nie czytali książek dlatego, że są w spisie lektur, ale po coś – twierdzi Jerzy Wiśniewski. – Żeby uczeń, nawet jeśli nie przeczyta czegoś w trakcie szkoły, miał chęć i umiejętność znalezienia w książce odpowiedzi na pytania, które przed nim staną. To jest kluczowa kompetencja, trudno mierzalna, ale najbardziej istotna.

rys. Mirosław Gryń

Najistotniejsze jest, zdaniem Anny Radziwiłł, to żeby wytworzyć nawyk, potrzebę czytania, a mniej ważne, co uczniowie czytają w okresie szkolnym. Według niej obecna szkoła jest zlepkiem nowoczesnej szkoły kompetencji i tej tradycyjno-erudycyjnej. – Bo to kwestia nawyków nauczycieli i wymogów typu: ktoś umrze, jak się nie dowie o wojnach punickich. Spór o proporcje między wiedzą, która potocznie sprowadza się do zapamiętywania, a kształceniem myślenia, rozwiązywania problemów, zastosowania wiedzy czy szukania informacji jest jak najbardziej realny. Zdaniem Anny Radziwiłł, nacisk można położyć albo na jedno, albo na drugie, byle nie na oba elementy jednocześnie, bo to jest nie do wytrzymania dla uczniów.

Żeby szkoła chciała się zmienić

Po 1989 r. przetoczyła się przez Polskę dyskusja, czy szkoła ma uczyć, czy wychowywać. Ponieważ po czasach PRL wychowanie kojarzyło się z indoktrynacją, odpowiedź brzmiała – uczyć. Przy czym, jak zauważa Mirosław Sawicki, gdy szkoła myśli, że nie wychowuje, to także wychowuje – tylko źle. Z dyskusją o wiedzy i kompetencjach w edukacji jest podobnie. Bo uczenie umiejętności to w ogromnej mierze właśnie wychowywanie. Nie chodzi o to, by erudycję przeciwstawiać kompetencjom. Te rzeczy trzeba pogodzić. Z jednej strony jest ogromny postęp wiedzy, który wymaga ciągłej aktualizacji programów szkolnych, ale też zapowiada niebezpieczeństwo, że mózgi uczniów tego w pewnym momencie nie wytrzymają, a szkoła będzie produkowała absolwentów naszpikowanych szczegółowymi informacjami, ale bezradnych wobec współczesnego świata. Z drugiej strony, jeśli szkoła nastawi się wyłącznie na przygotowanie do życia w cywilizacji XXI w., wypuści „kompetentnych ignorantów”, niezdolnych do głębszej refleksji nad rzeczywistością.

Więcej przedmiotów do programu szkolnego dołożyć się nie da. Nauka kompetencji musi stanowić część normalnych lekcji, wspieranych zajęciami pozalekcyjnymi. Same poradzą sobie z tym tylko najlepsze szkoły, zatrudniające nauczycieli, którzy chcą i potrafią. Normą jest raczej inercja i kurczowe trzymanie się starych nawyków. Zmiany muszą zacząć się od samej góry, od systemu kształcenia nauczycieli, których trzeba przygotowywać do roli wychowawców, przewodników po współczesnej cywilizacji.

Kwestią zasadniczą jest proporcja między wiedzą a umiejętnościami, dlatego niezbędna jest dyskusja nad podstawami programowymi. Warto przewietrzyć przeładowaną listę lektur. Zastanowić się, czy setki dat, które uczniowie muszą zapamiętać na lekcjach historii, są naprawdę niezbędne. Czy miejscem dla nauki religii jest na pewno przeładowany program szkolny? Czy wprowadzenie podstawowych pojęć z zakresu ekonomii nie byłoby bardziej przydatne niż, powiedzmy, informacje o roślinach nago- i okrytozalążkowych? Czy wreszcie, skoro prowadzenie samochodu postrzegane jest dziś powszechnie jako niezbędna umiejętność, nie wprowadzić np. do programu liceum kursu prawa jazdy, a zrezygnować z szydełkowania i pisma technicznego? To tylko kilka pierwszych z brzegu pytań.

Straciliśmy prawie dwa lata na jałowe dywagacje o kroju szkolnych mundurków i walorach prozy Dobraczyńskiego. A z polityką edukacyjną jest tak jak z wychowaniem – poprzez zaniechanie także kształtuje się szkołę. Cała nadzieja w tym, że nowa pani minister (sylwetka Katarzyny Hall na s. 32) kompetentniej niż jej poprzednik rozumie pojęcie wychowania i poważną dyskusję na temat edukacji podejmie na nowo. Jest to być może jedna z najważniejszych debat, jakie nas czekają w najbliższych latach.

Joanna Podgórska, Rysunki Mirosław Gryń

Napisz do nas jakie kompetencje i umiejętności są Twoim zdaniem najbardziej pożądane w życiu codziennym i na rynku pracy w XXIw. ?

Czekamy na komentarze.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj