Archiwum Polityki

Sami swoi mocium panie

Niestety, nie jest do końca jasne, po co Andrzej Wajda wyprowadził bohaterów „Zemsty” na mróz. Ponadto wszystko jest po bożemu, jak hrabia Fredro przykazał.

Pierwsza scena filmu: poprzez zaśnieżone pola maszeruje piechur przypominający z daleka żołnierza tułacza. Czyżby to był sam Aleksander Fredro wracający z przegranych wojen napoleońskich? Nie, to Papkin bieży na wezwanie Cześnika.

Wkrótce zaprezentują się pozostałe postacie dramatu, właśnie przed zamek podjeżdżają jedne sanie po drugich, z których wysiadają panowie szlachta wraz z otoczeniem. Jakby przybywali tu z muzeum narodowej wyobraźni w celu ponownego odegrania swych ról. Dokąd jeździli razem, czy jest w ogóle takie miejsce? Można się tylko domyślać, że byli w kościele, a teraz udają się do siebie na niedzielny posiłek. Jeszcze tylko Klara puści „zajączka” do Wacława, Cześnik ukłoni się sztywno Rejentowi, a ten odpowie przymilnie, choć nieszczerze. Nie ma wątpliwości, tak na siebie spoglądają śmiertelni wrogowie.

Dopisany w scenariuszu prolog jest bardzo przydatny; zaledwie kilka ujęć, a już z grubsza wiadomo, co się dzieje w duszach przymusowych sąsiadów. Za chwilę kamera znajdzie się jednak w pokoju Cześnika, który zapyta, tak jak w teatrze: „Cóż, polewki dziś nie dacie?”. Teraz już wszystko będzie mniej więcej tak jak u Fredry.

W związku z tym, że „Zemsta” jest obowiązkową lekturą, której nieprzemijającym zaletom poświęcono miliony wypracowań, spróbujmy do opisu ekranizacji użyć klasycznej szkolnej metody.

Ogólny zarys akcji

Dziś mało kto o tym pamięta, ale „Zemsta” powstała w tym samym czasie co „Pan Tadeusz”. Można by westchnąć w zachwycie: o roku ów 1834! Z tym że Mickiewicz pisał na emigracji i straszliwie tęsknił, natomiast Fredro był u siebie i raczej się bracią szlachecką nie zachwycał.

Polityka 40.2002 (2370) z dnia 05.10.2002; Kultura; s. 62
Reklama