Archiwum Polityki

Kalinka, kalinka, kalinka maja

Stara anegdota mówi, że wiekowy jubiler dawał kamień nieopisanej piękności do przecięcia najmłodszemu ze swych czeladników. On nie wie, ile to warte – tłumaczył – jemu ręka nie zadrży. Od paru sezonów ćwiczymy w polskim teatrze nieco zmienioną wersję tamtej przypowieści. Najzdolniejszy czeladnik bez oporu sięga na półkę po skarby. Patrzcie, z jaką gracją prowadzi laubzegę – ekscytują się zgromadzeni wokół jubilerzy – jak zmyślnie dobiera narzędzia. Cóż z tego, że cięcie wychodzi mu w końcu koślawo?

Od dziesięcioleci scena nie pamięta twórcy tak noszonego na rękach jak młody Ślązak, absolwent krakowskiej szkoły teatralnej, Grzegorz Jarzyna. Czego dotknął, zamieniało się w złoto: w uznanie, nagrody, aplauz. Hymny ku jego chwale głosili nie tylko krytycy bliscy pokoleniowo, skorzy do lansowania wschodzących wielkości; wyrazy szacunku płynęły także ze strony uznanych mistrzów w zawodzie. W efekcie nieledwie debiutant mógł z miejsca poszczycić się kompletem bezprecedensowo jednomyślnych nominacji do Paszportu „Polityki”.

Polityka 26.2000 (2251) z dnia 24.06.2000; Kultura; s. 53