Marszałek osobiście zadecydował o losach swych szczątków: serce na wileńską Rossę, ciało na krakowski Wawel. Symbolika nośna i czytelna, wykonanie zgodne z ostatnią wolą Komendanta. W poniedziałek, 13 maja 1935 r., o godz. 2.40 w nocy, po ogoleniu twarzy zmarłego zdjęto gipsową maskę pośmiertną. Balsamowanie i przemywanie ciała trwało do dziewiątej rano. Ważące 520 g serce Józefa Piłsudskiego zostało „doprowadzone do stanu zmumifikowanego, twardego”; odrzucono projekt zanurzenia go w specjalnym rozczynie, który trzeba by było co jakiś czas uzupełniać. Jak wykazał rozwój wypadków politycznych, decyzja była ze wszech miar słuszna. Na Litwę narodowa relikwia powędrowała w uszczelnionym szklanym naczyniu, owiniętym bandażami nasączonymi żywicą. Trudno spekulować, w jakim stanie jest dziś serce Komendanta – o ile w ogóle znajduje się na Rossie.
Komendant na widoku
Balsamowanie zwłok odbywało się w małej, dusznej, nie posiadającej żadnej klimatyzacji, słabo oświetlonej salce w Belwederze. Przeprowadzał je kierownik Pracowni Anatomo-Patologicznej Centrum Wyszkolenia Sanitarnego w Warszawie dr Wiktor Kaliciński. Zginął w Katyniu. W Warszawie mieszka jego córka Małgorzata Buraczewska. Pamięta opowiadania ojca o tamtej nocy w Belwederze, o opóźnieniu sekcji zwłok i balsamowania ciała: – Trzeba było najpierw uspokoić zdradzającego objawy krańcowej depresji generała Wieniawę. Rozpacz ludzi obecnych wtedy w Belwederze była niewyobrażalna. Kompletnie rozbici psychicznie, bezradni, pogubieni, chcieli być jak najbliżej łóżka, na którym leżały zwłoki. Nie mogli uwierzyć w tę śmierć.
Córka Komendanta Jadwiga Piłsudska-Jaraczewska mówi, że wprawdzie była przy śmierci ojca, ale, prócz tej chwili przy konającym, niewiele pamięta.