Archiwum Polityki

Moja babka kontra Ratko Mladić

Gdy człowiek stoi w kolejce w jednym z supermarketów, które dowodzą, że klient nie jest idiotą, a ich reklamowe proporce górują nad miastem, przerastając i wysokością, i liczbą wieże gotyckich kościołów, do głowy przychodzą najróżniejsze myśli. Nie inaczej było ze mną w sobotni marcowy poranek. W dłoniach trzymałem aparat fotograficzny – mój upatrzony konsumpcyjny skarb. Wokoło panował chaos. Tłum napierał na regały i półki, tratował się w dziale wyprzedaży, sprawiając wrażenie, jakby pakował do wózków najniezbędniejsze dobra przed nadciągającym frontem. Świat supermarketów ma coś z wojennej zawieruchy.

Może to wynik ogólnej nerwowości klientów, ogarniętych jakimś krańcowym stadium ADHD, a może trzymanego w dłoniach aparatu, ale nagle przypomniałem sobie powieść Dubravki Ugresić „Muzeum bezwarunkowej kapitulacji”. Autorka przywołuje anegdotę o zbrodniarzu wojennym Ratku Mladiciu, który przed zniszczeniem Sarajewa zadzwonił do mieszkającego w nim znajomego i łaskawie dał nieszczęśnikowi czas na wyniesienie z domu rodzinnych albumów. Generał był przeświadczony, że pozwalając ocalić albumy, pozwala zachować ludzką pamięć.

Jednak zaraz w myślach stanęła postać mojej zmarłej przed paroma laty babki. Urodziła się pod Wilnem, w tym samym roku co Krzysztof Kamil Baczyński. Jej los „Kolumba” miał kształt repatrianckiego wagonu. Po wojnie została wywieziona na Ziemie Odzyskane – bez ani jednego rodzinnego albumu, bez ani jednego zdjęcia najbliższych, które mogłoby stanowić bursztyn pamięci z zatopionymi obrazami przeszłości. Mimo to, przez kolejne pięćdziesiąt lat życia w polskich Prusach Wschodnich, babka przywoływała skwapliwie, z werystyczną wręcz dokładnością, nieistniejące dawno światy – od ojcowskiego zaprzęgu, przez brodawkę pod nosem wuja Leona, satynową sukienkę kuzynki Stasi, niedzielny rosół spożywany w porcelanowej zastawie, po barokowe okazy ryb, łowione w pobliskiej Wilii.

Polityka 14.2009 (2699) z dnia 04.04.2009; Kultura; s. 66
Reklama