Archiwum Polityki

Przygoda przy dozowniku Algidy

W świadomości mojego pokolenia z Żydami jest mniej więcej tak jak z Ruskami w „Wojnie polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej: widać zewsząd nienawiść, widać napisy na murach, nie widać obiektu. Nienawiść i napisy, gwiazdy Dawida na przystankach, a z drugiej strony konferencje i wystawy – wszystko to wobec pustki, bo obiektu nie ma. Halucynacja. Tak jak u Masłowskiej w całej książce nie ma ani jednego „Ruska”, tak moi rówieśnicy – o ile nie wyjechali do Izraela – nigdy nie mieli pewności, czy ktoś jest, czy nie jest Żydem.

Owszem, o tym czy o tamtym przebąkiwało się, że jest. Ten aktor jest. Ten jest. Bo chyba taki nos, że musi być. Uszy takie. Oczy. Ale zgadywanki te przypominały nieco podejrzenia co do pedalstwa: jest czy nie? Bo jakby ruchy takie… Głosik taki… I – jak w przypadku pedalstwa, tak i w przypadku żydostwa – właściwie nikt się do niedawna nie przyznawał. A co dopiero mówić o jakichś praktykach religijnych, strojach, chasydach, muzyce itd. Może jest, może nie jest, ale wszystko to za plecami było, nikt nigdy zainteresowanego nie wziął i nie zapytał, słuchaj, stary, ty może jesteś Żydem? Tak jak można było spokojnie zapytać, jesteś Szwedem? Jesteś Amerykaninem, ale nie można było: „jesteś może pedałem”? A jeśli obiektu brak i nikt nikogo nie pyta, to znaczy, że mamy problem.

Polska jest bardzo tolerancyjna, ale jakaś taka jednorodna, bez dzielnic arabskich, żydowskich, pedalskich i murzyńskich. Czemu w Niemczech są, a u nas nie? Boby w łeb dostali? A z drugiej strony moje pokolenie było uczone w szkole, że Polacy to tacy dobrzy goście, co zostali napadnięci przez złych Niemców i Rusków, i Żydów jak się dało, z narażeniem życia, ratowali.

Polityka 16.2009 (2701) z dnia 18.04.2009; Kultura; s. 60
Reklama