Ja My Oni

Wyrazistość. Cel: troll

Jak być przyzwoitym w internecie

Przed nadużyciami w sieci nie chronią ani regulaminy, ani specjalne zapory, ani zasady netykiety. Przed nadużyciami w sieci nie chronią ani regulaminy, ani specjalne zapory, ani zasady netykiety. Mirosław Gryń / Polityka
W internecie bezceremonialność i brutalność stały się bez mała zasadą komunikacji – czy jest od tego odwrót.

Tekst ukazał się w nowym Poradniku Psychologicznym „Ja My Oni” – „Alfabet człowieka przyzwoitego”, dostępnym od 28 sierpnia w punktach sprzedaży prasy i w internetowym sklepie POLITYKI.

***

Szczerość, prostolinijność, wyrazistość, a nawet lekka bezceremonialność wypowiedzi w potocznym rozumieniu raczej dobrze się kojarzą. Przypisuje się te cechy osobom, które nie wstydzą się i nie skrywają swoich poglądów, nie kluczą, nie mataczą, nie owijają w bawełnę. Co mają w sercu, to na języku, wykładają kawę na ławę, walą prosto z mostu – jak głoszą popularne porzekadła. Entuzjaści internetu przekonują, że to jedna z jego podstawowych zalet, zaś zwłaszcza wyrazistość wypowiedzi uważają za warunek konieczny, by zostać tam w ogóle zauważonym.

Owa wyrazistość to jednak, niestety, najłagodniej mówiąc, język niewyparzony, a często brutalny, agresywny, wulgarny. Wiele negatywnych i groźnych zjawisk jest w jakimś stopniu wynikiem owej „wyrazistości”. Hejt, lincz, cyberbullying (powtarzalne akty przemocy z użyciem technologii: nękanie, groźby, publikowanie lub rozsyłanie ośmieszających filmów, zdjęć czy informacji), trolling (wchodzenie w dyskusje po to tylko, żeby jątrzyć, obrażać, wywołać jeszcze większy konflikt), stalking (uporczywe nagabywanie, naprzykrzanie się, prześladowanie innej osoby i naruszanie jej prywatności), mowa nienawiści czy po prostu niewybredne komentarze na forach dyskusyjnych. Hamulce puszczają w anonimowych wymianach zdań, ale nie tylko. Użytkownicy mediów społecznościowych posługują się zazwyczaj prawdziwymi danymi, a mimo to zdarza się, i to często, że nie powściągają języka. Niezależnie od tego, z kim rozmawiają: z obcym, krewnym, znajomym z pracy czy studiów.

Wygląda na to, że nie anonimowość daje w sieci poczucie bezkarności, ale sieć sama w sobie – bariera kontaktu, który zawsze jest tylko pośredni. Po prostu: brak żywego człowieka naprzeciw. Sieć, piękna idea wielkiej agory, miała łączyć, ale wciąż stwarza dystans, który bardzo często dzieli.

A na tym przecież nie koniec. Zbiór niepokojących, specyficznych dla internetu zjawisk jest bardzo pojemny. Wśród nich wymienia się piractwo (niby kradzież, a w sieci uchodzi nierzadko na sucho), fake newsy (cynicznie preparowane kłamstwa), całe morze pornografii. Dochodzą do tego liczne przypadki wykradania danych – przez jednostki, ale i firmy tak duże jak Facebook. Oraz nieustanna manipulacja, bo internauta jest bardzo atrakcyjnym klientem. Nawet ze skromnej garstki danych dobry reklamodawca coś dla siebie wyłuska i chętnie to w swoim interesie wykorzysta. Użytkownik sieci staje się więc maleńkim fragmentem we wzorze algorytmu, i to niejednego – pod innym kątem bada go muzyczny serwis streamingowy Spotify, pod innym wirtualna telewizja pokroju Netflixa itd. Branża cyfrowa rośnie, człowiek jest więc wciąż targetowany – szufladkowany tak, by stale coś go w sieci kusiło.

Gdzie w tym wszystkim przyzwoitość, kultura osobista, wzajemny szacunek, poszanowanie dla prywatności i wzajemnych granic? To dylemat w rodzaju: pierwsze było jajko czy kura. Bo może podłość i cynizm siedzą w człowieku, a sieć je tylko zręcznie z niego wydobywa?

Rozdzieleni

Sieć miała zbliżać, poszerzać horyzonty i grona pięknie różniących się znajomych, zachęcając do wymiany myśli i współpracy. Dziś uważa się, że sprzyja raczej plemienności. Ludzie są na ogół życzliwsi i hojniejsi w krajach, gdzie instytucje (rządy, szkoły, sądy) są dobrze rozwinięte i działają demokratycznie. Słowem: tam, gdzie poczucie sprawiedliwości i równości jest wyższe. Internet, a zwłaszcza media społecznościowe, taką instytucją (jeszcze?) nie są, więc i sprzyjają polaryzacji. Sieć nie premiuje w sposób szczególny za współpracę, tylko za aktywność. Internauci wolą zaś trzymać ze „swoimi”, ludźmi, którzy podzielają ich przekonania i wartości. W mediach społecznościowych funkcjonują w tzw. bańkach informacyjnych – karmieni newsami, które mogą ich zainteresować. Teoretycznie nie muszą się więc konfrontować z czymś dla siebie nieznanym, budzącym w nich lęk, ani z tym, przeciw czemu protestują.

Język wirtualnych plemion też bywa wyrazisty. Różne badania dowodzą, że wpisy na portalach pokroju Facebooka czy Twittera są popularniejsze, kiedy zawierają emocjonalny przekaz i moralny osąd zarazem. William J. Brady, Julian A. Wills, John T. Jost, Joshua A. Tucker i Jay J. Van Bavel z Princeton University wzięli pod lupę nieco ponad pół miliarda użytkowników mediów społecznościowych. Sprawdzali ich wpisy dotyczące trzech gorących zagadnień: prawa dostępu do broni, małżeństw osób homoseksualnych i zmian klimatycznych. Doszli do wniosku, że treści zaangażowane, polaryzujące, silnie emocjonalne mają o 20 proc. większe szanse na to, że rozpowszechnią się w sieci szerzej niż treści neutralne. Ale uwaga: owszem, rozprzestrzeniają się „niczym wirus”, tyle że zwłaszcza w obrębie grup myślących podobnie.

Duży zasięg przynosi też niekiedy efekty poza siecią. Przykładem wybuch arabskiej wiosny na Bliskim Wschodzie czy euromajdan na Ukrainie. Dodajmy, że wymiana poglądów między grupami różniącymi się ideologicznie, światopoglądowo, także się odbywa, ale w dużo mniejszym stopniu.

Rozemocjonowani

Zdaniem naukowców z Princeton sieć jest więc idealnym nośnikiem przekazów moralnych. Także – a może zwłaszcza – dlatego, że w internecie czasem łatwiej niż poza nim zdobyć się na emocjonalne wyznanie, a i publiczności nie trzeba szukać, bo już jest. Emocje zaś – dodają badacze – nie tylko utwierdzają w przekonaniach, lecz także usprawiedliwiają działania, które w innym przypadku można by uznać za niemoralne. Lżenie np. osób homoseksualnych też się w ten przewrotny sposób uprawomocnia. Po niedawnym, pierwszym w historii Białegostoku marszu równości w konserwatywnej części sieci rozlały się komentarze sugerujące, że kolorowy tłum prowokował kontrmanifestujących i sam się prosił o ataki. Ta część internetu jest przekonana, że ma rację – tak jak przekonana o swojej racji jest strona przeciwna, potępiająca akty przemocy. Jeden i drugi przekaz wybrzmiewa głośno i wyraziście, tylko na ogół w różnych kierunkach.

„Stworzyliśmy ekosystem, który premiuje treści skandaliczne i platformy internetowe, za pośrednictwem których ludzie wyrażają swoje oburzenie w sposób prostszy niż kiedykolwiek” – tłumaczy dla BBC Molly Crockett, dyrektor Human Cooperation Lab, należącej do Yale University placówki badającej rozmaite zachowania społeczne. „Niewielkie szanse – dodaje Crockett – że za szydzenie w internecie spotka nas jakakolwiek kara w świecie rzeczywistym”.

Za to w sieci takie zachowanie może być nawet nagradzane – podnosi reputację w grupie, wzmacnia wiarygodność, czasem czyni liderem. Mocna treść się klika, zbiera lajki na Facebooku. A to w internecie też forma nagrody, osobistej korzyści, przekładającej się na lepsze myślenie o sobie samym. „Oburzenie wchodzi nam więc w nawyk. A nawyk jest zachowaniem, które podejmuje się bez baczenia na konsekwencje” – twierdzi Crockett. Zachowania nawykowe, powtarzalne, stają się normą.

Wydaje się, że taką normą stała się w sieci właśnie nieuprzejmość. Danny Wallace, autor książki „F*** You Very Much: The Surprising Truth About Why People Are So Rude” (Zaskakująca prawda o tym, dlaczego ludzie są tacy niegrzeczni), tłumaczył w jednym z wywiadów: „Ludzie dziś czują, że muszą się dzielić swoimi przemyśleniami – wszystkimi, wszędzie i zawsze, niezależnie od tego, czy mają na dany temat jakąś wiedzę. A potem nadają swoim opiniom rangę, publikując je i używając niewybrednego języka, bo tylko tak da się przekrzyczeć wirtualny tłum”.

W czasach sprzed ery cyfrowej potrzeba skupiania uwagi na sobie samym nie była tak dalece rozwinięta. A dziś mówi się, że jest wręcz kluczowa. Geoff MacDonald, psycholog z University of Toronto, tłumaczył w zeszłym roku dziennikowi „The Guardian”, że bycie zauważanym jest podstawową potrzebą wszystkich istot żywych: „To dosłownie kwestia życia i śmierci. Ludzie, którzy nie czuliby się dobrze w towarzystwie innych albo też nie czuliby się źle, gdyby byli od nich odseparowani, nie mieliby dość motywacji do funkcjonowania ani do przekazywania dalej swoich genów”.

Potrzeba uwagi łączy się zaś ściśle z potrzebą przynależności, którą ujął w swej słynnej piramidzie już Abraham Maslow. Sieć te potrzeby zaspokaja najszybciej. Jest lekiem na osamotnienie. A że ludzi przyciąga to, co wyraziste, kontrowersyjne czy obraźliwe, internet jest tym zalany.

Rozhamowani

Pojęciem, które również dobrze wyjaśnia wirtualne rozluźnienie obyczajów, jest online disinhibition effect (John Suler z Rider University, 2004 r.). Czyli efekt rozhamowania w internecie. Ludzie w sieci pozwalają sobie na więcej m.in. dlatego, że wciąż czują się tutaj względnie anonimowi (nawet udostępniając komplet aktualnych, intymnych danych z własnym zdjęciem). Dlatego mówi się nawet nie tyle o anonimowości, ile o „aurze anonimowości”. Szansa, że przypadkowego adwersarza z internetu spotka się w świecie rzeczywistym, nadal jest niewielka, zwłaszcza jeśli dyskutuje się z człowiekiem z drugiego końca kraju. Takiego oponenta łatwiej też pozbawić ludzkich cech – to awatar, jakiś internauta, w dodatku w naszej ocenie wygaduje bzdury.

Na „efekt rozhamowania” składa się także powiązane z poczuciem anonimowości poczucie niewidzialności – komputer czy smartfon tworzą magiczną barierę, zawsze dają się wyłączyć. Do zestawu cech internauty dopisuje się poza tym nadmierny subiektywizm w postrzeganiu świata (ocenianie innych własną miarą itp.) oraz tendencje do pomniejszania roli autorytetów (zwłaszcza że wielu użytkowników sieci samych siebie widzi w roli ekspertów). To rzecz jasna portret uśredniony.

Psychologowie tłumaczą w sposób banalny, lecz słuszny: w internecie brakuje kontaktu wzrokowego. Pisali o tym w 2012 r. na łamach „Computers in Human Behavior” Noam Lapidot-Lefler i Azy Barak z Haifa University. Z ich badań wynika, że spośród trzech czynników – poczucia anonimowości, poczucia niewidzialności i braku kontaktu wzrokowego – zwłaszcza ten ostatni sprawia, że internauci są wobec siebie nieuprzejmi, czasem wręcz grubiańscy.

Osobny portret trzeba namalować tzw. wirtualnym trollom. To użytkownicy, którzy nie używają argumentów merytorycznych, atakują ogólnie, często personalnie. W 2014 r. na łamach czasopisma „Personality and Individual Differences” ukazał się artykuł „Trolls just want to have fun” (Trolle tylko chcą się bawić). Autorzy zebrali dane od ponad tysiąca użytkowników sieci i zauważyli, że uprawianie trollingu koreluje z takimi cechami, jak sadyzm, psychopatia i makiawelizm, które w sumie tworzą Mroczną Triadę osobowości. Osoby te są w internecie bardzo aktywne, udzielają się w licznych dyskusjach i odczuwają przyjemność, gdy uda im się doprowadzić do waśni, skonfliktować rozmówców itd.

Inni internauci są na trolling wciąż podatni. Danny Wallace: „Ludzie jednak cenią dyplomację. Chcą być szanowani i słuchani. Dlatego nieuprzejmość wywiera na nich tak duży psychologiczny wpływ. Zderzeni z nią, natychmiast czują się odtrąceni, znieważeni, zlekceważeni. Chcą odzyskać szacunek. Nieuprzejmość rodzi zaś żądzę zemsty”. Spirala się nakręca.

Odpowiedzialni

Dziś jest jasne, że przed nadużyciami w sieci nie chronią dostatecznie ani regulaminy poszczególnych stron czy portali społecznościowych, ani specjalne zapory, np. rodzicielskie, ani zasady netykiety – pojęcie samo w sobie nieco się już zestarzało i mało kto się nim jeszcze posługuje.

Nie chronią też internautów liczne armie moderatorów, którzy kasują z sieci to, co nie powinno się w niej znaleźć. Przypadek relacjonowanego na żywo ataku zamachowca w Nowej Zelandii z 2018 r. dowodzi, że reakcja administratorów nawet największych internetowych portali nadchodzi poniewczasie. Zwłaszcza że „transmisja w czasie rzeczywistym” to jedna z cenionych technologicznych nowinek i trudno przypuszczać, by raptem znikła.

Regulaminy i zasady tworzą tylko ramy, które co sprytniejsi i tak omijają. Giganci hi-tech zdają sobie z tego sprawę, dlatego systemowe rozwiązania, które proponują, opierają się na głębokim zaufaniu do samych internautów. I tak chociażby walce z fake newsami mają służyć m.in. procedury zgłoszeń – użytkownik powiadamia (np. administratorów Facebooka), gdy coś go zaniepokoi albo budzi jego podejrzenia, słowem gdy istnieją uzasadnione obawy, że jakaś treść nie powinna trafić do sieci, bo pochodzi z mało rzetelnego źródła, epatuje przemocą itp.

U podłoża takiego myślenia leży przekonanie, że internauci wezmą odpowiedzialność też na siebie we wspólnym wysiłku cywilizowania internetu. Biorąc pod uwagę wszystko to, o czym była mowa wyżej, można pomyśleć, że to pobożne życzenie i naiwność. Otóż – niekoniecznie. Poczucie odpowiedzialności może istotnie modyfikować nawyki, skłaniać m.in. do prowadzenia bardziej ekologicznego stylu życia (dla dobra planety) czy właśnie do powściągania języka w internecie (dla dobra wirtualnego ekosystemu). Współodpowiedzialność skłania też wreszcie do działań altruistycznych, o czym w Polsce mogliśmy się przekonać przy okazji głośnych internetowych zbiórek – na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy czy Europejskie Centrum Solidarności. Facebook proponuje też przykładowo, by zamiast zbierać życzenia w dniu swoich urodzin, gromadzić wspólnie ze znajomymi fundusze na różne cele charytatywne.

Zmianę wymusza też niekiedy sama specyfika platformy internetowej. Okazuje się, że portal społecznościowy LinkedIn (600 mln użytkowników), na którym szukają się pracownicy i pracodawcy, jest w istocie (a przynajmniej stara się być) strefą wolną od hejtu, bo internautom zależy, by pokazać się od jak najlepszej strony. Ważą więc słowa. Co nie dziwi – krzykaczy nikt zatrudniać nie chce. Ani mieć takich za szefów. Służbowy charakter LinkedIn nie sprzyja wyznaniom związanym z życiem osobistym ani dzieleniu się prywatnymi poglądami, zdjęciami z wakacji itd. Co może być atutem, ale nie wszystkim się podoba – takie środowisko niektórym użytkownikom wydaje się jednak zbyt sztuczne.

Wspólni

Ostatecznie bardzo dużo zależy od samych internautów. Osób skłonnych do zmiany zachowania w sieci może być niewiele, ale jest szansa, że pociągną za sobą naśladowców. Nicholas Christakis z Human Nature Lab (jeszcze jedna placówka badawcza przy Yale University) prowadzi z zespołem ciekawe obserwacje na ten temat. Poszukuje internautów z potencjałem do działania, które może się innym przysłużyć – mających moc przekonywania, charyzmę. Okazało się, że wirtualni aktywiści np. w Hondurasie są skuteczniejsi w promowaniu potrzebnych szczepień niż oficjalne kampanie społeczne. Na podobnej zasadzie działają zresztą influencerzy – wpływowi ludzie internetu – w wielu innych miejscach świata.

Moc influencerów może osłabnąć, gdy Facebook wdroży zmianę testowaną właśnie m.in. w Australii i we Włoszech. Mark Zuckerberg rozważa bowiem wyłączenie liczników polubień (i innych wirtualnych „reakcji”) – każdy użytkownik widziałby tylko, ile sam ich otrzymał, ale cudzych już nie. Popularność w sieci byłoby więc trudniej zmierzyć. I może dobrze. Facebook tłumaczy, że chce zdjąć presję z internautów. A pogoń za lajkami (powtórzmy: klika się zwłaszcza to, co wyraziste) rzeczywiście podbudowuje poczucie własnej wartości, ale i je obniża, gdy w porównaniach wypada się gorzej niż rówieśnicy. Zmiana wydaje się subtelna i błaha, ale może znacząco przemeblować wirtualny ekosystem.

Takich technik, by tak rzec, wirtualnej inżynierii społecznej jest więcej. Czasem w sam środek gorących dyskusji wtrąca się internetowy bot – sztuczny byt – który ma wygłosić tylko formułkę w rodzaju: „Osób o innym kolorze skóry nie powinno się obrażać. Szanujmy się”. I to działa! Z kolei coraz skuteczniejsze algorytmy pomagają ustalić, kiedy ludzie zbliżają się w sieci do granicy wytrzymałości. Bada się w tym celu aktywnych użytkowników, którzy nader często sięgają po mowę nienawiści. Algorytm nawet z 80-proc. skutecznością wskazuje, w jakich momentach taki internauta sączy z siebie jad. Po co nam ta wiedza? Po to choćby, żeby odpowiednio się zachować w dyskusji z podobnym oponentem. Okazuje się, że czasem wystarczy odczekać. Zamiast odpowiadać hejtem na hejt (badania dowodzą, że trollem może sporadycznie być każdy, bo każdego mają prawo ponieść nerwy) – dać czas sobie i rozmówcy. Cristian Danescu-Niculescu-Mizil z Cornell University nazywa to „interwencją wyprzedzającą”.

Widać więc wyraźnie, że odpowiedzialność za kulturę w internecie i mediach społecznościowych spoczywa dziś na wszystkich – samych użytkownikach i twórcach platform internetowych. Pocieszają się niektórzy, że mieliśmy całe tysiąclecia, by nauczyć się funkcjonować w społeczeństwach i możliwie zgodnie kooperować (co też różnie wychodzi). A media społecznościowe mają za sobą dopiero dwie dekady.

Ja My Oni „Alfabet człowieka przyzwoitego” (100155) z dnia 26.08.2019; Przyzwoity człowiek; s. 96
Oryginalny tytuł tekstu: "Wyrazistość. Cel: troll"
Reklama
Reklama