Historia

Dyktator gwiazd

Boski Juliusz

Juliusz Cezar Juliusz Cezar Andrew Bossi / Flickr CC by SA
Jak i dlaczego Juliusz Cezar przemienił się w kometę.
Zabójstwo Juliusza Cezara, malował Vincenzo CamucciniWikipedia Zabójstwo Juliusza Cezara, malował Vincenzo Camuccini

44r. p.n.e., rok śmierci Cezara, był niespokojny, obfitował w różne znaki na niebie i ziemi. W końcu lipca nad Rzymem, przez siedem dni w jedenastej godzinie dnia, czyli około szóstej po południu, w północnym rejonie nieba wschodziła kometa tak jasna, że widać ją było bez trudu w dziennym świetle. Działo się to podczas igrzysk wyprawionych przez Oktawiana na cześć Wenus Rodzicielki i zamordowanego w idy marcowe Juliusza Cezara. Jak po latach zapisał w „Pamiętnikach” sam Oktawian August: „Lud uwierzył, że gwiazda ta zwiastuje, iż dusza Cezara zaliczona została w poczet bogów nieśmiertelnych”. Swetoniusz ujął to prościej: „Uwierzono, że to dusza Cezara przyjętego do nieba”.

Nie było w tym nic, jak na owe czasy, niezwykłego. Już w starożytnym Egipcie gwiazdy uważano za ba, czyli dusze zmarłych. W Grecji podobny pogląd głosili pitagorejczycy, zgodnie z mitologią jednak los ten zastrzeżony był tylko dla herosów. W konstelacje gwiazd zamienieni zostali po śmierci: Herkules, Perseusz i Andromeda oraz boscy Bliźniacy – Kastor i Polluks. „Całe niebo prawie ludźmi jest zapełnione” – zdumiewał się Cyceron w „Disputationes tusculanae”. W „Śnie Scypiona” zaś przyznawał prawo do niebiańskiego bytowania (i świecenia przykładem, w dosłownym tego słowa znaczeniu) wszystkim, którzy będą „zachowywać, wspomagać i powiększać ojczyznę”.

Wkrótce jednak wiara w świetlaną przyszłość zmarłych uległa demokratyzacji. Oto przykład z Grecji. W inskrypcji z Amorgos młody człowiek zwraca się do swojej matki: „Nie płacz, na cóż ci łzy? Czcij mnie raczej, albowiem jestem boską gwiazdą, która pokazuje się o zachodzie słońca”. Rejonem nieba, który zamieszkiwać miały dusze zmarłych bohaterów, były okolice Mlecznej Drogi, coraz częściej utożsamianej z Polami Elizejskimi. „Tam jest mieszkanie bogów i mieszkanie tych, którzy w doskonałości bogom dorównują” – pisał poeta Manilius. To właśnie tam pojawiła się kometa w lipcu 44 r.

Boski Juliusz miał nawet lepszy tytuł do gwiezdnego bytowania niż inni śmiertelnicy: jego ród wywodził się od samej bogini Wenus. W pierwszym wieku przed naszą erą, okresie bezustannych wojen domowych, ta łagodna bogini miłości kojarzyć się zaczęła ze zwycięstwem i fortuną. „Oczekiwano po niej sukcesu i spełnienia. A któż inny miał prawo oczekiwać podobnych darów, jak nie jej daleki potomek, który wizerunek uzbrojonej Wenus nosił na swoim pierścieniu i jej imienia używał jako zawołania w trudnych militarnie sytuacjach?” – pisze Christian Meier w książce „Ceasar” (Londyn, 1996 r.).

Po bitwie pod Farsalos Cezar wystawił opiekuńczemu bóstwu swego rodu świątynię, w której – ku zgorszeniu Rzymian – stanął posąg lubiącej się utożsamiać z Afrodytą Kleopatry. W XV księdze „Metamorfoz” Owidiusz opisuje, jak bogini odwdzięczyła się swemu potomkowi i wyznawcy. Nie mogąc ubłagać Zeusa, by ocalił mu życie, zabrała duszę zamordowanego Cezara wprost z Senatu i umieściła ją pośród gwiazd. Urodzony pod gwiazdą Wenus Juliusz Cezar z pewnością mógł liczyć na to, że kiedyś sam stanie się najjaśniejszą gwiazdą na rzymskim firmamencie.

Astronomia i kalendarz

Gwiazdy były mu bliskie nie tylko ze względów politycznych. Juliusz Cezar był miłośnikiem astronomii. To w końcu on dokonał epokowej reformy kalendarza, który – nie licząc szesnastowiecznych uściśleń – obowiązuje do dziś dnia. A na reformę rzymskiego kalendarza czas już był najwyższy. Każde miasteczko posługiwało się własną miarą czasu, a ustanowiony przez legendarnego króla Numę lunarny kalendarz pozostawał aż 90 dni w tyle za słońcem Italii. Swetoniusz skarży się, że był on „z winy kapłanów, przesuwających samowolnie miesiące przestępne, w stanie takiego bezładu, że ani święto dożynek nie przypadało latem, ani winobrania jesienią”.

Najlepiej zdawał sobie sprawę z tego stanu rzeczy czuwający nad państwowymi świętami i kalendarzem Pontifex Maximus Juliusz Cezar. Wsparty fachowymi radami matematyka i astronoma Sosigenesa z Aleksandrii zabrał się więc energicznie do porządków. „Rok przystosował do obiegu słońca, dzieląc go na trzysta sześćdziesiąt pięć dni, zniósł miesiąc przestępny, w zamian za to miano co cztery lata dodawać jeden dzień. Chcąc na przyszłość od najbliższego pierwszego stycznia uzyskać zgodność rachuby czasu [z porami roku], między miesiąc listopad i grudzień wprowadził dwa inne. Więc ten rok, w którym reforma była przeprowadzona, miał piętnaście miesięcy wraz z miesiącem przestępnym, który według zwyczaju przypadł właśnie na ów rok” – relacjonował Plutarch.

Tym sposobem rok 46 p.n.e. liczył 445 dni! Początek roku przeniesiony został z 1 marca na 1 stycznia, a poświęcony bogom podziemia najkrótszy miesiąc luty co cztery lata przybierał na długości. Zmiany dosięgły też lipca. Miesiąc, w którym narodził się dyktator Rzymu, zmienił nazwę z Quintilis na Julius.

Nie wszystkim jednak spodobał się kalendarz juliański. „I tutaj wrogowie Cezara, którym ciążyła jego wielkość, znaleźli powód do niezadowolenia. I tak – znany mówca Cyceron, kiedy ktoś powiedział, że jutro ukaże się na niebie Lira, odparł: »Oczywiście, według rozkazu« – jakby ludzie nawet tę reformę kalendarza przyjmowali pod przymusem”. Republikanie burzyli się na myśl, że dyktator w swych autorytarnych zapędach pragnie rozkazywać nawet gwiazdom.

Plutarch wysoko ocenia astronomiczne umiejętności Cezara, oddając mu pełnię zasług w pomyślnym przeprowadzeniu reformy. Cezar uchodził przy tym za tak dobrego znawcę astronomii, że przypisywano mu nawet autorstwo fachowej księgi „O gwiazdach”. Trudno jednak przypuszczać, aby zajęty reformami państwa i nieustającymi wojnami dyktator miał czas na regularne obserwacje astronomiczne i sporządzanie uczonych rozpraw. Cezar potrafił co prawda – i to znacznie – wydłużyć rok, ale doba, jak powiadają, wydłużyć się nie da.

Powróćmy jednak do komety, bo przecież to w kometę miał przemienić się po śmierci Juliusz Cezar. I tu właśnie zaczynają się problemy. Kometa nie wróży bowiem niczego dobrego.

Włochate niebezpieczeństwo

Długowłose gwiazdy od zawsze jeżyły ludziom włos na głowach. Wierze w złowróżbne znaczenie komet ulegały takie umysły jak Arystoteles czy Seneka. Ten ostatni pisał, iż niektóre komety są „napiętnowane krwią i groźbą, zapowiadając rozlew krwi, idący w ślad za ich warkoczami”. Pliniusz Starszy „posunął się nawet do rad, jak z usytuowania komety, kierunku jej warkocza i wyglądu można przewidywać nadciągające katastrofy i wskazywać rejony świata, które mogą zostać nimi dotknięte – tak, na przykład, kometa podobna do fletu z warkoczem wskazującym na wschód miała zapowiadać zły wpływ na muzykę we wschodnich krajach”.

Przez długie stulecia komety zwiastowały wojny, zarazy i zgony wielkich ludzi. Kometa z 12 r. p.n.e. oznaczała śmierć rzymskiego wodza Agryppy; „gwiazda włochata niezwykłej wielkości” poprzedziła śmierć cesarza Konstantyna w 337 r. W blasku komety miał też umierać w 814 r. wskrzesiciel Cesarstwa Rzymskiego Karol Wielki. Komety prześladowały wodza Hunów Attylę. Pierwsza pojawiła się w 451 r., wieszcząc mu klęskę na Polach Katalaunijskich w Galii. Druga dwa lata później przyniosła mu śmierć. Kometa zjawiła się też za panowania Wespazjana w 79 r. Słynący z poczucia humoru cesarz ogłosił, że „ta długowłosa gwiazda jest znakiem dla króla Persów”, ponieważ królowie perscy nosili długie włosy, a Wespazjan był łysy. Nie udało mu się jednak okpić przeznaczenia – zmarł w tym samym roku.

Po komecie rzadko spodziewano się czegoś dobrego. Część Żydów widziała w wędrownej gwieździe z 69 r. n.e. zwiastun świtającej dla nich wolności, ale „roztropniejsi” rozpoznali w niej jedynie znak nadciągającej wojny. Ci drudzy zresztą mieli rację, gdyż wojna ta zakończyła się zburzeniem Jerozolimy. W 204 r. p.n.e. Rzymianie, tym razem słusznie, uznali kometę za pomyślny omen, zapowiadający ich zwycięstwo w drugiej wojnie punickiej. Dobroczynny charakter miały też mieć dwie komety, które pojawiły się na niebie za czasów Nerona. Seneka pisał w najmroczniejszej epoce rządów swego zwyrodniałego wychowanka, że ukazały się one „podczas tego radosnego panowania Nerona”, który „uwolnił komety od ich złej sławy”. Pobrzmiewa w tym jednak albo płaskie pochlebstwo, które i tak nie uratowało filozofowi życia, albo raczej gryząca ironia.

Gwiezdne wojny

Był jednak w historii Rzymu inny cesarz, któremu przynajmniej jedną kometę rzeczywiście udało się od złej sławy uwolnić. To Oktawian August, przybrany syn Juliusza Cezara. On właśnie jest autorem najstarszej relacji o komecie Cezara.

Kometa, która uniosła do nieba duszę pogromcy Galów, jest jednym z najlepiej udokumentowanych zjawisk astronomicznych w starożytności. Wspominali o niej historycy tej miary co Plutarch i Swetoniusz. Pisał o niej Pliniusz Starszy w „Naturalis Historia” i Seneka Młodszy w „Questiones naturales”. Opiewali ją poeci tak uznani jak Owidiusz, Wergiliusz i Horacy. Widnieje ona na rzymskich monetach i reliefach z epoki. Pierwszym jednak źródłem, w którym się pojawia, są pamiętniki „De vita sua” Oktawiana Augusta. Zostały one spisane dwadzieścia lat po idach marcowych i igrzyskach na cześć Wenus i Cezara. Wszystkie inne źródła są nie tylko późniejsze, ale i od tej pierwszej relacji w mniejszym lub większym stopniu zależne. Co więcej, nie licząc grandilokwentnych opisów poetów doby Augusta, kolejne rzeczowe sprawozdanie na temat komety znajdujemy dopiero w „Zagadnieniach przyrodniczych” Seneki, które od wydarzenia dzieli ponad sto lat. Wcześniejsza od relacji Oktawiana jest tylko niejasna wzmianka w „Georgikach” Wergiliusza: „nigdy częściej na niebie nie lśniły komety”, nazbyt poetycka, by dawać jej wiarę.

Oczywiście, relacje takie mogły istnieć, zważywszy, jak wiele dzieł starożytnych przepadło na zawsze w mrokach wczesnego Średniowiecza. Nigdy już zapewne nie odnajdziemy księgi Liwiusza dotyczącej niespokojnego 44 r. Ale czemu nie ma żadnej wzmianki o komecie w świetnie zachowanych listach Cycerona z lipca–sierpnia tegoż roku? Przecież, jak napisał w czwartym wieku Juliusz Obsequens, autor „Księgi znaków cudownych”, kometa ta „przyciągała wzrok wszystkich”. Zastanawiające więc, dlaczego nie przyciągnęła wzroku Cycerona, autora dzieła „O wróżbiarstwie”? Odpowiedź jest zaskakująco prosta: Arpinaty nie było w tym czasie w Rzymie. 6 lipca wybrał się w podróż do Grecji, gdzie zamierzał odwiedzić studiującego w Atenach syna Marka. Kometę być może widział w drodze, ale widocznie nie uznał jej za zjawisko szczególnie warte uwagi. Mimo iż był członkiem kolegium augurów, a więc kapłanów wróżących z lotu ptaków i zjawisk na niebie, sam do cudownych znaków podchodził bardzo sceptycznie. Słynny jest cytat z Katona, który Cycero zawarł w swoim dziele: kiedy augur spotyka augura, uśmiechają się do siebie porozumiewawczo. Nie wiemy, czy Arpinata uśmiechnął się na widok komety. Temu ostatniemu z republikanów nie było jednak na pewno do śmiechu ze świadomością wzrastającej, nawet po śmierci, potęgi Cezara.

Kometa równości

Ponieważ jedyną w miarę współczesną relację o komecie Cezara dostarczył nam Oktawian August, organizator igrzysk ku czci przybranego ojca, część historyków zaczęła go podejrzewać o historyczną manipulację. Nie bez podstaw zresztą. Czas po idach marcowych 44 r. był okresem politycznej niepewności i rozchwiania. 17 marca Senat uchwalił jednocześnie amnestię dla zabójców Cezara oraz zaaprobował wszystkie rozporządzenia zabitego „tyrana”. Gdy jednak na forum wzniesiono ku czci dyktatora kolumnę i ołtarz, konsul Dolabella skazał na śmierć autorów tego „bezbożnego” czynu. Aby kult Cezara nie był postrzegany jako zgubna bezbożność, konieczny był znak od bogów, uznających „boskiego Juliusza” za równego sobie. Takim znakiem mogła być kometa, rozbłysła na siedem dni podczas igrzysk ku czci zmarłego dyktatora, w miesiącu noszącym od niedawna jego imię – Julius.

„Nie jest wykluczone, że historyjkę wymyślił sam Oktawian; nawet jeśli tym razem inicjatywa wyszła skądinąd, młodzieniec użył całej swojej energii, by odpowiednio ją wykorzystać. Opatrzył gwiazdą wszystkie posągi Cezara i umieścił ją jako symbol na monetach, sankcjonując tym samym swoje roszczenia do miana syna boskiego (divi filius)” – pisze biograf Augusta, Pat Southern. Dodaje też, że igrzyska na cześć Cezara były odpowiedzią na nieudane lipcowe igrzyska ku czci Apollina wydane przez zabójcę Cezara – Brutusa. W tej rywalizacji na igrzyska potrzebne były dodatkowe fajerwerki. Gdyby nie było komety, trzeba by ją było wymyślić.

Tylko dlaczego Oktawian, przybrany syn Cezara i pretendent do jedynowładztwa, wymyślił właśnie kometę? Czy nie odpalił przypadkiem zbyt niebezpiecznej racy?

Młody Oktawian świadom był zagrożeń, jakie niosły ze sobą włochate gwiazdy. Przypomniał mu o tym zresztą w dobitny sposób pewien haruspik, Vulcanius. Haruspicy byli etruskimi kapłanami, ekspertami we wróżeniu z wnętrzności zwierzęcych i interpretowaniu piorunów. Otóż ogłosił on na zgromadzeniu ludowym, iż kometa widziana podczas igrzysk ku czci Cezara jest znakiem końca dziewiątego, czyli przedostatniego wieku. Nawiązywał w tej przepowiedni do etruskiej wiary w dziesięć wieków, z których każdy przybliżał upadek ludzkości. Dziesiąty, najbardziej dekadencki, oznaczać miał koniec świata, a zatem zwiastująca go kometa była znakiem szczególnie złowieszczym. Jakby na potwierdzenie tej ponurej przepowiedni Vulcanius potknął się i umarł, nie dokończywszy mowy, „ponieważ wbrew woli bogów objawił rzeczy, które były zakryte”.

Koniec świata, czyli Złoty Wiek

Skąd wzięłaby się opowieść o wieszczącym koniec świata haruspiku, gdyby kometa była tylko propagandowym wymysłem Augusta? Ślady tradycyjnej, negatywnej interpretacji zjawiska, które pojawiło się w 44 r. nad Rzymem odnajdujemy też w powstałej trzysta lat po tych wydarzeniach „Historii rzymskiej” Kasjusza Diona: „Gdy przez wszystkie te dni ku wieczorowi pewna gwiazda pojawiała się na północy – i choć niektórzy nazywali ją kometą i mówili, że jest zapowiedzią tego co zwykle, większość nie wierzyła w to i przypisywała ją Juliuszowi Cezarowi, sądząc, że stał się nieśmiertelny i zaliczony został w poczet gwiazd. Oktawian nabrał do tego przekonania i umieścił w świątyni Wenus brązową statuę Cezara z gwiazdą nad głową”. „To co zwykle” w przypadku komet nie brzmi dobrze. Z relacji solidnego historyka, jakim był Kasjusz Dion, wynika jednak, że malkontenci byli w mniejszości, większość widziała w komecie nieśmiertelną gwiazdę Cezara. I to dopiero pod wpływem vox populi młody Oktawian zdecydował się uczcić gwiazdą swego zmarłego ojca.

Oktawian o komecie Cezara wspomina po raz pierwszy dopiero w swoim pamiętniku pisanym w latach dwudziestych, w szczęśliwej epoce pryncypatu, gdy przyblakło już dawno jej złowróżbne, czerwonawe światło. Wcześniej w znaku, jaki ukazał się podczas wyprawionych przez siebie igrzysk, przyszły cesarz wolał widzieć gwiazdę. Gwiazdę Cezara. „Dlatego także nad głową jego posągu, który wkrótce potem poświęciłem na Forum, umieściłem gwiazdę” – pisze cesarz. Kamienna gwiazda zabłysła też na frontonie świątyni wzniesionej na cześć ubóstwionego Juliusza. Błyszczała w poezji i na rzymskich monetach. I – jeśli wierzyć „Eneidzie” – na hełmie samego Oktawiana, zmagającego się z Antoniuszem i Kleopatrą pod Akcjum. „Przedstawia się go odtąd na wizerunkach z gwiazdą nad głową” – pisze o zmarłym dyktatorze Swetoniusz. Tak przez ponad dwie dekady przedstawiać będzie Cezara jego przybrany syn i kontynuator.

Oktawian miał wiele powodów, by uznać Cezara za gwiazdę. Boski Juliusz przecież przez całe życie świadomie dążył ku Mlecznej Drodze. Łatwo więc było wmówić ludowi, że ta czy inna gwiazda jest duszą zamordowanego Cezara. Sprzyjała temu atmosfera tamtych niespokojnych lat. „W żadnym innym okresie dziejów Rzymu nie wspomina się o tylu znakach; mnożą się wszędzie, poruszając ludową wrażliwość. Niepewne czasy wzmagają potrzebę przewidywania przyszłości. (...) Nieprzypadkowo rozwój astrologii zbiega się w czasie z upadkiem Republiki” – stwierdza Tamsyn S. Barton, autor książki „Władza i wiedza”. Rzymianom przestają wystarczać dawne sposoby konsultacji woli bogów: markotne kury, które nie chcą jeść ziarna, przerośnięte wątroby ofiarnych zwierząt... W czasach walki o jedynowładztwo potrzebna jest szybka i jednoznaczna odpowiedź; taka, jakiej może dostarczyć horoskop. Taki horoskop sporządził sobie Oktawian w marcu 44 r., zanim przystąpił do swoich „gwiezdnych wojen”, w których Brutusa i Antoniusza pokonał za pomocą komety.

Ten dziewiętnastoletni utalentowany młodzieniec po mistrzowsku rozegrał swoją pierwszą partię. Na długie lata odsunął złowróżbny cień komety, czyniąc z niej swą szczęśliwą gwiazdę. Do kometarnej symboliki powrócił dopiero po paru dekadach: w swoich spisanych około 24 r. p.n.e. pamiętnikach, na monetach wybitych z okazji przypadających na 17 r. p.n.e. Igrzysk Stuletnich i w dworskiej poezji Złotego Wieku. Przez lata wojen i dostatniego pokoju udało mu się bowiem przeinterpretować ponure proroctwo haruspika Vulcaniusa. Wieszczony przez niego „dziesiąty wiek” August uznał, w zgodzie zresztą z tradycją grecką, za Aurea Aetas, złoty wiek swego panowania. Jak każda apokaliptyczna wizja, rodził się on w bólach wojen domowych, przy blasku komety, by ziścić się po ostatecznym zwycięstwie pod Akcjum w 31 r. p.n.e. w błogim Pax Augusta.

Oktawian wykazał się nie lada zręcznością przemieniając kometę w gwiazdę, koniec świata zaś w złoty wiek. Zręczność tę odziedziczył bez wątpienia po swym przybranym ojcu. Jak pisze o Cezarze Swetoniusz: „nawet żaden znak złowieszczy nie zdołał go odstraszyć ani opóźnić w podjęciu zamierzonego działania. (...) Gdy się potknął schodząc z okrętu, uznał to za dobrą wróżbę i powiedział: »Mam cię teraz w swych rękach, Afryko«”. Cezar schwytał grudkę ziemi, Oktawian – warkocz komety. Obaj potrafili zrobić z nich użytek”.

„Tłumaczyłem sobie, że i ona dla mnie się zrodziła, i ja jakby na nowo rodzę się w jej znaku” – tak, wedle Pliniusza, cieszył się w duchu przyszły cesarz August. „Nic bardziej trafnego – przyznaje jeden z badaczy starożytnego Rzymu. – Ta kometa zrodziła cesarstwo”.

 

*

W pierwszych miesiącach 1821 r. nad wyspą Świętej Heleny pojawiła się kometa. Umierającego Napoleona powiadomił o tym jeden ze służących. „Taki znak był przy śmierci Cezara!” – ożywił się wyraźnie cesarz. Uczestniczący w tej rozmowie lekarz zaczął swego pacjenta uspokajać: „Ależ skąd, nie ma żadnej komety”. „Można i bez komety” – westchnął zrezygnowany Napoleon.

Polityka 51.2009 (2736) z dnia 19.12.2009; Historia; s. 90
Oryginalny tytuł tekstu: "Dyktator gwiazd"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Marian Turski: Auschwitz nie spadło z nieba

Nie bądźcie obojętni – apelował Marian Turski. Były więzień Auschwitz, nasz redakcyjny kolega, wziął udział w uroczystościach z okazji 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau.

Marian Turski
27.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną