Historia

Sierpień przed Sierpniem. Pierwszy taki protest po wojnie

Wydarzenia z 1946 r. mocno zaważyły na losach dzielnicy. Na lata przylgnęła do niej opinia miejsca zakazanego, rejonu „latających noży”. Na zdjęciu: Nowy Port w 2015 r. Wydarzenia z 1946 r. mocno zaważyły na losach dzielnicy. Na lata przylgnęła do niej opinia miejsca zakazanego, rejonu „latających noży”. Na zdjęciu: Nowy Port w 2015 r. Łukasz Dejnarowicz / Forum
Właśnie świętowaliśmy 40. rocznicę Sierpnia. Mało kto pamięta, że pierwsze poważne wystąpienie robotników przeciwko „władzy ludowej” miało miejsce 34 lata wcześniej.

Strajk dokerów? Nie, nigdy nie słyszałem – dziwi się 23-letni Dominik zwany Lulkiem, mieszkaniec gdańskiego Nowego Portu z urodzenia i wychowania, raper i graficiarz. – Ale zaraz sprawdzimy. Wyjmuje telefon, szuka w internecie. – O kurczę! To było zaraz po wojnie, strajkowało 2 tys. ludzi! Zabili ubeka, a potem kilkaset osób trafiło do więzienia. Niesamowite! I ja nic o tym nie wiedziałem?

A spotykamy się właśnie przy ul. Strajku Dokerów. W okazałym zabytkowym budynku dawnej łaźni miejskiej (cennik z lat 50.: prysznic 3 zł, wanna 5, wanna z natryskiem 6,50) mieści się dziś lokalny dom kultury – Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Lulek mieszkał niedaleko, przy ul. Wilków Morskich, w typowym dla tej dzielnicy domku z czerwonej cegły, z ogródkiem i podwórkiem zastawionym drewnianymi komórkami. Nikt z rodziny i sąsiadów o strajku z 1946 r. mu nie mówił.

Czytaj też: Czy Śląsk spóźnił się na pociąg „Solidarności”?

„Element wrogi politycznie”

Na Wilków Morskich mieszka też Zbigniew Kafarski. W tym samym ceglanym domu z 1902 r., w tym samym mieszkaniu, w którym się urodził i gdzie wychowało się już pięć pokoleń jego rodziny. W sierpniu 1946 r., kiedy doszło do kulminacji protestów, Zbysio był kilkumiesięcznym bobasem. O strajku dowiedział się dużo później od dziadka Franciszka Urbańskiego, który w porcie był magazynierem.

Dokerzy zaczęli szumieć, bo nie mieli warunków socjalnych. Bieda, marne zarobki. Dary z UNRR dzielono niesprawiedliwie albo rozkradano, nic dziwnego, że ludzie się zbuntowali – Zbigniew pociąga łyk kawy (rozmawiamy w niedawno otwartej cukierni, nowoczesnej „plombie” wstawionej między niskie przedwojenne domy). – Dziadka zamknęli, ale nie na długo. Wyszedł ze względu na zły stan zdrowia. O wydarzeniach w porcie powiedział mi dopiero tuż przed śmiercią, miałem 12 lat.

W 1946 r. atmosfera w Nowym Porcie gęstniała już od kwietnia. Zresztą cały tużpowojenny Gdańsk przypominał wielki kocioł. Wyjeżdżali przedwojenni mieszkańcy – Niemcy (przed wysiedleniem musieli stawić się w obozie przesiedleńczym „Narwik”), ale i część Polonii oraz ludność rodzima. Wszyscy przedwojenni gdańszczanie formalnie byli traktowani jako obywatele Rzeszy Niemieckiej, zobowiązano ich do upokarzającej weryfikacji narodowościowej. Jako niepewni lub niepełnowartościowi Polacy mieli ogromne trudności w zdobyciu pracy, pomocy żywnościowej i medycznej. Ich miejsce zajmowali osadnicy tłumnie nadciągający z centralnej i południowo-wschodniej Polski oraz Zabużanie, żartobliwie zwani „bosymi Antkami”.

Od nowa zasiedlany był też Nowy Port. W październiku 1945 r. zamieszkiwało tę dzielnicę prawie 4 tys. Polaków, w czerwcu 1946 r. już prawie 12 tys. Przyjeżdżali z jedną walizką, licząc na robotę w porcie. Marzenia rozmijały się jednak z rzeczywistością. Towary docierały nieregularnie, dokerzy nie mieli gwarancji stałego zatrudnienia i płacy. Firmy spedycyjne nie wywiązywały się z warunków zbiorowej umowy o pracę – wstrzymywały częściowe wypłaty za przestoje powstałe nie z winy dokerów, pensje – jeśli już były – to marne. Do tego powszechne braki w zaopatrzeniu.

Oliwy do ognia dolewały zapowiedziane wysiedlenia z Gdańska. Komunistyczny PPR chciał się pozbyć osób uznanych za „element zbędny”, oficjalnie portowych złodziei, paserów, spekulantów i „prywaciarzy”, właścicieli licznych knajp i lokali gastronomicznych, ale na posiedzeniu egzekutywy KW PPR wyraźnie powiedziano, że chodzi przede wszystkim o „element wrogi politycznie”. Nieufność władz budzili też przedstawiciele wolnych zawodów, lekarze i prawnicy.

Czytaj też: Ogórek wolności, czyli strajk we Wrocławiu

Gorący sierpień

Strajk rozpoczyna się 10 sierpnia ok. godz. 7. Portowcy, którzy właśnie skończyli trzecią zmianę i idący na pierwszą, zbierają się na placu przed ceglanym budynkiem Państwowego Urzędu Zatrudnienia. Stoją z nimi mieszkańcy dzielnicy. W zależności od źródeł protestujących było od tysiąca do dwóch. Żądają podwyżki wynagrodzeń o 100 proc., wywiązywania się z obowiązku wydawania deputatów żywnościowych, ulg na przejazdy tramwajem do pracy, odzieży roboczej, zatrzymania wysiedleń. Oraz uwolnienia trzech dokerów aresztowanych przez UB – powodem była rzekoma kradzież pszenicy.

Do negocjacji z buntownikami wychodzą przedstawiciele związków zawodowych, urzędu zatrudnienia i miasta. Ale w tłumie wrze coraz mocniej. Nastrój podgrzewają propagandowe przemowy oficjeli, jeszcze bardziej strajkujących rozjuszają funkcjonariusze UB przyglądający się zgromadzeniu. „Precz! Wynoście się!”, „Precz z Armią Czerwoną!” – podnoszą się gniewne okrzyki. Kilku dokerów nie wytrzymuje i rusza w kierunku ubeków: Jana Wojtasa, Antoniego Kobielskiego i por. Karola Gronkiewicza.

Gronkiewicz strzela w ciżbę. Pociski ranią dokera Romana Hesztka w obojczyk i pachwinę. Robotnik pada, a tłum rzuca się na funkcjonariuszy. Ci uciekają w kierunku radzieckiej komendantury przy ul. Marynarki Polskiej. Sowieci w obawie przed rozwścieczoną gromadą zatrzaskują drzwi, portowcy doganiają Kobielskiego i Wojtasa. Biją ich srodze, ale puszczają żywych. Gronkiewicz nie ma tyle szczęścia. Choć uciekając, ostrzeliwuje się (w znalezionym później pistolecie nie było już naboi), protestujący dopadają go z kamieniami. Nie mają litości. Starcie okazuje się dla porucznika śmiertelne.

Po południu nad Nowy Port nadciągają ciemne chmury. Dzielnicę szczelnie otacza wojsko. UB, milicja i podchorążowie ze szkoły milicyjnej w Słupsku aresztują 250 osób. Biją i kopią zatrzymanych. Zostaje wprowadzona godzina milicyjna, na ulicach gęsto od patroli. Wkrótce potem zaczyna się wysiedlanie części portowców, właścicieli sklepów i barów.

Czytaj też: Nigdy już nie będzie tak pięknie. Rocznica Sierpnia 1980

Ze szpitala do aresztu

Wśród tych, którzy muszą się wyprowadzić, jest rodzina postrzelonego Romana Hersztka. – Ranny ojciec wylądował w szpitalu, prosto stamtąd trafił na Okopową do kazamatów WUBP [Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego]. Siedział osiem miesięcy – mówi Adam Hersztek, syn dokera. – Kiedy go wypuścili, nie miał już prawa mieszkać w Nowym Porcie ani w porcie pracować. Przenieśliśmy się na Skarpową na Siedlcach. Dopiero gdy zmarł Stalin, udało się nam wrócić. Ale ojciec pracował wtedy już tylko na budowach.

Hersztek junior nie może pamiętać strajku – urodził się w 1950 r. Jego ojciec nie miał szans powitać syna – odsiadywał kolejną karę. – Wczesnym latem 1950 r., kiedy mama była ze mną w ciąży, tata pojechał w Kieleckie do rodziców, żeby im pomóc przy pracy na wsi – mówi. – Po robocie opowiadał o strajku w Porcie. I ktoś go podkablował. Gdy wrócił do Gdańska, aresztowali go po raz drugi. Przesiedział dziesięć miesięcy.

Rodzinie nie było lekko. – Mama pracowała tylko dorywczo, „u cebuli” w porcie, jak się mówiło. Po prostu sortowanie cebuli, praca sezonowa. Pomagali nam dziadkowie ze strony mamy, którzy też mieszkali w Nowym Porcie.

O udział w strajku oskarżono sześć osób. Pod koniec sierpnia 1946 r. stają przed sądem wojskowym w Gdańsku. Prokurator Adolf Brudnicki domaga się dożywocia i kar śmierci. Ale dowody nie są jednoznaczne. Ostatecznie Władysław M. dostaje dożywocie, Stefan M. 15 lat więzienia, Henryk W. i Jan Z. po dziesięć. Pozostała dwójka zostaje uniewinniona. Prokurator jednak nie odpuszcza i wnosi do Naczelnego Sądu Wojskowego skargę rewizyjną. W marcu 1947 r. sąd skazuje Władysława M. na karę śmierci, zamienioną na mocy amnestii na 15 lat.

Ukamienowany Karol Gronkiewicz oficjalnie przedstawiany jest jako ofiara „band Narodowych Sił Zbrojnych” i „mętów reakcyjnych”. Zostaje upamiętniony ulicą swego imienia – kiedyś była to Sportowa, od 1990 r. Strajku Dokerów. Uczczono go też tablicą (wspólnie z Kazimierzem Łowczyńskim i Janem Łodą, pepeerowcami zabitymi w innych okolicznościach – też „dostali” tu ulice). Tablicę odsłonięto w lutym 1952 r. na pl. Wolności. Była tam do 1990 r.

O zbuntowanych dokerach długo nie można było głośno mówić. Ani w szkole, ani na ulicy. Po masowych aresztowaniach i wysiedleniach ci, co zostali w Nowym Porcie, bali się wspominać tamte wydarzenia. – Już raz ojciec się pochwalił i wylądował w więzieniu – mówi Adam Hersztek. – O strajku oczywiście słyszałem, ale tematu się unikało. Cichosza! O proteście przypominała nam laska ojca z okresu rehabilitacji. Wiedziałem, że to od tego postrzału. Jeśli było u nas jakieś towarzystwo i przy wódeczce zaczynały się rozmowy, mama z mety to hamowała. „Chcesz więcej?” gromiła ojca. A kiedy już można było mówić, sprawa miała 50 lat. Kogo to wtedy interesowało?

Do dziś mam w pamięci, jak wuj, syn dziadka, wykrzyczał mu kiedyś prosto w twarz: „Gdybyś wtedy nie politykował, zaszedłbyś wysoko. A tak siedzisz na tej nędznej posadce”. Bo dziadek po strajku został przeniesiony do pracowni malarskiej w porcie – wspomina Zbigniew Kafarski.

Adam Hersztek dodaje: – Strzelał Gronkiewicz. Jest jeszcze jego rodzina, która pewnie wie o jego przeszłości. Ale mój ojciec się nie mścił, ja też nie będę.

Czytaj też: PRL a Ziemie Odzyskane

Kotły z kiełbaskami, tańce pod gołym niebem

W PRL Nowy Port był częścią Gdańska, która nie cieszyła się dobrą sławą, jak zresztą portowe dzielnice na całym świecie. Z Hersztkiem spotykam się w małej kawiarni przy ul. Oliwskiej. Tam, gdzie dziś pijemy americano, kilkadziesiąt lat temu mieściła się restauracja Polonia, na cosobotnie dancingi chodzili tu m.in. rodzice Zbigniewa Kafarskiego. Kawałek dalej był zakład szewski – majster, przedwojenny gdańszczanin, nie mówił po polsku.

Mama, która wojnę spędziła na robotach w Niemczech, nauczyła mnie kilku słów po niemiecku, żebym mógł dogadać się z szewcem. Jako dzieciaki jeździliśmy na łyżwach, do butów trzeba było tylko blaszki przybić. Dzięki słówkom nie musiałem na to długo czekać – uśmiecha się Adam.

Hersztkowie mieszkali niedaleko stąd w małym przedwojennym domku. Budynek stoi do dziś. Na podwórku trwa rodzinna impreza, dymi grill, gra muzyka, nad biesiadnikami powiewa susząca się na sznurach bielizna. Wokół letnia zieleń w bujnym rozkwicie, starsze panie w oknach, łokcie na poduszce, obok szczekliwy piesek.

Mieliśmy jeden pokój i kuchnię, potem na stryszku zrobiono pokój dziecinny. Toalety na zewnątrz, a kąpiel w balii – syn dokera oprowadza mnie po osiedlu. – Tu graliśmy w klipę i palanta, łaziliśmy po drzewach. O, proszę, zachowała się nawet nasza piaskownica. A w tym miejscu, kiedy budowali te dwa bloki przy Oliwskiej, był szalet dla pracowników. Bloki zbudowali, szalet zostawili. W końcu się rozleciał, zarósł darnią i chwastami. Raz bawiliśmy się w berka i pod jednym z kolegów murawa się zarwała. Po pas wpadł w szambo!

Idziemy dalej. – Z dzieciństwa pamiętam, że port zajmował znacznie mniejszy teren niż obecnie. A ten plac obok to był rynek. Na 1 maja grała orkiestra dęta, stały kotły z kiełbaskami, ludzie tańczyli pod chmurką. Mijamy zaniedbane budynki, część z zabitymi deskami oknami. – Tu był bar, tu pijalnia piwa, tu słynny lokal Oaza – wspomina Adam Hersztek.

Przy ul. Marynarki Polskiej przechodzimy obok Morskiego Domu Kultury. Monumentalny socrealistyczny budynek, prawie pałac, dziś jest zamknięty. Posprejowana elewacja: krzyże celtyckie, „Grachu, trzymaj się”. A kiedyś, wspomina Hersztek, życie kulturalne tu kwitło. Działał teatr amatorski, kółko plastyczne, kino, biblioteka, kawiarnia, sala koncertowa... – O, a tu była piekarnia, mieli pyszne drożdżówki. Obok słynny fotograf Kurzawski. Tu zaś klatka, gdzie cinkciarze robili tzw. przewałki. Polegało to na tym, że cinkciarz przychodził z marynarzem, brał od niego sto czy więcej dolarów do wymiany. Wchodził na pierwsze piętro, a że klatka była przejściowa, znikał tylnym wyjściem. A marynarz czekał, ale się nie doczekał.

Przystajemy nad Martwą Wisłą, przy Starowiślnej. – Tu była fera, czyli prom. I mały barek, też nazywany „ferą”. „Idą do fery na piwo”, mówiło się – wspomina Hersztek. – I były panienki, ale gorszego sortu. Lepszego sortu przesiadywały w Wikingu. Dzielnica portowa, rozrywek nie brakowało. Od sąsiadki kupowałem zachodnie dżinsy, które miała od zagranicznych marynarzy.

Wydarzenia z 1946 r. mocno zaważyły na losach dzielnicy. Na lata przylgnęła do niej opinia miejsca zakazanego, rejonu „latających noży”. Ale to też jednoczyło mieszkańców. Był Nowy Port i reszta miasta. Swoi i obcy. – To zostało do dziś – mówi Lulek. – Jest solidarność na dzielnicy. Sąsiad sąsiadowi pomoże, wszyscy się znają. Owszem, jest trochę patologii, ale rodziny się przecież nie wybiera.

Czytaj też: Czy można tęsknić za PRL?

Korzystałam z publikacji „Strajk dokerów w 1946 r.”, Gdańsk 2013. Konsultacja merytoryczna: prof. hab. Grzegorz Berendt, Wydział Historyczny UG.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną