Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Historia

Historia, jakiej nie znacie: Osobliwa bitwa nad Palmdale

Grumman F6F-5K drone Grumman F6F-5K drone US Navy / Wikipedia
Bitwa nad Palmdale, czyli amerykańsko-amerykańskie starcie powietrzne przegrane przez Amerykanów.

Pierwszy bohater tej historii narodził się na deskach kreślarskich firmy Grumman, znanej wszystkim miłośnikom lotnictwa, choć zapewne nie wszyscy wiedzą, że powstała ledwie 11 lat przed atakiem na Pearl Harbor w opuszczonym warsztacie samochodowym na Long Island. Firma zaistniała dzięki wynalazkowi jej założyciela i prezesa Leroya Grummana, który zaprojektował używany przez US Navy (ręczny!) system wciągania podwozia stosowany w samolotach startujących z lotniskowców.

Pierwszy masowy produkt Grummana, myśliwiec F4F Wildcat, okazał się, wbrew obiegowej opinii, nie tak zły w porównaniu do słynnego japońskiego A6M Zero, ale jego przewaga polegała głównie na większej wytrzymałości na odnoszone uszkodzenia. Jednak stosunek strąceń do strat, wynoszący 5,9:1 na korzyść amerykańskiego myśliwca, wydawał się niewystarczający – piloci US Navy potrzebowali nowej maszyny. W 1942 r. skonstruowano więc następcę, beczkowatego, solidnie opancerzonego, potężnie uzbrojonego i szybkiego F6F-3 Hellcata. Na efekty nie trzeba było długo czekać – Japończycy zaczęli spadać w swoich przereklamowanych Zerach, a wyżej wymieniony współczynnik wzrósł do 19:1.

Czytaj też: Jak niemiecki myśliwiec ocalił wroga

Dość powiedzieć, że żaden inny amerykański myśliwiec nie zniszczył więcej samolotów wroga niż Hellcat, ale pamiętać trzeba zarówno o intensywności walk nad Pacyfikiem, jak i zdobywanej powoli przez amerykańskich pilotów przewadze doświadczenia, bo przecież żaden samolot nie lata sam. Choć za chwilę okaże się, że są wyjątki od tej reguły.

Myszy i skorpiony

Drugi bohater jest znacznie mniejszy – to pocisk rakietowy powietrze-powietrze. Pomysł wcale nie nowy, po raz pierwszy zastosowany w czasie I wojny światowej na prześmiesznych, w każdym razie z dzisiejszej perspektywy, drewnianych samolocikach Nieuport 11, które rakietami le Prieur miały zestrzeliwać wrogie balony obserwacyjne (trzeba dodać, że wynalazek porucznika le Prieura bardziej niż „rakietę” przypominał sylwestrową petardę na kiju).

W następnej wielkiej wojnie wystrzeliwanych z samolotów rakiet powietrze-powietrze z różnym skutkiem używali już (prawie) wszyscy. Najsprytniejsi okazali się Niemcy, mający kłopoty z zestrzeliwaniem silnie bronionych wypraw bombowych aliantów; opracowali oni stosunkowo małą, bo zaledwie 4-kilogramową rakietę R4M ze składanymi brzechwami, którą można było wystrzeliwać salwą z... drewnianego zasobnika podwieszanego pod skrzydłami myśliwca. Wpadli też na inny, bardziej nowatorski pomysł – okrągłego zasobnika na 24 rakiety zamontowanego na dziobie rakietowego myśliwca Natter.

Kilka takich maszyn Amerykanie zdobyli w 1945 r. i, oczywiście, postanowili rozwinąć ideę. Tak powstał pocisk powietrze-powietrze nazwany przez lotników „potężną myszą”, dwa razy cięższy i większy niż niemiecki protoplasta, napędzany paliwem rakietowym, z silną głowicą wybuchową i bardzo niecelny. Ten ostatni brak próbowano zrekompensować wielkością salwy – zasobniki, zależnie od typu, mogły zawierać od 12 do aż 54 rakiet. I w taką właśnie broń wyposażono odrzutowe, produkowane już po wojnie myśliwce Northrop F-89 Scorpion, przeznaczone do niszczenia radzieckich bombowców strategicznych mogących, teoretycznie, zaatakować terytorium USA. Uznano przy okazji, że Scorpiony, przenoszące po 108 rakiet, nie potrzebują już mniej skutecznych działek.

Dron nie pod choinkę

A teraz wracamy do poczciwego, beczkowatego Hellcata. Po wojnie zostało tych maszyn tysiące, część jeszcze przez kilka lat była w linii, a część... przerobiono na drony. Nieco większe niż te, które kupujemy dzieciom pod choinkę, i znacznie bardziej mordercze. Użyto ich w 1946 r. w operacji „Crossroads” (gdzie Amerykanie zrzucili bombę atomową na własne, oczywiście puste, okręty, by ocenić skutki działania nowej broni), podczas wojny w Korei Hellcaty-drony z podwieszoną bombą atakowały, choć mało skutecznie, silnie bronione obiekty wojskowe. No i używano ich również jako samolotów celów – wymalowane w jaskrawe kolory służyły do treningu obsługom dział przeciwlotniczych i pilotom innych, nowocześniejszych samolotów. Również odrzutowych Scorpionów.

Czytaj też: Zemsta pilota na gestapo

No i nadszedł ów feralny dzień. 15 sierpnia 1956 r. z kalifornijskiej bazy Point Mugu, gdzie testowano nowe rodzaje uzbrojenia rakietowego, wystartował do swojego ostatniego lotu jaskrawo-czerwony F6F-5K, czyli przerobiony na sterowanego z ziemi drona Hellcat. Plan zakładał, że stary myśliwiec poleci sobie spokojnie nad Pacyfik, gdzie zostanie przechwycony i zestrzelony przez rakietowy pocisk przeciwlotniczy. Ale Hellcat się urwał – nastąpiła jakaś awaria odbiornika, samolot najpierw przestał wykonywać polecenia operatorów, a potem, niespodziewanie, skręcił w stronę lądu.

I tu już sytuacja zrobiła się niewesoła, bo trasa, jaką wyznaczył sobie zbuntowany myśliwiec, przebiegała nad aglomeracją Los Angeles i ewentualny upadek maszyny na miasto mógł mieć naprawdę fatalne skutki. Natychmiast poderwano parę dyżurną – dwa Scorpiony uzbrojone w rakiety Mighty Mouse. Piloci nie zdążyli przechwycić Hellcata nad oceanem, musieli więc czekać, aż stary Grumman opuści gęsto zamieszkałe rejony, modląc się, by nie zanurkował nagle nad jakąś szkołą, szpitalem czy centrum handlowym. Nic takiego się nie stało i Hellcat poleciał sobie nad rzadko zaludnioną Dolinę Antylopy. Myśliwce ustawiły się do strzału z boku, by wykonać szeroką salwę, ale okazało się, że prymitywne SKO (systemy kierowania ogniem) nie zadziałały, a że wcześniej uznano je za bardzo skuteczne, z pokładów usunięto zwykłe celowniki – no wypisz, wymaluj „Gwiezdne wojny”...

Czytaj też: Saint-Exupéry – Pilot wojenny

Tymczasem Hellcat znów skręcił w stronę Los Angeles, więc piloci nie mieli już czasu na dalsze podchody i postanowili strzelać natychmiast, korzystając z metody pi razy oko. Rakiety miały być wystrzelone w trzech salwach – 42-32-30, na przemian z dwóch scorpionów. Pierwsza salwa chybiła, chybiła druga, trzecia... Hellcat zmierzał w stronę miasta Palmdale, gdzie obaj piloci oddali ostatnie salwy po 30 pocisków – z równie dobrym skutkiem. Szczęśliwie w Grummanie wreszcie skończyło się paliwo i myśliwiec z wysokości ok. 9 tys. m wyrżnął w pustynię, rozbijając się doszczętnie. Spadając, zerwał tylko jakąś linię energetyczną, nie narobił więc wielkich szkód. W przeciwieństwie do wystrzelonych ze Scorpionów rakiet...

Szczęście w nieszczęściu

Potężne Myszy wznieciły pożary na obszarze przekraczającym 400 ha, a jeden z nich udało się ugasić niecałe 100 m od fabryki materiałów wybuchowych. No i jeszcze nieszczęsne Palmdale, zbombardowane przez własne lotnictwo, w którym tylko cudem nikt nie zginął – odłamek rakiety wpadł do czyjegoś domu, wbijając się w szafkę kuchenną, jeden z pocisków eksplodował na ziemi tuż przed jadącym samochodem osobowym, demolując przód auta.

Wiele szczęścia miało dwóch kierowców ciężarówki, którzy postanowili zrobić sobie akurat przerwę śniadaniową – obaj panowie wysiedli z pojazdu i usiedli pod drzewem, a gdy posilali się w jego cieniu, rakieta trafiła w ich wóz, eksplodując i niszcząc go doszczętnie. Na ziemi odnaleziono też 15 niewybuchów. 500 strażaków gasiło pożary przez dwa dni i zapewne padło w tym czasie wiele gorzkich słów pod adresem obrońców amerykańskiego nieba. Co działo się w dowództwie lotnictwa, w bazie Point Mugu i w 437. eskadrze myśliwskiej, do której należały oba Scorpiony, trudno sobie wyobrazić. W każdym razie stary Hellcat tanio skóry nie sprzedał.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pusty Kościół. To już jest krach

Ks. prof. Andrzej Kobyliński o problemie pedofilii i innych grzechach polskiego Kościoła, kryzysie powołań oraz galopującej laicyzacji młodych.

Joanna Podgórska
04.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną