Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Historia

Protest na dachu, czyli jak IPN pisze historię językiem ZOMO

Protest WiP na dachu apteki w 1987 r. Protest WiP na dachu apteki w 1987 r. Archiwum Fundacji Wolnośc i Pokój / •
IPN chce zmieniać historię według swojej współczesnej, upolitycznionej koncepcji. Rozdział tej historii, albo może rozdzialik, został napisany niedawno i, tak się składa, dotyczy także mnie. Ale przede wszystkim – ruchu Wolność i Pokój.
. .
. .

WiP był ruchem opozycyjnym, który zrzeszał w drugiej połowie lat 80. setki osób. Jego dokonania w walce z tzw. komuną nie były dotąd kwestionowane, a jego działacze zostali odznaczeni wysokimi orderami i otrzymali stosowne statusy. Ale to się chyba właśnie zmienia...

Czytaj też: O co walczył ruch Wolność i Pokój

Protest na dachu apteki

16 października 1987 r. doszło w Gdańsku do manifestacji przeciw budowie elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Czerech działaczy WiP – Wojciech Jankowski (Jacob), Jarosław Cieszyński, Marek Bik oraz niżej podpisany – weszło na dach apteki we Wrzeszczu. Rozwiesiliśmy transparenty, rozrzucaliśmy ulotki i wyjaśnialiśmy cel manifestacji. Protestowaliśmy przeciwko sztandarowej budowie Wojciecha Jaruzelskiego, ogłoszonej na początku 1982 r., niemal w pakiecie z wprowadzeniem stanu wojennego.

Wejście na dach zostało opracowane w szczegółach. Wojciech Jankowski wybrał ruchliwe miejsce i ustalił wcześniej, że na dach można dostać się przez okno na klatce schodowej. Okno było zabite gwoździami, ale obluzowaliśmy je i ponownie wsadziliśmy na swoje miejsce. Najważniejsze, że nie było innego wejścia i wyjścia, a więc nie mogliśmy zostać zgarnięci z zaskoczenia...

WiP powstał w 1985 r., działał na rzecz walki o pełnię praw obywatelskich, uświadomienia zagrożenia wojną, spraw ekologii i ochrony środowiska. Oznaczało to przede wszystkim walkę o prawo do odmowy służby wojskowej ze względu na sprzeciw sumienia oraz, szczególnie po katastrofie w Czarnobylu, sprzeciw wobec budowy Żarnowca. Elektrownia – jak wiadomo – powstawała na radzieckiej licencji, a Polacy nie wierzyli, że reaktory będą wykorzystane tylko do celów cywilnych. Połowa materiałów budowlanych została rozkradziona, jak na wszystkich budowach komunizmu, a więc jakość wykonania była wielką niewiadomą.

Czytaj też: Reportaż z Żarnowca

Wolność i Pokój. O co chodziło?

Każdy z naszych celów, podobnie jak specyficzna ekspresja WiP, budził kontrowersje wśród ówczesnej opozycji, kultywującej raczej tradycje niepodległościowe. Wspólnie dążyliśmy do obalenia komuny, ale nie we wszystkich środowiskach WiP cieszył się pełnym zaufaniem. Bywaliśmy traktowani z rezerwą, nazywani „gołębiarzami” (od gołąbka pokoju w logo) i uznawani za harcowników.

Powody tej rezerwy były rozmaite. Główną przyczyną był nasz sprzeciw wobec armii, która w odróżnieniu od milicji i SB pozostawała poza polem krytyki ówczesnej opozycji. Choć armia była przecież ostoją ustroju od 1945 r., przez 1956, 1970, aż po stan wojenny, również wprowadzony przez generała. Nam wydawało się to dużym paradoksem. Zresztą motywacje poszczególnych osób odmawiających służby były bardzo różne. Dla dużej części liczyły się argumenty o charakterze pacyfistycznym, ale dla innych był to przede wszystkim cios w największą świętość totalitarnej władzy, jaką była armia Jaruzelskiego.

WiP wprowadził na dużą skalę nowy styl działalności opozycyjnej. Jego fundamentem była jawność i otwartość (z wyjątkiem np. poligrafii). Naszą intencją było dać przykład i pokazać, że się nie boimy: niewiele można zrobić komuś, kto jest zdeterminowany i nie ma obaw. Z tym wiązała się także zasada non violence, a więc działania bez przemocy. Przygotowując demonstracje, wiedzieliśmy, że zostaniemy zgarnięci przez SB. Nie uciekaliśmy (na ogół), ale siadaliśmy czy – później – przykuwaliśmy się łańcuchami i trzeba było nas wynosić. Urządzaliśmy głodówki, odsyłaliśmy książeczki wojskowe, pisaliśmy listy protestacyjne do konkretnych sędziów. Był to arsenał argumentów wówczas nowych, świeżych i irytujących dla komunistów. Z drugiej strony była to taktyka zgodna w pełni z ideą „Solidarności”, która również odrzuciła walkę z użyciem przemocy.

Czytaj też: Jak powstawała organizacja Wolność i Pokój

„Stąd można spaść”

I w tym duchu była demonstracja na dachu apteki: niewielka, jeśli chodzi o liczbę demonstrantów, ale całkiem spora, gdy szło o odzew. Przez kilkadziesiąt minut stało z nami, blokując ruch i skandując hasła, kilkaset osób. Informacje na temat akcji podawały Wolna Europa, BBC czy „Głos Ameryki”, opisywały ją podziemne pisma wydawane w regionie.

17 października 1987 r. ok. godz. 15 czterech wipowców weszło na dach, rozwiesiło dwa transparenty i rozpoczęło demonstrację. Byliśmy ubrani – jak to później ujęto w protokołach SB, orzeczeniu kolegium ds. wykroczeń oraz obecnie w piśmie z IPN – w „maskaradowe stroje”. Były to po prostu kostiumy i maski zwierząt skombinowane z jakiegoś teatru. Nawiązywaliśmy w ten sposób do dowcipnych akcji Pomarańczowej Alternatywy z Wrocławia. Akcji, które ośmieszały milicję i wprawiały władze w bezsilną wściekłość.

W kilkanaście minut nasza akcja zgromadziła na tyle dużą liczbę przechodniów, że na sąsiednie ulice w panice sprowadzono co najmniej cztery tzw. lodówy, czyli duże auta wypełnione uzbrojonymi w tarcze i pały funkcjonariuszami ZOMO. Z dachu apteki zeszliśmy po ok. 40 minutach, zdjęcie nas siłą było niemożliwe. „Panowie, chyba nie będziemy się przepychać. Stąd można spaść” – groził nam z bezpiecznej odległości jeden z esbeków. „Można spaść we dwóch” – odpowiedzieliśmy.

Na koniec zostaliśmy skazani nie tylko z paragrafu 52a (czyli tzw. politycznego), ale i z paragrafu 63a, który mówi o... wywieszeniu ogłoszenia bez zgody zarządzającego obiektem. Że niby nasze transparenty były ogłoszeniem. Koniec końców oznaczało to nie 50 tys. zł grzywny, ale 80 tys. (plus koszty). O ile wiem, był to jedyny taki przypadek w tamtym czasie.

Prof. Paczkowski i prof. Zaremba: Czy rozwiązać IPN?

Działania z pobudek chuligańskich

To wszystko mogłoby być sympatyczną opowieścią przy kominku dla wnuków, gdyby nie najnowsze wydarzenia. Otóż gdy jeden z uczestników akcji Marek Bik zwrócił się do IPN o wystąpienie do sądu o unieważnienie orzeczenia, instytut mu odmówił. A w odpowiedzi... zacytował obszernie wyrok wydany przez komunistyczne władze. Z odpowiedzi wynika, że IPN podziela stanowisko, iż jako demonstranci podjęliśmy działania zabronione, w dodatku z pobudek chuligańskich. A ponieważ „tematyka miała charakter ekologiczny”, to „okoliczności nie wskazują na związek między przypisanym czynem a działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”. Pismo pochodzi z marca 2022 r., dopiero teraz do mnie dotarło.

Zdaniem IPN powinniśmy byli wziąć udział w toczącej się debacie na temat zasadności rozwoju w Polsce energetyki jądrowej i bezpieczeństwa używanej technologii. Pewnie powinniśmy napisać list do „Trybuny Ludu”? Każdy, kto pamięta lata 80., wie, że o żadnej realnej debacie w 1986 r. nie mogło być mowy. A apele o dyskusję na temat budowy elektrowni w Żarnowcu – jak te grupy profesorów zebranych w plebanii kościoła św. Brygidy z 22 maja 1986 r. – pozostawiano bez żadnej odpowiedzi.

Powiedzieć o piśmie IPN, że jest kuriozalne, byłoby uprzejmym komplementem. Gdyby bowiem uznać, że walka z komuną argumentami z dziedziny ekologii (Żarnowiec) czy praw człowieka (prawo do służby zastępczej w szpitalu w równym wymiarze zamiast służby wojskowej) nie była działaniem na rzecz „niepodległego bytu Państwa Polskiego”, to czym były np. wystąpienia Czerwca 56′ czy Grudnia 70′? Pewnie też aktami z pobudek chuligańskich, jak przedstawiała to ówczesna władza? Czy IPN w tym przypadku powtórzy argumentację podaną przez ZOMO?

Ta sprawa to przykład pisania historii na nowo i z dzisiejszej perspektywy. Rzecz tym boleśniejsza, że dotyczy grupy ludzi, którzy wykazali się odwagą, gdy nie było to modne. Jest czymś niezwykle groźnym dla narodowej pamięci, że instytucja powołana do jej strzeżenia zaczyna ją tworzyć na swoją modłę.

Czytaj też: O wyborach prezesa i wojnie podjazdowej w IPN

Autor był działaczem opozycji demokratycznej, w tym ruchu Wolność i Pokój. Następnie dziennikarz, prezes publicznego Radia Gdańsk w latach 2011–15, a obecnie prezes Gdańskiego Centrum Multimedialnego, wydającego m.in. portal www.gdansk.pl.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Świat kolekcjonerów zabawek. Ludzie bez pasji ich nie zrozumieją

Świat kolekcjonerów zabawek niewiele ma wspólnego z zabawami.

Juliusz Ćwieluch
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną