Pakt z diabłami
Pakt z diabłami. 20 lat temu Kaczyński podał rękę populistom. Będzie powtórka?
Był czwartek 2 lutego 2006 r., mniejszościowy rząd Kazimierza Marcinkiewicza wchodził w czwarty miesiąc swojej chybotliwej egzystencji. Ale wszystkie reflektory skierowane były na Jarosława Kaczyńskiego, który próbował ratować grzęznący w sporach projekt IV RP. Scenariuszy miał do wyboru kilka, ale zwłaszcza jeden budził ogromne emocje opinii publicznej.
Negocjacje PiS z Samoobroną i LPR trwały od jakiegoś czasu, ale wciąż nie dowierzano, że Kaczyński zdecyduje się na trwały układ z partnerami o tak marnej reputacji. Do tej pory jedynie korzystał z ich głosów, niczego nie dając w zamian. Można więc było podejrzewać, że to z jego strony kolejny blef, gra na zwłokę, robienie zasłony dymnej. Toteż zapowiedź podpisania „paktu stabilizacyjnego” postawiła tamtego ranka na nogi całą klasę polityczną. Uroczystość zapowiedziano na godz. 17.30 w sejmowej sali 106. Dziennikarze przybyli tłumnie, bo obraz Kaczyńskiego przekraczającego Rubikon był na wagę złota.
Początek ceremonii jednak odwlekano, a organizatorzy wydawali się zmieszani. Nagle w zniecierpliwionej dziennikarskiej ciżbie padło zaskakujące pytanie: „To wy nic nie wiecie? Przecież oni już podpisali!”. Konsternacja, ale po chwili wszystko się wyjaśniło. Faktycznie pakt już zawarty, tyle że można to było obejrzeć wyłącznie w TV Trwam, a reszcie mediów zaoferowano popłuczyny w postaci konferencji prasowej z udziałem sygnatariuszy.
Dziennikarzom skoczyło ciśnienie. Ogłosili bojkot. Kamery i mikrofony wylądowały na podłodze. Pojawił się poseł PiS Marek Suski, który próbował pouczać, że na wiarygodność trzeba sobie zasłużyć, czym dolał oliwy do ognia. Kierownictwo PiS ostatecznie uznało, że należy załagodzić konflikt. Zaaranżowano więc ponowne podpisywanie paktu przez Jarosława Kaczyńskiego i jego nowych politycznych przyjaciół Andrzeja Leppera i Romana Giertycha.