Amerykańskie stulecie
Kończy się stulecie Ameryki. Potęga gaśnie na naszych oczach, rywale nie tracą czasu
Termin „amerykańskie stulecie” wprowadził do obiegu wydawca tygodnika „Time” Henry Luce w zamieszczonym na jego łamach w 1941 r. eseju pod tym tytułem. Ubolewał w nim, że Ameryka, od wielu dekad mająca największą na świecie gospodarkę, a zatem i największy potencjał militarny, wzbrania się przed wykorzystaniem wszystkich swych możliwości i wzywał ją do odgrywania roli globalnego przywódcy. Kilka miesięcy później, po japońskim ataku na Pearl Harbor, USA przystąpiły do drugiej wojny światowej, a po jej zakończeniu odpowiedziały na apel Luce’a.
Stąd też za początek amerykańskiej hegemonii uważa się niekiedy rok 1945, jednak próby syntetycznego porządkowania historii w epoki czy stulecia to umowne interpretacje. Za „prawdziwy” wiek XX uznaje się czasem okres 1914–89, bo to epoka dramatycznej konfrontacji dwóch totalitarnych ideologii i dwóch światowych wojen. A za inaugurację amerykańskiego stulecia uznać też można rok 1917 – przystąpienia USA do Wielkiej Wojny.
Czytaj też: Przepis na katastrofę
Wyjście z izolacjonizmu
Już pod koniec XIX w. gospodarka USA produkowała najwięcej dóbr, a w 1903 r. USA wyprzedziły Wielką Brytanię pod względem zamożności. Posiadanie niezmierzonych połaci wolnej ziemi, ogrom bogactw naturalnych, miliony imigrantów i ład społeczny do maksimum wyzwalający ich energię umożliwiły realizację potencjału Nowego Świata. Na początku XX stulecia Ameryka z wahaniem wkraczała na globalną arenę. Zgodnie z doktryną Monroego ograniczała się najpierw do półkuli zachodniej, wasalizując Kubę, ale podporządkowując sobie także Filipiny, Hawaje i inne wyspy na Pacyfiku.