Socjalistyczna seksmisja
Rewolucja seksualna w PRL. Tu nie ma prostych narracji. „Wisłocka nie była samotną rewolucjonistką”
MARCIN ZAREMBA: – Gdzie szukać pierwszych zapowiedzi polskiej rewolucji seksualnej?
ANNA DOBROWOLSKA: – Jednym z nieoczywistych wstrząsów była druga wojna światowa. Rozmontowała tradycyjne struktury rodzinne i wymusiła zmianę ról płciowych: kobiety przejmowały odpowiedzialność za utrzymanie rodziny, często także za podejmowanie decyzji, które wcześniej należały do mężczyzn. Rozpadały się małżeństwa rozdzielone przez obozy, przymusową pracę, emigrację. Wojna naruszyła przekonanie, że porządek rodzinny jest trwały i nienaruszalny. Po 1945 r. ludzie wracali do zupełnie innego świata. W takich warunkach łatwiej było zakwestionować dawne obyczajowe normy.
A zaraz po wojnie zalegalizowano rozwody.
To był ważny symptom. Małżeństwo potraktowano jako instytucję prawa cywilnego, nie religijnego. Nowe prawo rozwodowe dawało wolność dotychczasowym małżonkom i otwierało rozmowę o seksualności oraz autonomii jednostki.
Czyli ta rewolucja nie zaczęła się od swobody obyczajowej, ale od państwa, które zaczęło przebudowywać rodzinę? I dlatego stalinizm można uznać za jeden z etapów rewolucji seksualnej? Brzmi paradoksalnie, bo był przecież purytański.
To zależy, jak rozumiemy rewolucję seksualną. Jeśli na wzór zachodni – jako publiczne manifestacje seksualności, erotykę, młodzieżową kontrkulturę i swobodną dyskusję o seksie – stalinizm rzeczywiście do niej nie pasował. Był obyczajowo represyjny, nieufny wobec prywatności i purytański w języku. Ale jeśli spojrzymy na warunki życia kobiet, zobaczymy coś innego.
Państwo wyciągało kobiety z domu: do fabryk, szkół, administracji, służby zdrowia. Dawało im zarobek, formalne prawa i społeczną widzialność. To nie była emancypacja liberalna ani feministyczna, lecz odgórna, podporządkowana potrzebom gospodarki i ideologii.