Klasyki Polityki

Na szczęście nie umieramy

Nie będziemy umierać za Niceę.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 17 kwietnia 2004 r.

Nie będziemy umierać za Niceę i jest to niewątpliwie jedna z lepszych dla Polski nowin w ciągu ostatnich paru miesięcy. Szkoda, że od tępego doktrynerstwa odeszliśmy dopiero na skutek ostatecznego politycznego osamotnienia, a więc w sytuacji, kiedy innego wyjścia nie było, a nie z własnej nieprzymuszonej woli. Obniża to nieco rangę naszego pójścia po rozum do głowy w oczach współ-Europejczyków, ale wierzyć można, że nie są oni małostkowi.

Unia odetchnęła z ulgą i to jest w tej chwili istotne. Natychmiast jednak odezwały się wśród polityków niektórych polskich formacji politycznych głosy o „kapitulacji” lub wręcz o „zdradzie narodowych interesów”. Świadczą one o zaślepieniu, a przede wszystkim o zupełnym braku odpowiedzialności, gdyż to dzięki takim właśnie sloganom obniża się, w wigilię przystąpienia do Unii Europejskiej, zaufanie do jej instytucji, z którymi przecież przyjdzie nam żyć. Sondaże wykazują nawet, że znika zgoła zapał integracyjny, co jest o tyle niebezpieczne, że defetystyczno-malkontencka postawa nie wzmocni na pewno naszej pozycji w Europie.

Nie to jest wszakże najważniejsze i najbardziej niepokojące. Z wypowiedzi bonzów Platformy Obywatelskiej (za szczytnym wyjątkiem Andrzeja Olechowskiego) czy też Prawa i Sprawiedliwości wynika otóż jasno, że nie rozumieją oni niestety zgoła idei europejskiej od Roberta Schumana i Henri Spaaka, po Pierre’a Wernera, Jacques’a Delorsa i Valery’ego Giscard d’Estainga. Tymczasem jedna jest tu podstawowa i niezbywalna zasada, bez której cała konstrukcja unijna traci swój sens.

Oto państwa wchodzące do Wspólnoty dbają oczywiście nadal o swoje interesy, jednocześnie jednak przyświeca ich działalności politycznej, gospodarczej, ekologicznej, kulturalnej etc. również interes ogólnoeuropejski. Kraj wstępujący do Unii Europejskiej podejmuje niejako automatycznie zobowiązanie, że od tej chwili jego polityka polegać będzie ciągle na uzgadnianiu partykularnych dążeń z aspiracjami Wspólnoty, jeśli zaś, co niekiedy zdarzyć się może, nie będą one zbieżne, poszukiwać będzie w tej mierze akceptowalnego dla obu stron kompromisu. Nie wykluczam, że taki kompromis okaże się czasami nie do końca dla nas korzystny. Jednak i wtedy warto go będzie może zawrzeć. Nawet nie w imię abstrakcji ideologiczno-historycznej, ale reguły, że dziś my tobie, jutro ty nam.

Nie ma w tym żadnego naiwnego idealizmu, gdyż sprawdzić można, że np. budowana doraźnie w oparciu o bolesne niekiedy ustępstwa niektórych członków Unii Błękitna Europa (porozumienia w sprawie połowu ryb) czy jakże kontrowersyjna aplikacja rolniczego planu Mansholta, po ewolucyjnych poprawkach i dotarciu się systemu, okazały się korzystne dla wszystkich państw członkowskich. Taka jest logika Unii Europejskiej, z którą sprzeczne jest kurczowe czepianie się jednego konkretnego, szczegółowego ustalenia, nawet kosztem blokowania postępu prac zjednoczeniowych.

W jakiejś mierze przypomina to sytuację drużyny piłkarskiej, której zawodnicy omawiają z trenerem taktykę na mecz. Otóż w konkretnym spotkaniu mogą się poszczególnym graczom przytrafić mniej i bardziej wdzięczne role. Jeden kryje asa przeciwników, drugi haruje na środku pola, trzeci wyjdzie dopiero na zmianę, czwarty strzela bramki i zgarnia pulę owacji. Liczy się jednak wysiłek zbiorowy i on jedynie zadecyduje o premii dla wszystkich lub jej braku. Dla indywidualisty, który martwiłby się tylko o własną prestację, nie ma po prostu miejsca na murawie boiska.

Społeczeństwo polskie było zaskoczone oburzeniem, jakie zapanowało w Europie, kiedy nasz rząd podpisał kontrakt na samoloty wielozadaniowe z zaatlantyckim koncernem. A przecież było ono słuszne i z tej właśnie „piłkarskiej” wynikało logiki. Jeżeli nawet, rozumowano w Szwecji czy Francji, umowa z USA byłaby dla polski minimalnie korzystniejsza niż z producentem europejskim (co jak się dzisiaj okazuje, wcale nie jest takie oczywiste), to pieniądze pozostawione na Starym Kontynencie idą ostatecznie do wspólnej kasy i w perspektywie Polska sama skorzystałaby na zastrzyku wzmacniającym danym europejskiej ekonomii.

Poseł Roman Giertych z LPR, a ostatnio zaczął mu sekundować Andrzej Lepper, twierdzi, że Unia Europejska „okrada Rzeczpospolitą”. Polemizować z tym nie warto, gdyż wystarczy porównać sumy wpłacane przez Polskę do funduszu wspólnotowego i przyznane nam dotacje (o ile oczywiście będziemy umieli je wykorzystać). Bilans jest jednoznaczny, więc niech dżentelmeni skończą z niewczesną dyskusją. I tym razem chodzi przecież o coś więcej. Centusiowanie w sprawie kwot mleka czy równouprawnienia oscypków ma może jakieś tam znaczenie dla poszczególnych grup wytwórców. Ponownie jest jednak detalem, w obliczu spraw nieporównywalnie ważniejszych.

Bolesna historia narodowa uczyła nas (choć patrząc na obecną politykę zagraniczną Rzeczypospolitej raczej jeszcze dostatecznie nie nauczyła), że „odwieczne przyjaźnie” są w praniu sentymentalnymi stereotypami bez pokrycia, traktaty i pakty rzadko mają cenę większą od papieru, na którym je napisano, przyjaźnie między mężami stanu trwają do końca oficjalnych wizyt, choć już podczas nich ograniczają się naprawdę do miłych uśmiechów, zakładania niedźwiedzi i truizmów toastów. Tak więc nie ONZ, nie tracące na znaczeniu i pozbawione dziś większego sensu istnienia NATO, nie przyjaciel Bush czy eksprzyjaciel Aznar są gwarantami bezpieczeństwa i stabilizacji między Tatrami i Bałtykiem. Jest tym gwarantem natomiast Unia Europejska. Z tego najprostszego w świecie powodu, że wchodząc do niej włączamy się w autentyczny i żywy krwiobieg instytucjonalny, ekonomiczny, kulturalny. Powstające w Rzeczypospolitej agendy europejskie, wymiana ludności, wspólne trakty komunikacyjne, inwestycje, integracja gospodarcza... spowodują w ciągu najbliższych lat, że każde ewentualne uderzenie w Polskę jest jednocześnie uderzeniem w połączone tkanki organizmu ogólnoeuropejskiego, który będzie się wówczas bronić razem już choćby z egoistycznych powodów. Nie z tego powodu, że Polska jest potrzebna Europie czy Europa Polsce, a z tego, że Polska jest organem jednego ciała.

Rzecz jasna, nie widać na horyzoncie nikogo, kto chciałby w tej chwili militarnie nas niepokoić. I tym lepiej. Dokładnie to samo jednak odnosić się będzie do sytuacji gospodarczej. Kryzys w zintegrowanej z Unią (to oczywiście jeszcze potrwa, ale gra iluż świeczek warta) Rzeczypospolitej odbije się nieuchronnie na równowadze ekonomicznej całej Wspólnoty, mającej więc żywotny, własny interes do takiej kolei rzeczy nie dopuścić. I mającej ku temu środki.

Pojedyncze kraje Europy nie są w stanie podjąć walki z konkurencją rynkową amerykańską czy azjatycką. Viribus unitis jak najbardziej. Im ściślej naczynia będą połączone, tym skuteczniej. Nie ma lepszej gwarancji niż wspólnota interesów. Korzystajmy więc z niej, zamiast zdychać na nicejskim bruku.

Polityka 16.2004 (2448) z dnia 17.04.2004; Stomma; s. 114
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kompozytorki wchodzą do gry

Kiedyś mieliśmy wśród kompozytorek pojedyncze przykłady spektakularnych karier. Ale najmłodsze pokolenie idzie całą ławą, co było widoczne na jesiennych festiwalach muzyki współczesnej.

Dorota Szwarcman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną