Klasyki Polityki

Sprawa wewnętrzna

Rozszerzone samobójstwo razy pięć

Ludzie we wsi znają określenie rozszerzone samobójstwo. Ludzie we wsi znają określenie rozszerzone samobójstwo. Mirosław Gryń / Polityka
Było ich trzech: Roman, Piotr i Jacek. Jednocześnie stracili pracę. Pierwszy uciekał w wiarę. Piotra dwaj pozostali musieli podtrzymywać na duchu. Jacek parł do przodu za trzech, chciał walczyć o sprawiedliwość. Aż w ataku szału zabił rodzinę i siebie.

Kapitan Jacek F. przyłożył pistolet (typ CZ-85, dwanaście naboi) po kolei do głów: syna, żony, szwagierki, teściowej, teścia i do swojej. Osiem kul. Do dziecka strzelił trzy razy.

Załamał się cztery miesiące po tym, jak pod Jelenią Górą wybrali wreszcie z żoną działkę pod budowę nowego domu. Trzy miesiące, od kiedy dostał ekspertyzę, że ma w ziemi pod domem w Szczytnej sporo wart kamieniołom. Miesiąc po tym, jak obgadał ze szwagrem szczegóły wspólnego kamiennego interesu. I równo dwa dni po tym, jak zadzwonił do Romana, że wreszcie będzie wiaterek, bo ma na kasetach haki na swoich przeciwników.

Samobójstwo czy egzekucja

Ludzie we wsi znają określenie rozszerzone samobójstwo. Ale mówią, że to nie w tym przypadku. Rozszerzone razy pięć? Raczej egzekucja, zwłaszcza że wszystkie strzały były prosto w głowę.

1 Dlaczego strzelał? Dlaczego właśnie on? – Prędzej po Piotrze, po mnie można by się spodziewać załamania. Ale nie po Jacku, który był z nas największym optymistą – mówi Roman. – Cóż, kiedyś będzie trzeba się z tym pogodzić.

Po Piotrze, owszem, było widać nerwy. Odchorowywał je: gdy raz pojechali z Jackiem do Warszawy na wezwanie z góry, do Piotra trzeba było wzywać lekarza. Im bardziej się martwił (a miał czym, bo choroba w domu, a jemu zostało pół pensji, czyli 1500 zł), tym bardziej chodził. Co znaczy, że w nocy brał kurtkę i bez celu szwendał się po ulicach.

Roman mówił mu: Znajdź sobie jakieś hobby. Roman znalazł sztukę walki, zrobił czarny pas (całe życie nie miał na to czasu), zaczął prowadzić zajęcia dżudo w szkole dla dzieci. Ciągnęło go do kościoła (mówi, że znajdował tam siłę i oparcie), więc chodził często. Z czego Piotr i Jacek trochę się podśmiewali.

Jackowi mówiłem, chodź ze mną – opowiada Roman. – Ale on był zasadniczy, w tej i w wielu kwestiach. Uważał, że kiedy ateista w kryzysie wskakuje w objęcia Bogu, to jest to tylko tchórzostwo. A Jacek, mówią koledzy, kiedyś określił się jako ateista, bo musiał.

Kto jest kim

2 Zależności służbowe: Roman – w latach 2001–2002 szef Kłodzkiego Oddziału Straży Granicznej, a wcześniej naczelnik wydziału dochodzeniowo-śledczego. Jacek – w latach 1996–2002 szef tutejszego biura spraw wewnętrznych, komórki w Straży odpowiedzialnej za tropienie przestępstw wśród funkcjonariuszy i ich ochronę. Piotr – zastępca Jacka. Przyjaciele. Jacek i Piotr swoich szefów mieli w Warszawie.

Życiorys Romana: technikum rolnicze, służba zasadnicza, WOP, które w 1991 r. przemianowano na Straż Graniczną. Piął się.

Życiorys Jacka: były esbek, do Straży Granicznej w Kłodzku trafił w 1994 r. jako oficer śledczy. W 1996 r. dawny szef biura operacyjnego, odchodząc z kłodzkiego oddziału, rekomendował Jacka na swoje miejsce.

Życiorys Piotra: całe życie w Straży; doszedł do stanowiska zastępcy komendanta oddziału w Lądku Zdroju, aż w 1996 r. – w nagrodę – przenieśli go do biura spraw wewnętrznych.

Nastawały czasy rządów prawicy. O ekipie kłodzkich funkcjonariuszy, którzy zajmowali się wewnętrznym wywiadem, koledzy mówili młode wilczki prawicy.

– Jacek miał problem ze swoją przeszłością, trzymał ją w tajemnicy – opowiada Roman. – Gdy dostał etat w wydziale operacyjnym, traktował tę pracę jako szansę od losu na rehabilitację. Nie widziałem drugiego tak zdeterminowanego chłopaka.

Mówili o nim: chart. Wtedy kawaler, bez zobowiązań i zainteresowań innych niż praca, bardzo szybko zbudował na Śląsku niezłą sieć informatorów. Miał wyniki; wpisy do karty kar i wyróżnień – tylko pochwały.

3 Cztery wspólne lata w biurze spraw wewnętrznych Straży Granicznej w Kłodzku: kilka grubych spraw (z jednego aktu oskarżenia, który trafił do prokuratury w Świdnicy, zapadło prawie 50 wyroków skazujących lub stwierdzających winę), dziesiątki pojedynczych wniosków o ukaranie.

– Czasami składa się meldunek na kumpla z sąsiedniego pokoju – opowiada Roman. – Dwadzieścia lat znajomości, a tu facet bierze łapówkę i niby go człowiek rozumie, bo pensja mała, a w drodze dziecko, ale trzeba napisać protokół. To obciąża psychikę. A dla śledczych z biur spraw wewnętrznych nie ma pomocy psychologów.

Jacek uczył Piotra radzić sobie z sumieniem. Powtarzał: My tu tylko małpy bananami karmimy (czyli robimy swoje). Albo: Nie muszą nas lubić, mają tylko szanować.

Piotr cenił w Jacku zwłaszcza tę twardość połączoną ze specyficznym poczuciem humoru. Po całej nocy pracy zamawiał w barze golonkę na śniadanie i mówił: Oto prawdziwy powód, dlaczego boją się mnie wszystkie świnie w okolicy.

Może miał jakiś kompleks

4 Byli koledzy z oddziału Straży mówią, że jak się Jacek do kogoś przypiął, to tak długo węszył, aż coś znalazł. Że kiedyś posłał człowieka aż do Niemiec, bo podejrzewał, że jeden z funkcjonariuszy kupił auto z przemytu. A gdy się okazało, że kupił je od siostry, to Jacek chłopaka nękał: głuche telefony, skłócanie kumpli z oddziału, rozpuszczanie plotek. Tamten pół roku spędził na środkach antydepresyjnych, aż raz się upił w pracy, narozrabiał i wtedy wreszcie było go za co zawiesić. Jacek mawiał, że prawdziwy mężczyzna nie da się zastraszyć za pomocą telefonu.

Roman opowiada, że drugiego tak uczciwego, z zasadami, jak Jacek – szukać by ze świecą. Ale przyznaje, że dorobił się wrogów. Na przykład Adama L., lubianego funkcjonariusza, którego złapał na piciu w pracy (dwa promile; w toku dochodzenia okazało się, że pił w towarzystwie jednego z senatorów. Albo Eugeniusza Z., kierownika sekcji kontroli (i tak się składa, kolegi L. jeszcze z pracy w wojskowych służbach wewnętrznych), którego oskarżył o malwersacje, o próby wpłynięcia na świadków i parę innych rzeczy (wyrok jest nieprawomocny). Albo żony Z., pracownicy cywilnej Straży (a wcześniej biura poselskiego Czesława Pogody), którą oskarżał o zastraszanie funkcjonariuszy.

To prawda, Jacek czepiał się też, być może złośliwie, syna państwa Z., gdy ten rozwalił pod jednostką samochód jednego z funkcjonariuszy.

Dawni koledzy myślą dziś, że może Jacek miał jednak jakiś kompleks. Może kompleks niskiego wzrostu?

5 Jesienią 2001 r. po wyborach parlamentarnych odszedł dotychczasowy komendant główny Straży Granicznej Marek Bieńkowski. Wyżsi rangą funkcjonariusze usłyszeli w Warszawie po spotkaniu z nowym komendantem i ministrem spraw wewnętrznych, że od tej pory powinni brać pod uwagę sugestie kolegów polityków z lewicy. Podobno wtedy właśnie zaczęło się robienie miejsca swoim, tym razem lewicowym. 1 lutego 2002 r. Romana przeniesiono do rezerwy kadrowej. 7 lutego 2002 r. przeniesiono do rezerwy także Jacka.

W marcu komendant główny Straży, na wniosek Eugeniusza Z., posłał do Kłodzka kontrolę (o której Roman mówi, że przyjechała w ołowianych hełmach – z gotową, impregnowaną na argumenty koncepcją w głowach). W wyniku kontroli do rezerwy trafiło kolejnych sześciu funkcjonariuszy.

W czerwcu 2002 r. Jackowi i Piotrowi zrobiono postępowanie dyscyplinarne o fałszowanie dokumentacji, o naruszenie tajemnicy państwowej, a konkretnie udostępnienie nazwisk informatorów innym funkcjonariuszom. Roman został ich pełnomocnikiem. Na początek wywalczył tylko tyle, że sprawa trafiła do dwóch prokuratur, z których jedna umorzyła śledztwo (w sprawie dokumentacji), a ta druga przekazała dokumenty do sądu w Kłodzku (naruszenie tajemnicy), gdzie sprawa utknęła na ponad rok.

Nie przestał pracować

6 – Fotel szefa biura spraw wewnętrznych w oddziale w Kłodzku przejął po Jacku Adam L., ten ukarany za picie – mówi Roman. – Dla Jacka to była ambicjonalna porażka.

Najgorsze, twierdzą przyjaciele, że odsunięty od obowiązków Jacek wcale nie przestał pracować. Dalej tropił, tyle że na własną rękę. Węszył, łaził na spotkania z informatorami, ustalał kto, gdzie i z kim kradnie czy przekręca, a potem się gryzł, że nie może tych informacji wykorzystać.

Walczył. Tym bardziej zaciekle, od kiedy w połowie 2003 r. urodził mu się syn Miłosz (nosił zdjęcie dzieciaka, formatu A4, na piersi); ciągle powtarzał przyjaciołom, że dla jedynego dziedzica nazwiska F. w rodzinie za wszelką cenę oczyści to nazwisko. Pisał skargi (w imieniu obu albo tylko swoim) do rzecznika praw obywatelskich, prezydenta, posłów, do gazet – choć zważywszy na toczące się postępowanie – pisał ogólniki.

Wściekał się na pozostałych, że się za łatwo poddają. Raz się popłakał. Kiedy gazeta, a potem polityk, odpowiedzieli mu, że nie będą się angażować w obronę esbeka.

7 Pisma do Prokuratury Krajowej i Apelacyjnej pisała Mirka, żona, z zawodu prokurator. Zawsze jednak wracały do Świdnicy, według właściwości.

Mirka była jedną z najlepszych, najbardziej zaciętych i pracowitych prokuratorów w Trzebnicy. Poznali się z Jackiem jeszcze w 2001 r. przy okazji prowadzonej wspólnie sprawy. Spodobało mu się, że choć o 11 lat młodsza, to równie twarda jak on i tak samo bezkompromisowa. – Wspierała go w tej walce, przynajmniej z początku – opowiada Roman. – Ale z czasem coraz bardziej było widać, jak boli ją to, że starsi koledzy po fachu, jej mistrzowie, potrafią wymyślać podstępy, wynajdować kruczki, żeby tylko Jackowi utrudnić.

Pewnego dnia wypłakała się żonie Romana, że już nie chce wracać do prokuratury, bo nie może znieść, że jej męża traktują gorzej niż ona najgorszych oprychów.

Przeprowadzka pod Jelenią Górę miała być dla żony. Mieli zacząć nowe zawodowe życie.

Mirosławę F. pochowano w jednej trumnie z synkiem na cmentarzu w Trzebnicy. Jej mąż, i morderca, leży na cmentarzu w Kłodzku.

8 Tym dwóm, co zostali, słowo morderca nie przechodzi przez gardło, bo w pewnym sensie, mówią, to mógł być każdy z nich. Tyle że każdy z nich chwytając za broń pojechałby raczej strzelać do Warszawy.

Roman nie może tylko pojąć, dlaczego dziecko dostało trzy kule; Jackowi, domyśla się, pewnie aż tak musiała latać ręka. Roman dużo myśli o tej sprawie, bo niestety ma czas. Tuż przed Jacka zbrodnią Naczelny Sąd Administracyjny w Warszawie przyznał mu rację w sporze o przywrócenie do pracy, w efekcie dostał skierowanie na badania lekarskie. Podobne robił przed pół rokiem i wyniki były dobre, a teraz są złe, zwłaszcza EKG, które mu zrobili na dwa dni przed pogrzebem.

Roman jest już zmęczony. Za to Piotr, ten, co się bał, chce wziąć na siebie obronę nazwiska F., choć nikt go już nie dziedziczy. Przedsięwziął kroki: wystąpił do szefostwa o zgodę na rozmowę z dziennikarzami, którym chciał wszystko dokładnie od początku opowiedzieć. Zanim jednak napisał w tej sprawie, zadzwonił jeszcze do Warszawy zapytać, kto i dlaczego wprowadza w błąd sekretarza stanu Andrzeja Brachmańskiego. Bo ten tuż po zabójstwie komentował do mikrofonów radiowych, że Jacek F. zabrnął w długi, których nie mógł spłacić, miał problemy rodzinne i w tym należy upatrywać przyczyny jego nieszczęścia. Ale w gabinecie ministra usłyszał, żeby nie próbował wpływać na politykę państwa.

Na wywiad nie dostał zgody. Roman mówi, że teraz to w Piotrze coś się wzburzyło.

Polityka 4.2005 (2488) z dnia 29.01.2005; Społeczeństwo; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Sprawa wewnętrzna"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną