Klasyki Polityki

Czerwony Kapturek w czarnej spódnicy

Zofia zawsze bała się piątków. Zabili ją w piątek

Mirosław Gryń / Polityka
Zofia mieszkała na końcu miasteczka, pod lasem, w rodzinnym domu. Był drewniany, wiekowy jak i ona, dożyła w nim swych dni jej matka.

Kiedy Zofia wyszła za mąż, przeniosła się stąd do Starachowic, rzut beretem. Ale wróciła razem z emeryturą do domu pod lasem, bo tu jej było najlepiej na świecie. Ludzie z pokolenia Zofii pracowali na państwowych etatach, nie znali szarej strefy i zdążyli dorobić się emerytur.

W fabryce produkującej ciężarówki Star Zofia przerzucała codziennie kilka ton, które zmarnowały jej kręgosłup. Do tego doszła astma. Ale się trzymała. Chodziła do lekarzy i robiła badania. Jej sześcioro dorosłych dzieci umarło, wszystkie na wylewy, troje jedno po drugim, w tym samym roku. Jedyna żyjąca córka mówi, że Zofia bardzo chciała jeszcze pożyć. Im była starsza, tym więcej, im było więcej śmierci w jej życiu – tym bardziej. Córka co jakiś czas przyjeżdżała do niej z Kozienic; tam mieszkała z mężem i dzieckiem. Kiedy była ostatnim razem, matka powiedziała, że coś się złego stanie. Nie wie co, ale wydarzy się na pewno. Może wylew. Byle nie wylew.

W czwartek miały jechać do księdza zamówić miejsce na cmentarzu. Zofia obiecała koleżance z młodości, że zadba o jej grób. Koleżanka walczyła w partyzantce, nie miała nikogo z bliskich, a w każdym razie nikogo, kto by zadbał. W czwartek miały się z córką wybrać. Nigdy w życiu w piątek. Zofia zawsze bała się piątków. Zabili ją w piątek.

Kino akcji

Córka zobaczyła Zofię we śnie. Chodź, powiedziała matka, pokażę ci drogę, którą do mnie szli. I pokazała, że idą obrzeżami miasteczka, tak, żeby nikt ich nie widział, o zmroku, ale jeszcze nie nocą, bo co by pomyśleli rodzice, że ich nocą w domu nie ma. Włożyli rękawiczki. Może z powodu zimna, bo był chłód, a może dlatego, że w kinie akcji ludzie idący z podobnym zamysłem zawsze je nakładali, żeby nie zostawić śladów linii papilarnych. I śladów u Zofii nie zostawili. Ubrali się na czarno; ostatnio zresztą przeważnie tak się ubierali. Ala nosiła zamaszyste długie spódnice, trochę w cygańskim stylu, ale to o niczym nie świadczy. Jak mówi dyrektorka jej szkoły, technikum geodezyjnego, zawsze była elegancka, zadbana w tej cygańskości i nie można było jej noszeniu się niczego zarzucić.

W wieku chyba ośmiu lat Alę potrącił samochód, doznała wstrząśnienia mózgu i poważnego urazu nogi. Matka Ali znała Zofię; mieszkają nie tak znów daleko od siebie. Zofia masowała Ali chorą nóżkę. Ala wpadała do Zofii – a to coś pomoże, a to przyniesie: Babcia i Czerwony Kapturek.

Ala miała już dwie siostry z pierwszego małżeństwa matki. Potem matka poznała ojca Ali. Ojciec zostawił je, kiedy Ala była malutka, wyjechał do pracy we Włoszech i – kamień w wodę. Więc Ala go praktycznie nie zna, a on jej, chyba że ze słyszenia. Matka Ali też znalazła pracę we Włoszech. Było u nich niewesoło: samotna matka z niewielkimi zarobkami i trzy zdolne, udane córki, które nie powinny rosnąć w biedzie. Pracując we Włoszech, miała zapewnić im lepszy los, wykształcenie, jakiś start w życiu.

I tak po części było. Skończyły trudne studia w państwowych uczelniach. Jedna wyszła za mąż i wyprowadziła się z miasteczka. Druga odbyła staż w urzędzie w Wąchocku, ale nie dostała po nim pracy, więc co miała robić? Pojechała do Włoch, jak matka, zapewnić lepszy los już tylko sobie. Już nie musiała zastępować Ali nieobecnej matki, dbać o nią, chodzić na wywiadówki, sama ledwo po wejściu w dorosłe życie.

Bogiem a prawdą, Ala rosła sama sobie sterem i okrętem. Napisała do telewizji do Animalsów, że chciałaby pomagać krzywdzonym i bezdomnym zwierzętom. Takie listy wysyłają dzieci wrażliwe i czułe. Albo takie, które czują się opuszczone przez ludzi, jak te wszystkie biedne koty i psy z ulicy.

Ale potem, w wieku, w którym zaczyna się dorastać i następuje wielkie wewnętrzne zamieszanie, Czerwony Kapturek zmienia się. Zakłada glany i cygańskie spódnice. W swoim technikum w Skarżysku Kamiennej mówi, że chciałaby zagrać nie żadną mdłą Ofelię, ale Hamleta. On mści się na całym wrednym świecie.

Szkoła zauważa, że Ala zaczyna coraz częściej wagarować. Ale poza tym nie widzi niczego niepokojącego. Nic, żadnych znaków szczególnych. Poza szkołą, w rodzinnym miasteczku, Ala znajduje grupę przyjaciół.

Koło ratunkowe

Obserwowali dom Zofii – co stara kobieta robi, w jakich porach wychodzi. Najprościej byłoby wyczekać, kiedy pójdzie na targ, włamać się, znaleźć pieniądze, choć wielkich sum tam być nie mogło. Lecz wtedy byłby to ordynarny włam. Czy ktoś, kto pragnie grać Hamleta, zniży się do poziomu menela? Nie mówiąc już o tym, że w biały dzień mógłby ich ktoś zauważyć.

Powiada się w Wąchocku, że idąc do Zofii, nafaszerowali się narkotykami. Bo ludzie chcieliby mieć jakieś sensowne wytłumaczenie, dlaczego to zrobili. Lecz narkomanami nie byli, skądże, popalali sobie od czasu do czasu trawkę, popijali piwo, ale żadne tam nałogi.

Może więc sataniści, myśli Wąchock. W mieszkaniu Kamila policja znalazła krzyże, które zabrali z cmentarza; też poszli pewnie tam w nocy Ala i Kamil, zabierając na trzeciego kolegę, Mariusza.

I ubierali się na czarno. Ale ojciec Kamila też chodził w skórach i z kolczykami w uchu i co z tego? Był i jest porządnym człowiekiem. Nie za dużo zarabiał w swojej fabryce, a tu jeszcze prócz Kamila dwie córki. Więc żona musiała zostawić pracę w barze i jeździć na zarobek za granicę, ale nie tak, jak matka Ali; raczej wahadłowo – raz w domu, raz tam.

W domu Mariusza było już za to zupełnie w porządku, mówi się w Wąchocku, bo rodzice zarabiali ponad 3 tys. zł. Kochali syna nad wszystko, miał, co tylko chciał. Adoptowali go, gdy był malutki, i powiedzieli mu o tym uczciwie, gdy był w szkole podstawowej. Mariusz nigdy nie chciał o adopcji rozmawiać i w widoczny sposób cierpiał, kiedy ktoś o tym wspominał, widocznie miał z tym problem.

Po gimnazjum Mariusz i Kamil zaczęli się uczyć w liceum w Starachowicach, ale Mariusz nie dawał sobie rady, był dysgrafikiem, miał trudności z pisaniem, więc rodzice przenieśli go do technikum ekonomicznego. Dobre dziecko, ich oczko w głowie, Boże mój, co się stało?

Bo właśnie w szkole średniej, nie w gimnazjum, jak bywa najczęściej, Mariusz, Kamil i Ala przylgnęli do siebie, jakby jedno w drugim zobaczyło koło ratunkowe. Kiedy tylko mogli, razem i tylko razem, czekali na siebie po szkole i coraz częściej zaczęli się urywać z lekcji. Oceny zjechały w dół. Przyjaźń – tak, ona była jeszcze coś warta. Przyjaźń prawdziwa.

Rodzice zaprowadzili Kamila do poradni psychologicznej. Mariusza też. Bodaj siostra zaprowadziła Alę. Pani psycholog poradziła to, co zawsze się radzi w poradniach. Rozmawiać z dziećmi, współpracować ze szkołą i tak dalej. Bo co innego? Uwiązać w domu? Karać za te wagary i szybujące w dół oceny? Z tej trójki tylko Mariusz był niepełnoletni.

Srebrny pierścionek

Mieli wszyscy kieszonkowe, ale nie było ono jakieś niebotyczne. Pewnie rozmawiali o długach z Alą. I pewnie to Ala powiedziała, że stara kobieta z domu pod lasem coś pewnie sobie odłożyła.

Poszli umówić się do innego kolegi. Chcą zabić starą, powiedzieli, i zabrać pieniądze. Widzieli na filmie, że można to zrobić wstrzykując denaturat w żyłę, a nawet tylko powietrze. Nie ma żadnych śladów ani krwi. Czy kolega poważy się na taki czyn?

Pokręciło was? – spytał kolega. – Czyście powariowali? Nawet słuchać o tym nie chciał. Nikomu o rozmowie nie powiedział, nie jest kapusiem. A zresztą, oni pewnie tylko tak gadali.

Dopiero wtedy wtajemniczyli Mariusza. Dwoje to za mało, zawsze raźniej iść we trójkę. Mariusz zgodził się. Poszli rano do szkoły. Po południu spotkali się w gminnym ośrodku kultury. Była brzydka pogoda, padało. Ominęli błota, podeszli pod dom. W kapliczce paliła się lampka. Ktoś narąbał Zofii drewna na opał. Na podwórku nikogo nie było. Zajrzeli do środka domu przez okno. Zastukali. Kamil krzyknął, że są z policji. Ktoś podejrzany kręci się tu w pobliżu, więc przyjechali się rozejrzeć. Kamil mocno pchnął drzwi, Zofia upadła. Ala wyciągnęła strzykawkę, szukała żyły. Nie mogła trafić. Nie szło tak łatwo, jak na filmie.

Zofia prosiła, żeby ją zostawić, krzyczała i modliła się w głos. Kamil znalazł jakiś sznurek i zaczął dusić. Ale sznurek był słaby i pękł. W sieni leżał kawałek żelaznej szyny do zapierania od wewnątrz drzwi. Mariusz Zofię przytrzymywał. Kamil i Ala zaczęli bić tą szyną w głowę. Zdjęli z palca Zofii srebrny pierścionek. Nie zdjęli kolczyków z uszu, Zofia była w chustce, a może za dużo było już w tym miejscu krwi. I nie zabrali łańcuszka, bluzka nasunęła się i przykryła szyję.

Przeszukali dom, ale pieniędzy, tego tysiąca czy dwóch, nie znaleźli. Wzięli butelkę koniaku i dowód osobisty kobiety. Wyrwali telefon. Wyszli i zamknęli drzwi od zewnątrz. Zofia jeszcze żyła. Ostatkiem sił zaczęła uderzać w drzwi tą samą żelazną szyną. Porobiła w drewnie trójkątne znaki. Nikt nie usłyszał.

Po drodze wyrzucili dowód osobisty do studzienki kanalizacyjnej. Łyknęli po kolei koniaku. Butelkę z tym, co zostało, Kamil zabrał do siebie. Rano poszli do szkoły. Srebrny pierścionek sprzedali za 5 zł. Nikt nic po nich nie zauważył. Mariusz próbował coś powiedzieć mamie, ale nie wyszło.

Do kolegi, który nie zgodził się brać udziału, zachodzili po kolei, każde innego dnia. Każde opowiadało dokładnie, co zrobili. A on musiał słuchać tego dzień po dniu trzy razy.

Kwiatki i serduszka

Kiedy policjanci przyjechali do Mariusza, spostrzegli, że on jakby doznał ulgi. Na przesłuchaniu rodzice powiedzieli: cokolwiek byś zrobił, kochamy cię i nigdy nie opuścimy. Wszyscy rodzice wynajęli dobrych adwokatów. Do Kamila przyjeżdża tylko ojciec. Alę odwiedza matka. Przyjechała z Włoch i płacze: wszystko przeze mnie.

Śledczym opowiadali dokładnie, bez emocji, jak wszystko się odbyło, jakby opowiadali film – powiedział policjant. Na przesłuchaniach zwykle jeden zwala winę na drugiego. A oni nie, każdy powiedział uczciwie, jaki był jego udział.

Podczas wizji lokalnej Ala dusiła się wprost od płaczu. Ale policjanci znów byli zdziwieni, że w samochodzie już uśmiechnięta, rozmowna. Łzy spłynęły.

Ala z aresztu pisze listy do koleżanek. Opisuje życie w celi: co u niej słychać, co widziała w telewizji, co czytała. Listy okleja kwiatkami, serduszkami wyciętymi z kolorowych pism. Cenzorka nie może się nadziwić, że tyle w tych listach fantazji, przemyśleń, obserwacji, jakaż to inteligentna dziewczyna. Koleżanki jej odpisują: jak im się powodzi, co u znajomych, plotki, wiadomości.

Kolega, który nie zgodził się pójść do Zofii, nie jest w stanie dojść do siebie. O nauce nie ma mowy. Popadł w tak głęboką depresję, że w żaden sposób nie umie z niej wyjść.

Polityka 24.2007 (2608) z dnia 16.06.2007; Ludzie; s. 110
Oryginalny tytuł tekstu: "Czerwony Kapturek w czarnej spódnicy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną