Bezkarni dygnitarze z PiS

TKM*
Miało nie być Bizancjum, nepotyzmu, celebry i arogancji władzy. Wyszło jak zawsze. A nawet znacznie lepiej.
Jarosław Kaczyński podczas gali Człowiek Wolności tygodnika „wSieci” w Filharmonii Narodowej
Rafal Oleksiewicz/REPORTER/EAST NEWS

Jarosław Kaczyński podczas gali Człowiek Wolności tygodnika „wSieci” w Filharmonii Narodowej

Auta rozbite w wypadku pod Toruniem, spowodowanym najprawdopodobniej przez kierowców ministra Macierewicza.
Marek Dembski/PAP

Auta rozbite w wypadku pod Toruniem, spowodowanym najprawdopodobniej przez kierowców ministra Macierewicza.

Rzecznik MON Bartłomiej Misiewicz podczas przejażdżki czołgiem.
9BP w Braniewie

Rzecznik MON Bartłomiej Misiewicz podczas przejażdżki czołgiem.

Tablica mająca uwiecznić pobyt prezydenta Dudy w Małym Cichym.
Gazeta.pl

Tablica mająca uwiecznić pobyt prezydenta Dudy w Małym Cichym.

Ulica w Starachowicach nazwana na cześć matki prezesa PiS.
Piotr Polak/PAP

Ulica w Starachowicach nazwana na cześć matki prezesa PiS.

audio

AudioPolityka Juliusz Ćwieluch Anna Dąbrowska - TKM

Tempo, w jakim władza deprawuje ludzi z PiS, porównać można jedynie z tym, w jakim Antoni Macierewicz pokonał trasę od ojca Rydzyka do prezesa Kaczyńskiego. Dojechać w niespełna godzinę i 40 minut spod Torunia do centrum Warszawy to więcej niż wyczyn. Według relacji świadków monowska kolumna w terenie zabudowanym poruszała się z prędkością grubo przekraczającą 100 km na godzinę. Trudno się dziwić, że kierowcom nie udało się wyhamować na czerwonym świetle.

Później można się już tylko dziwić. Jadący w kolumnie minister obrony narodowej nie zainteresował się stanem zdrowia poszkodowanych. Ze spuszczoną głową przesiadł się po prostu do trzeciej limuzyny, która towarzyszyła mu w tej podróży i opuścił miejsce wypadku. A raczej drobnej kolizji, jak poinformowała policja, która zresztą szybko oddała postępowanie Żandarmerii Wojskowej. Tej samej, której kierowcy najprawdopodobniej byli sprawcami wypadku. – Minister Macierewicz dał właśnie kolejny przykład, jak zachowuje się w sytuacjach kryzysowych. W Smoleńsku też uciekł. Strach pomyśleć, jak zachowa się na wypadek wojny – mówi Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej. Partyjni koledzy stoją za Macierewiczem murem. Według wiceministra Kownackiego jego szef jechał „z taką prędkością, jaka była potrzebna”. A umykać musiał przed ewentualnym zamachem.

Trzy samochody w kolumnie to przywilej, z którego poprzednio korzystali jedynie prezydent i premier. Antoni Macierewicz rozbudował własną ochronę do rozmiarów absurdalnych i dotychczas niespotykanych w MON. Jego poprzednicy korzystali z jednego kierowcy i jednego ochroniarza. Macierewicz najczęściej używa dwóch limuzyn. W jednej jeździ on wraz z ochroniarzem. W drugiej ma dodatkowy zespół ochraniający. W sumie na bieżąco ma dwóch kierowców i trzech ochroniarzy. Każdą z tych osób trzeba policzyć razy trzy, bo dla zapewnienia ciągłości ochrony funkcjonariusz musi mieć dwóch zmienników. Taka rozbudowana ochrona ma chronić ministra przed zamachem. Ale wygląda na to, że największym zagrożeniem dla ministra jest on sam.

Nóżka się pośliznęła temu Misiu

Z rzeczy niewygodnych dla szefa MON jest jeszcze sprawa rozbitych limuzyn. Podczas wypadku pod Toruniem skończyło się na skasowaniu pięciu samochodów prywatnych i dwóch rządowych. Co z perspektywy ministerstwa nie jest wielką stratą, bo – jak doniósł portal Onet – resort po cichu kupił sobie aż 30 nowych limuzyn i to w wersji specjalnej, po około milion złotych sztuka. – Samochody nie są opancerzone, a jedynie wzmocnione. Poza tym mają wyposażenie, o jakim nie może marzyć zwykły klient, bo w tej konfiguracji auto mogą kupować jedynie rządy – mówi Mateusz Multarzyński, redaktor naczelny portalu Spec Ops. Rząd formalnie ich jednak nie kupił, tylko zlecił to zadanie Żandarmerii Wojskowej, której łatwiej było kupić samochody po cichu. Sprawa długo nie ujrzała światła dziennego, bo politycy PiS wykorzystali zapisy specustawy, którą uchwalono przed szczytem NATO. Po dwóch dniach szczytu do rozdania wśród swoich było 30 wypasionych aut. Chętnych było tylu, że samochodów nie starczyło dla najwyższych dowódców w armii. Nie zabrakło jednak auta dla rzecznika Bartłomieja Misiewicza.

Fakt, że Bartłomiej Misiewicz nie ma studiów, nie oznacza, że brakuje mu sprytu. Wbrew urzędniczej niemożności udało mu się sprawić, żeby dla rzecznika znalazła się limuzyna. Zabrano ją po prostu pierwszemu zastępcy szefa Sztabu Generalnego. W sztabie postanowili nie robić z tego afery. Zwłaszcza że minister nie tylko to akceptował, ale zmienił nawet przepisy pod swojego pupila. Misiewicz dostał prawo do korzystania z karty drogowej typu A, która uprawniała go do używania pojazdu bez ewidencji przejechanych kilometrów i podawania trasy. Dwugwiazdkowy generał z reguły ma kartę drogową typu B. Jego kierowca, wioząc go do pracy, nie może nawet zatrzymać się pod sklepem spożywczym. Po pracy generał musi się poruszać własnym autem albo na piechotę.

Skoda superb, którą Misiewicz dostał na początku, szybko mu się jednak znudziła. Jego ambicje sięgały wyżej. Po szczycie przesiadł się do BMW 7. Dostał również kierowcę, ochroniarza, z którym ostatnio brylował na dyskotece w Białymstoku. Ambicje rzecznika sięgały wyżej również w kwestii własnego ego. Misiewicz, wizytujący 12. Dywizję Zmechanizowaną, poczuł się urażony, że dowódca nie witał go przed frontem jednostki, a zaledwie przyjął w gabinecie. Misiewicza kosztowało to wiele nerwów, a gen. Andrzeja Reudowicza stanowisko. – Cudem ocalał w wojsku. W zasadzie uratowało go tylko to, że był kanclerzem Orderu Krzyża Wojskowego, najwyższego odznaczenia nadawanego w czasie pokoju – mówi jeden z jego kolegów. Reudowiczowi trzeba było jednak znaleźć stanowisko za granicą, bo rzecznik nie życzył już sobie go oglądać.

Wojskowi nie wyciągnęli odpowiednio szybko wniosków z tej lekcji i podobna historia przytrafiła się dowódcy 21. Brygady Strzelców Podhalańskich. Płk Zenon Brzuszko, weteran po trzech misjach, doświadczony dowódca, po majowej wizycie rzecznika w jednostce poległ na tym samym błędzie. Trzeba było wysłać go na zaległy urlop. Później trochę pochorował. Dowódców, którzy przychodzili bronić Brzuszki, Misiewicz przyjmował na sali do badmintona, bo właśnie odkrył w sobie pasję do sportu. Brzuszko do dowodzenia podhalańczykami już nie wrócił. Jego również rzucono na odcinek międzynarodowy.

Kolejni dowódcy byli już mądrzejsi. Nie tylko spełniano kaprysy rzecznika, ale nawet próbowano im wyjść naprzeciw. Jak chciał pojeździć czołgiem, to znajdował się czołg. Postrzelać – proszę sobie wybrać z czego. Tu następowało co prawda kłopotliwe zamieszanie, bo pan rzecznik nie opanował jeszcze nazewnictwa. W jednej z jednostek na spotkanie z Bartłomiejem Misiewiczem wypożyczono rzeźbione krzesło przypominające tron. Rzecznik zajął miejsce siedzące. Dowódca wolał postać. Opłacało się. Kilka tygodni później dostał kolejną gwiazdkę.

Misiewicza już raz trzeba było schować przed opinią publiczną na kilka tygodni. We wrześniu po kumulacji afer, w tym związanych ze zmianami przepisów pod pana rzecznika, żeby mógł zasiadać w radach nadzorczych, Misiewicz zszedł z linii strzału. Wrócił na początku grudnia. Po wystąpieniu w białostockiej dyskotece, gdzie dał się poznać dosłownie (namawiał didżeja, żeby ogłosił, że jest na sali), czara goryczy się chyba przelała. Premier Szydło osobiście interweniowała w jego sprawie u swojego ministra, ale – jak stwierdziła – decyzja jest w rękach Macierewicza.

Ciepły budyń

Przypadek Misiewicza jest najbardziej nagłośniony, co nie znaczy, że odosobniony. W interiorze szybko zorientowano się, czego nowa władza oczekuje. I postanowiono jej to dać. A nawet trochę więcej, tak na wszelki wypadek.

Kolno to mała miejscowość, ale charakterystyczna. Andrzej Duda rządzi tutaj już od 2006 r. Tak się tam żartuje, bo burmistrz Kolna też się nazywa Andrzej Duda. W sierpniu miasteczko odwiedził wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński. Przyjęto go na miarę wyobrażeń o przyjmowaniu ministra. Całą drogę do pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej minister pokonał po czerwonym dywanie. W Augustowie też podobno chętnie cięto biało-czerwone kartony na konfetti zrzucane z helikopterów dla ministra. Ministrowi się podobało. Po nagłośnieniu sprawy przez media winnych ukarano dla przykładu.

W Starachowicach już jakiś czas temu udało się przewalczyć nazwanie głównego ronda w mieście imieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tracący wpływy u prezesa miejscowy poseł PiS postanowił iść za ciosem i odchodzącą od ronda ulicę nazwać imieniem Jadwigi Kaczyńskiej. W mieście żartują, że ulica Jadwigi Kaczyńskiej prowadzi do kolejnego ronda, a to będzie imienia Jarosława Kaczyńskiego. W ten sposób można będzie w kółko jeździć po Kaczyńskich.

Pełnia mocy, która nagle spadła na barki nowej władzy, z jednej strony nieco ją przygniata, z drugiej mile łechce. Po zakupie nowych samolotów dla vipów dużo emocji wzbudziła sprawa wyposażenia kabiny. Za dwa Gulstreamy G550 trzeba było zapłacić 440 mln zł. Skóra i drewno na wykończenia są już w cenie. Ale należy wybrać wariant kolorystyczny. Samoloty kupuje co prawda MON, ale misję wyboru koloru tapicerki powierzono Beacie Kempie, szefowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Pani minister poleciała w tym celu do Stanów Zjednoczonych. Wybór był ciężki. Z jednej strony ciepły budyń, z drugiej strony mocny koniak. Kusiła również złamana czerń. Z relacji świadków wynika, że pani minister postawiła na ciepły budyń, żeby było poczucie czystości. Ale dywan wybrała w szarościach, bo wiadomo, że do samolotu zawsze się trochę tego błota z dworu naniesie.

Nawet szeregowi działacze partii rządzącej musieli jakoś mentalnie odnaleźć się w sytuacji posiadaczy władzy, a nawet kraju. Jeden z posłów z drugiego szeregu sprawę widzi tak: wyborców PiS wcale aż tak bardzo nie drażni to, że ich przedstawiciele wożą się i noszą coraz lepiej niż oni. – Choć im samym się nie przelewa, podoba im się, że władza, która ich reprezentuje, nosi się godnie, że spotyka się w eleganckich miejscach, bo to poprawia ich samopoczucie. Przez wiele ostatnich lat czuli się pogardzani, więc w ten sposób przywraca się im godność. Dlatego lajkują i podają dalej zdjęcia działaczy i posłów fotografujących się we wnętrzach czterogwiazdkowego hotelu w Jachrance na posiedzeniu klubu PiS.

Sam hotel tak odnotował spotkanie polityków PiS sprzed kilku dni: „W podwarszawskiej Jachrance z dala od zgiełku miasta, zaszczyceni byliśmy możliwością przygotowania miejsca na wystąpienie Prezesa partii Jarosława Kaczyńskiego”. Dodają, że hotel wybierają elity biznesu i polityki. I dalej, że to „wielki zaszczyt i honor przyjmować tak znamienitych Gości – Rząd Polski oraz Posłów i Senatorów”.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną