MSZ: Ministerstwo głupich kroków

Zaginione ministerstwo
MSZ, tak jak cała polityka zagraniczna, nie mieści się w kręgu zainteresowań obecnie rządzących. Złośliwie tylko przypomina czasy dawnej świetności.
Przekazanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Jacek Czaputowicz i  Witold Waszczykowski, 9 stycznia 2018 r.
Krystian Maj/Forum

Przekazanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Jacek Czaputowicz i Witold Waszczykowski, 9 stycznia 2018 r.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz w dniu objęcia stanowiska w rządzie Mateusza Morawieckiego.
Krystian Maj/Forum

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz w dniu objęcia stanowiska w rządzie Mateusza Morawieckiego.

MSZ był stopniowo oskrobywany z kompetencji. Sprawy wojskowe na wyłączność od razu przejął MON Macierewicza. Politykę kulturalną zabrał wicepremier Gliński. Sprawy polonijne w zasadzie wróciły do Senatu. Nie mówiąc już o zagranicznej samowoli ministra Szyszki.
Fot. P. Tracz/Kancelaria Prezesa RM

MSZ był stopniowo oskrobywany z kompetencji. Sprawy wojskowe na wyłączność od razu przejął MON Macierewicza. Politykę kulturalną zabrał wicepremier Gliński. Sprawy polonijne w zasadzie wróciły do Senatu. Nie mówiąc już o zagranicznej samowoli ministra Szyszki.

audio

AudioPolityka Łukasz Wójcik - Zaginione ministerstwo

W budynku przy alei Szucha jest niewielki pokoik. W nim dwóch dojrzałych panów popija z dyplomatycznym wdziękiem gorące napoje, przeglądając prasę. Zjawiają się między 9 a 10 rano. Ich codzienne wejścia i wyjścia z „gmachu”, jak mówią o siedzibie MSZ jej pracownicy, rejestrują elektroniczne czytniki, rzadko przełożeni. – Są trochę jak na zwolnieniu warunkowym – żartuje znajomy tej dwójki. Pogawędzą, powspominają i o 15.00 już ich nie ma.

Jeden z nich to spec od Hegla, Jerzy Margański. „Potrójny ambasador”, jak mówią jego koledzy z podziwem – w Austrii, Szwajcarii i Berlinie. Kiedyś miał kanclerza Schrödera na jeden telefon, dziś trudno mu się dodzwonić do polskiego wiceministra. Wszystko dlatego, że przyszedł do MSZ w 1990 r., czyli... „za poprzedniego systemu”. Drugi pan to Adam Kobieracki. Jedyny w historii polski wiceszef NATO, jeden z najlepszych na świecie ekspertów od kontroli zbrojeń. Z nim problem jest poważniejszy, bo skończył MGIMO, czyli moskiewską kuźnię dyplomatów. To nic, że zaufali mu Amerykanie, powierzając największe tajemnice Sojuszu. Ważniejsze, że nie ufa mu PiS.

Obaj panowie, odpowiednio roczniki 1955 i 1957, są w sile dyplomatycznego wieku. Z takim doświadczeniem powinni teraz reprezentować Polskę na najważniejszych placówkach. Ale tak jak kilkunastu ich rówieśników, snujących się dziś po korytarzach „gmachu”, są przez nowe kierownictwo resortu traktowani jak trędowaci – nawet rozmowa z nimi wygląda podejrzanie. Dlatego wkrótce to ich „zwolnienie warunkowe” może zostać zamienione na karę śmierci zawodowej. W Sejmie czeka już tylko na decyzję polityczną z Nowogrodzkiej tzw. ustawa kadrowa, która pozwoli wyczyścić MSZ aż po piwnice.

Nie chodzi tylko o tych ludzi, ale o to, aby zatrzeć pamięć o poprzednim ćwierćwieczu na Szucha. Wymazać pamięć instytucjonalną – mówi Paweł Dobrowolski, były dyplomata, m.in. ambasador w Kanadzie i rzecznik ministerstwa, dziś wykładowca Collegium Civitas. – MSZ doskonale nadaje się na poligon doświadczalny takiej polityki historycznej. To instytucja hierarchiczna, w której łatwiej przeprowadzić radykalne zmiany. Jednocześnie – jak żadne inne ministerstwo – przypomina o sukcesie polskiej transformacji. A to dzisiejszą władzę bardzo uwiera.

Jak pokazał ostatni kryzys wokół nowelizacji ustawy o IPN, MSZ już w pewnym sensie zniknęło. To znaczy, niby działa nadal, ale mało kto w rządzie zwraca na to uwagę.

1.

Kierowana przez doświadczonego dyplomatę Jacka Chodorowicza ambasada RP w Izraelu seriami słała jesienią do Warszawy ostrzeżenia przed możliwymi reakcjami na tę nowelizację. Niewątpliwie trafiały one również do Ministerstwa Sprawiedliwości, czyli autora nowelizacji. Dowodem może być fakt, że ministrowie Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki na własną rękę spotkali się z Izraelczykami. Ci dyplomatycznym językiem dali im do zrozumienia, że nowelizacja ustawy o IPN jest nie do zaakceptowania przez Izrael. Ale nie powiedzieli tego wprost, co pozbawieni dyplomatycznego doświadczenia ministrowie uznali za „cichą zgodę”. Dalszy przebieg wydarzeń był wielokrotnie opisywany.

Pierwsza reakcja na Nowogrodzkiej w Warszawie była ponoć paniczna. Myślano o wycofaniu nowelizacji. Ale potem zrobiono jeden sondaż, drugi, trzeci. Okazało się, że to się Polakom podoba. Nowogrodzka popełniła jednak błąd, bo nie zleciła sondaży w Waszyngtonie. – Oni byli zupełnie zaskoczeni reakcją Departamentu Stanu – twierdzi Eugeniusz Smolar, ekspert Centrum Stosunków Międzynarodowych. – Szczególnie że w sprawie nowelizacji nie wypowiedział się rzecznik, ale sam Rex Tillerson. I to podczas zagranicznej wizyty. Szef amerykańskiej dyplomacji ostro skrytykował polską nowelizację. Zasugerował nawet, że nastąpią zmiany w bilateralnych stosunkach z Polską. Polski MSZ uspokajał później kanałami wewnętrznymi, że to tylko taka gra, że Amerykanie wzięli na siebie rolę tych złych, żeby Izraelczycy nie musieli dalej dociskać, bo mogłoby to wywołać fale antysemityzmu w Polsce.

– Ze strony Trumpa raczej nam nic nie grozi, tyle że ma on inne priorytety. Ale administracja już wytyczyła nam czerwoną linię – tłumaczy Smolar i przypomina październikową wizytę Morawieckiego, jeszcze jako wicepremiera, w Departamencie Skarbu. Dostał tam jasny sygnał: mogą się rządzić jak chcą, ale jeśli ruszą biznes (w domyśle – amerykański), czyli na przykład dobiorą się do TVN, to koniec przyjaźni. Symptomatyczne, że od tamtej wizyty słuch o tzw. nowej ustawie medialnej zaginął.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną