Kraj

Czy zabijanie zwierząt to dziedzictwo kulturowe?

Nie może być zgody na zabijanie dla przyjemności. Nie może być zgody na zabijanie dla przyjemności. M&R Glasgow / Flickr CC by 2.0
Wniosek Polskiego Związku Łowieckiego o wpisanie łowiectwa – czy kultury łowieckiej – na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO należy do grupy tych inicjatyw, które można nazwać kuriozalnymi.

Ten wniosek zadziwia, ale chyba jeszcze mocniej zawstydza. Bo czy zabijanie, sztukę zabijania – używając stylu, jakim posługuje się PZŁ wraz z sojusznikami – można uważać za dziedzictwo kulturowe? I cóż to za dziedzictwo, które miałoby nas wyróżniać wśród narodów świata? Zabijanie niewinnych stworzeń dla przyjemności? Zwyczaje, gwara, muzyka, obrzędy, ceremoniał polowań czy wreszcie kuchnia oparta na dziczyźnie? A wreszcie hodowla psów myśliwskich polskich ras, jak ogar, gończy czy chart polski.

Czytaj także: Zabicie króla zwierząt to jak zabicie władcy innego państwa

Co w Polsce podlega ochronie

Świat miałby klękać z zachwytu tylko dlatego, że zająca nazywa się w myśliwskiej gwarze kotem? Świat przestępczy też ma gwarę, zwyczaje, obrzędy, ceremoniał i też można by wpisywać wszystko to na listę dziedzictwa kulturowego. A jak niezmiernie wielowymiarową kulturę mają kieszonkowcy? W dodatku także przekazują swą wiedzę, pasję i doświadczenie następnym pokoleniom, tworząc wielopokoleniowe rodziny kieszonkowców. Czy z tego powodu kultura złodziejska podlega ochronie i należy ją uznać za niematerialne dziedzictwo kulturowe, chronić i szczycić się tym? Na szczęście nikomu to jeszcze nie przyszło do głowy. Na razie przynajmniej, bo wpisanie myślistwa na listę dziedzictwa otwiera bogate możliwości.

Rozumiem, że w odległych wiekach, kiedy nie było sklepów, człowiek żywił się tym, co upolował czy nazbierał. Ale w tym właśnie różnica: zabijał zwierzę, by nakarmić siebie i rodzinę. Z potrzeby, a nie dla przyjemności samego zabijania. Tymczasem dzisiejsi myśliwi zabijają dla radości zabijania, dla frajdy odbierania życia. Zabijają tysiące zwierząt, setki tysięcy ptaków – kompletnie po nic, by poczuć się królami życia.

Nie może być zgody na zabijanie dla przyjemności. Na odbieranie życia żyjącym istotom. Czy wyrywanie ptakom języków, żeby je usmażyć, podprawić sosem śmietanowym, posolić do smaku, dodać ziół z polskich łąk – to właśnie element tej tradycyjnej kuchni opartej na dziczyźnie, jaką należy chronić?

„Niematerialne dziedzictwo kulturowe UNESCO wymusza posiadanie elementu dziedziczenia i wspólnoty, którego przecież nam, myśliwym, nie można odmówić” – napisali we wniosku myśliwi. Nie można, to fakt. Czy udział dzieci w polowaniach to właśnie ta tradycja godna wpisania na listę UNESCO? Przecież takie dzieci mają pomieszane w głowach, nie ma się co dziwić, że potem strzelają do kolegów, nie widząc w tym nic złego. Czy udział dzieci też miałby być usankcjonowany przez instytucję tak szacowną jak UNESCO? Szczycimy się (tzn. PZŁ się szczyci, ale odium spada na wszystkich Polaków) jakimiś pierwotnymi obyczajami, kompletnie sprzecznymi z lansowanymi dziś wartościami: szacunku dla przyrody, troski o ochronę gatunków, którym i tak człowiek zabiera nieustannie miejsce do życia.

Czytaj także: Lwy pożarły kłusowników. Tym razem zwierzęta się obroniły

Silne lobby myśliwych

Hodowanie zwierząt po to jedynie, żeby do nich dla przyjemności strzelać – a jest to trend coraz powszechniej uprawiany przez myśliwych – też wydaje się moralnie naganny. Dlaczego więc myślistwo czy łowiectwo mają być chronione jako wartość kulturowa i może jeszcze dotowane przez państwo, bo dobrom kulturowym takie wsparcie się należy? W całej tej akcji węszę jakiś podstęp. Bo lobby myśliwych jest silne, swoje macki ma wszędzie i z pewnością knuje coś, żeby tę pozycję jeszcze wzmocnić, a siebie uczynić bezkarnymi, bo przecież także myśliwi staną się kulturowym dziedzictwem niematerialnym.

Myśliwi podobno „każdego dnia kultywują i podtrzymują tę wielowymiarową kulturę”. Czy to właśnie dzięki temu niedawno pewien myśliwy zastrzelił człowieka, myśląc, że to dzik buszujący w zbożu? Tak kultywował tę tradycję i dobry obyczaj, a nawet przepis, że nie wolno strzelać do celu, jeśli nie jest się go pewnym. Wysoka to kultura, trzeba przyznać. Oczywiście, wypadki zdarzają się wszędzie, ale na polowaniach, jakimś trafem, dużo częściej niż na plenerach fotograficznych czy malarskich.

A o polskie rasy psów, ogary i charty już bym się nie martwiła. Dadzą sobie radę bez wstawiennictwa myśliwych i ochrony UNESCO.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną