Kraj

Oto jak PiS rujnował państwo: 10 największych afer

Beata Szydło i Jarosław Kaczyński Beata Szydło i Jarosław Kaczyński Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
Przez cztery lata rządów PiS uzbierał na swoim koncie ponad sto afer. Przypominamy 10, które naszym zdaniem najbardziej obciążają ekipę dowodzoną przez Jarosława Kaczyńskiego.

Afera Misiewicza

Szum medialny wokół Bartłomieja Misiewicza narastał od sierpnia 2016 r., kiedy otrzymał on z rąk szefa MON Antoniego Macierewicza złoty medal za zasługi dla obronności kraju. Chwilę potem wszedł do rady nadzorczej państwowej firmy Energa Ciepło Ostrołęka, ale pod presją mediów zrezygnował ze stanowiska. Funkcję rzecznika prasowego MON przestał zaś pełnić w lutym 2017 r.

Już w kwietniu 2017 r. wszedł do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej, mimo że nie ma ukończonego kursu dla członków rad nadzorczych i nie skończył studiów („kończył studia licencjackie”). Miał na tym stanowisku zarabiać 50 tys. zł miesięcznie. 12 kwietnia spółka rozwiązała z nim umowę na jego wniosek. Tego samego dnia został też zawieszony w prawach członka PiS.

W styczniu 2019 r. Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało Misiewicza. Zarzucono mu m.in. powoływanie się na wpływy i czerpanie z tego korzyści materialnych. Został aresztowany na trzy miesiące, następnie areszt przedłużono o kolejne dwa. Opuścił go w czerwcu po wpłaceniu poręczenia w wysokości 100 tys. zł. Nazwisko Misiewicza uznano za symbol „kolesiostwa i nepotyzmu” rządów PiS.

Czytaj także: Misiewicza już nie ma, ale „Misiewicze” mają się świetnie

KNF, dwórki Glapińskiego i bliscy Mariusza Kamińskiego

W listopadzie 2018 r. „Gazeta Wyborcza” ujawniła stenogram rozmowy prezesa KNF Marka Chrzanowskiego z właścicielem dwóch banków Leszkiem Czarneckim. Chrzanowski złożył mu korupcyjną propozycję. Obiecywał, że w zamian za zatrudnienie znajomego prawnika z Częstochowy (z wynagrodzeniem ok. 40 mln zł) szef KNF ochroni bank przed upadłością.

Chrzanowski podał się do dymisji, ale zanim został aresztowany, przez kilka godzin przebywał w swoim gabinecie i mógł zatrzeć ślady ewentualnej winy. Po trzech miesiącach wyszedł na wolność, trwa postępowanie prokuratorskie. Publicznie broni go prezes NBP Adam Glapiński, któremu szef KNF zawdzięczał stanowisko. Glapiński to z kolei wieloletni współpracownik Jarosława Kaczyńskiego, jeszcze z czasów Porozumienia Centrum. Poza tym był ministrem i odpowiadał w partii za finanse.

Wokół niego też zrobiło się gorąco. Pod koniec 2018 r. „GW” opisała dwie współpracowniczki prezesa NBP: szefową departamentu promocji i marketingu Martynę Wojciechowską oraz szefową gabinetu Glapińskiego Kamilę Sukiennik. Nazywano je „dwórkami prezesa”. Każda zarabia 50–60 tys. zł miesięcznie. Mimo braku kwalifikacji obie zasiadły w radach Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Przy okazji afery wyszło na jaw, że dyrektorem w NBP jest także była żona koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego. A jego 29-letni syn w lipcu tego roku dostał intratną posadę doradcy w Banku Światowym (ok. 600 tys. zł rocznie). Polecał go na to stanowisko... szef banku centralnego. Ot, nepotyzm polityczny.

Afera majątku premiera Morawieckiego

Premier tak żongluje funduszami, żeby nie budzić zastrzeżeń. Według Renaty Grochal z „Newsweeka” co najmniej dwa razy, gdy dostawał propozycję wejścia do polityki, część sięgającego miliony złotych majątku przepisywał na żonę. Podzielili ten majątek między sobą w 2013 i 2015 r. Morawiecka przejęła więc dom (kupiony za kredyt z BZ WBK), trzy mieszkania we Wrocławiu i działki kupione od Kościoła. Premier nie musi wpisywać ich do oświadczeń majątkowych.

Niejasności wokół majątku jest znacznie więcej. Dotyczą choćby tego, czy i w jaki sposób szef rządu został wynagrodzony przez bank Santander, gdy z niego odchodził. Współautor biografii premiera „Delfin” Piotr Gajdziński twierdzi, że pieniądze czekają na Morawieckiego na specjalnym koncie i będzie mógł je podjąć po zaprzestaniu premierowania. Santander temu zaprzecza.

Czytaj także: Mnożą się wątpliwości wokół majątku Morawieckiego

Afera GetBack

W latach 2016–17 GetBack opanował 80 proc. rynku windykacji. Prezes spółki Konrad K. agresywnie skupował długi, przebijając konkurencję, a zakupy finansował z pieniędzy klientów. Pod koniec 2017 r. spółka czyściła ze złych kredytów głównie państwowe banki, skupując długi nie do odzyskania i sporo za nie przepłacając. Konrad K. w liście wysłanym w kwietniu 2019 r. do prezesa PiS, premiera i KNF przypomniał, że spółka wykupiła długi, co „pozwoliło bankom zarobić 400 mln zł i wsparło działania państwa”. Liczył, że państwo z wdzięczności dofinansuje jego upadającą działalność.

W listach do Morawieckiego były prezes GetBacku nakreślił polityczny wymiar sprawy. Stwierdził, że sam nie pójdzie na dno, a sprawa zostanie nagłośniona „jako afera pisowskiej piramidy finansowej, bo spółka mocno od długiego czasu wspiera działania obozu wolnościowego”. W tym „Gazetę Polską”, „Sieci”, Telewizję Republika, „Do Rzeczy” i „Wprost”. „Byliśmy też sponsorami strategicznymi takich wydarzeń jak Człowiek Roku (nagrody zdobywali Morawiecki i Kaczyński), organizowanych przez spółkę Fratria, a także Gali 25-lecia »Gazety Polskiej«” – pisał.

Okazało się, że KNF już w listopadzie 2017 r. dostała wiarygodny list od sygnalisty w sprawie GetBacku, ale nie ogłosiła tych zastrzeżeń publicznie. Zawiadomiła prokuraturę dopiero pięć miesięcy później. Jeszcze w lutym 2018 r. GPW nagrodziła spółkę za „optymalne wykorzystanie instrumentów finansowych”.

Poszkodowanych w sprawie GetBacku jest 30 tys. osób. Kupujący obligacje utopili w niej 2,3 mld zł – to kwota prawie trzy razy wyższa (!) niż w przypadku Amber Gold. A jednak PiS na komisję śledczą ds. GetBacku nie wyraził zgody.

Afera z nagrodami dla ministrów rządu Szydło

W odpowiedzi na interpelację posła PO Krzysztofa Brejzy KPRM ujawniła, że łącznie na nagrody dla ministrów rządu Beaty Szydło przeznaczono w 2017 r. 1,5 mln zł. Najbardziej „doceniony” został Mariusz Błaszczak, były szef MSW, obecnie MON (82,1 tys. zł). Morawiecki otrzymał 75,1 tys. zł, tyle samo minister edukacji Anna Zalewska. Wśród najhojniej nagrodzonych znaleźli się także Piotr Gliński, Witold Bańka, Anna Streżyńska, Witold Waszczykowski i Zbigniew Ziobro (po 72,1 tys. zł). Andrzej Adamczyk, Antoni Macierewicz, Elżbieta Rafalska, Jan Szyszko i Krzysztof Tchórzewski odebrali po 70,1 tys. zł, pozostali ministrowie – po 65,1 tys. Gdybyśmy przeliczyli te nagrody na miesiące, szefowie resortów dostawaliby od 5,4 tys. do 6,8 tys. zł „ekstrapensji”.

Prezes PiS kazał swoim ludziom oddać te sowite nagrody. Sugerowaną formą zwrotu miała być darowizna na rzecz Caritasu, czyli charytatywnej organizacji powiązanej z Kościołem katolickim. Jak okazało się w sierpniu tego roku, polecenie wykonało ledwie 12 spośród 22 członków administracji Szydło. Caritas nie chce zaś ujawnić, którzy ministrowie się na to zdecydowali. Na opublikowanie listy przelewów nie zdecydowała się też Kancelaria Prezesa Rady Ministrów.

Czytaj także: PiS oddał nagrody? Termin minął, sprawa otwarta

Afera Polskiej Fundacji Narodowej

PFN powstała pod koniec 2016 r., aby – jak zapowiadała premier Szydło – „pokazywać Polskę piękną, przyjazną i ambitną”. Kasę – i to ogromną, bo ponad 633 mln zł w ciągu dekady – ma wykładać na fundację 16 kontrolowanych przez PiS państwowych spółek (w tym Orlen, PKO BP, GPW, Azoty i PKP). Fundacja ma szczęście do pieniędzy, ale nie ma szczęścia do prezesów. Na początku na jej czele stanął Cezary Jurkiewicz, szef warszawskiego Klubu Gazety Polskiej i głównodowodzący ochrony podczas smoleńskich miesięcznic. Dziś jest w zarządzie PFN. Za jego czasów fundacja za 8 mln zł zamówiła u ludzi, którzy dziś pracują w sztabie PiS, kampanię szkalującą sędziów. Po Jurkiewiczu przez rok, do czerwca tego roku, w PFN rządził Filip Rdesiński, wcześniej awansowany na dyrektora Radia Poznań. Kilka tygodni temu został wiceprezesem spółki zależnej od Lotosu, zajmującej się magazynowaniem i dystrybucją paliw. W lipcu na prezesowską posadę wskoczył z kolei Marcin Zarzecki, do niedawna dyrektor w resorcie Piotra Glińskiego, a na wiceprezesa Michał Góras, radny wojewódzki PiS, były szef gabinetu politycznego... także Glińskiego.

O działaniach fundacji wiadomo niewiele, gdyż – jak wyjaśniał odwołany rok temu wiceprezes Maciej Świrski – chodzi o to, aby „utrudnić wrogom Polski przeciwdziałanie”. Fundacja prowadzi 38 projektów, najbardziej obciążające są produkcje filmowe. Wciąż jednak nie powstało wielkie dzieło, które miało rozsławić polskich bohaterów. „Jesteśmy w stałym kontakcie z Hollywood. Żeby nie wpłynąć na negocjacje, nie mówię o nich publicznie, dopóki nie będzie efektów” – powiedział Rdesiński w rozmowie z miesięcznikiem „WPIS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” (kilka dni później został odwołany). Sporym obciążeniem jest też biało-czerwony jacht (900 tys. euro), który z Mateuszem Kusznierewiczem miał wyruszyć do ponad stu portów na świecie. Umowę z olimpijczykiem rozwiązano z powodu konfliktu finansowego, a jacht od kwietnia stoi w porcie w USA i nie może się doczekać wymiany złamanego masztu.

We wrześniu Onet ujawnił, że fundacja zapłaciła ponad 5,5 mln dol. amerykańskiej firmie piarowej White House Writers Group za promocję naszego kraju, w tym za stworzenie w mediach społecznościowych profili o Polsce, które na świecie obserwuje po kilkadziesiąt osób. Ktoś jednak na tej promocji skorzystał – rodzina związanego z PiS polonijnego historyka Marka Chodakiewicza, członka rady programowej Muzeum II Wojny Światowej. W rozliczeniach WHWG dziennikarze Onetu znaleźli olbrzymie przelewy dla jego siostry, żony, współpracownika i niego samego.

Cezary Jurkiewicz mówił niedawno w Klubie Ronina: „Myślę, że całość działań PFN, patrząc z perspektywy dwóch lat, już jest zauważalna”. Tylu kompromitacji i takiej niegospodarności nie da się nie zauważyć.

Zamach na konstytucję

Partia Kaczyńskiego chciała uczynić z Trybunału Konstytucyjnego fasadową instytucję. Najpierw nie przyjęto ślubowania od legalnie wybranych sędziów TK i zastąpiono ich tzw. dublerami. Kolejnym etapem było nieopublikowanie w „Dzienniku Ustaw” wyroku ws. uchwalonej przez PiS nowelizacji ustawy o Trybunale.

W lipcu 2016 r. Sejm uchwalił nową, własną ustawę o TK. 30 lipca podpisał ją prezydent. Zakłada ona m.in. włączenie do orzekania sędziów, którzy złożyli ślubowanie przed prezydentem, a nie podejmowali wcześniej obowiązków sędziego (owi dublerzy), odraczanie narad w pełnym składzie przy sprzeciwie co najmniej czterech sędziów i wymóg obecności Prokuratora Generalnego lub jego zastępcy podczas rozpraw w pełnym składzie. Ustawa została zaskarżona do TK i uznana za częściowo niekonstytucyjną (zakwestionowano dziewięć z 10 przepisów). PiS do tej pory nie opublikował tego wyroku.

Kolejnym etapem było uchwalenie nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, która wprowadziła niezgodne z konstytucją „skrócenie kadencji I prezesa SN” Małgorzaty Gersdorf oraz „obniżenie wieku przejścia w stan spoczynku urzędujących obecnie sędziów SN”.

Ostatnim etapem na drodze podporządkowywania sobie władzy sądowniczej było przejęcie KRS. Pisowska ustawa przerwała kadencje sędziów, którzy byli wybrani do KRS przez środowisko sędziowskie. Zastąpili ich sędziowie wybrani przez posłów. Trybunał Sprawiedliwości UE poinformował, że wyrok w sprawie legalności powołania i działania neo-KRS ogłosi 19 listopada.

Taśmy prawdy Jarosława Kaczyńskiego

„GW” dotarła do nagrań ujawniających szerokie plany inwestycyjne prezesa PiS. Dotyczyły budowy „dwóch bliźniaczych wież” na działce należącej do spółki Srebrna, którą od lat 90. gospodarują działacze wywodzący się ze środowiska Porozumienia Centrum.

W dwóch wieżowcach miały się znaleźć apartamenty, siedziba Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego oraz hotel. Kompleks miał zabezpieczać finansowo PiS na wypadek utraty władzy, a wraz z nią choćby media należące do państwa. Plany storpedował warszawski ratusz – Srebrna nie dostała pozwolenia na budowę. Za zlecone i wykonane już prace wynagrodzenia nie otrzymał austriacki biznesmen, prywatnie kuzyn Kaczyńskiego Gerald Birgfellner. W desperacji Austriak zaczął nagrywać rozmowy.

Ważnym wątkiem sprawy było kredytowanie inwestycji przez Pekao SA bez względu na to, czy będzie rentowna, czy nie. A do tego doszła sprawa byłego księdza Rafała Sawicza, członka zarządu fundacji im. Lecha Kaczyńskiego. Bez jego podpisu nie można było pchnąć procedury ubiegania się o pozwolenie budowlane. Okazało się, że Sawicz nie robi nic za darmo i oczekuje 50 tys. zł. Sprawa została skierowana do sądu. A Kaczyński do dziś nie został przesłuchany.

Czytaj także: Taśmy Kaczyńskiego. Jest kolejne nagranie prezesa PiS i Birgfellnera

Afera prezesa NIK Mariana Banasia

Prezes NIK, wybrany na stanowisko pod koniec sierpnia, ma problem z oświadczeniami majątkowymi, a w jego kamienicy w Krakowie działał hotel z pokojami na godziny. W „Superwizjerze” TVN cała Polska zobaczyła, jak człowiek ze złotym łańcuchem na szyi, sygnetami i ubrany w dres zadzwonił do Mariana Banasia i poskarżył się na dziennikarzy, którzy zakłócają mu spokój.

W kamienicy były zarejestrowane firmy prowadzone przez Jakuba Banasia, syna prezesa NIK. W 2006 r. jedna z nich dostała unijne dofinansowanie (jak ustaliła „Rzeczpospolita”, z UE popłynęło 44 tys. zł, z państwowego budżetu kolejne 40 tys., a całość była warta 165 tys.) na „otwarcie centrum szkoleniowo-hotelowego Residance”. Inna spółka związana z Banasiem juniorem specjalizuje się w działalności szkoleniowo-doradczej. Oferuje audyt, którego „celem jest obrona Klienta przed pazernością fiskusa i rozmaitych agend tzw. państwa”. Nie brzmi to dobrze, biorąc pod uwagę, że ojciec Jakuba był szefem najważniejszych instytucji państwowych: Krajowej Administracji Skarbowej, Ministerstwa Finansów i NIK. Jakubowi Banasiowi chyba się nie wiodło w prywatnym biznesie, bo za „dobrej zmiany” zaczął robić karierę w spółkach państwowych.

Prezes PiS wysłał prezesa NIK na przymusowy bezpłatny urlop. Do wyborów ma się nie pokazywać. Przed urlopem w ekspresowym tempie odwołano wszystkich trzech wiceprezesów, którzy nie zawdzięczają stanowisk obecnej władzy. Nową wiceprezeską została Małgorzata Motylow, dobra znajoma Marty Kaczyńskiej, której z kolei kariera w NIK za „dobrej zmiany” znacząco przyspieszyła.

Afera Kuchciński Air

Pod koniec lipca okazało się, że marszałek Sejmu zabierał na pokład luksusowego gulfstreama żonę, synów i córkę. Potem wyszło na jaw, że oprócz rodziny z Kuchcińskim latali posłowie PiS i działacze samorządowi partii. Zaczęło się od ujawnienia jednego lotu, potem mowa była o kilku, później marszałek przyznał się do 23 podróży... Ostatecznie wiadomo, że między 17 marca 2016 r. a 22 lipca 2019 Kuchciński odbył ich 135. Aż 70 to loty na trasie Warszawa–Rzeszów i z powrotem. W stolicy Kuchciński kierował Sejmem, a mieszka w Przemyślu, gdzie docierał właśnie z Rzeszowa. Loty odbywały się jako „misje oficjalne” o statusie HEAD przysługującym tylko najważniejszym politykom w kraju i tylko w szczególnych wypadkach. Prezes PiS wymusił na Kuchcińskim dymisję.

Pewnie nie przyszło mu to łatwo. Kaczyński pisał w swojej książce, że to właśnie Kuchciński w latach 90. wymyślił określenie, które piętnowało polityków bez poglądów, ale z pociągiem do przywilejów – TKM, czyli „teraz, k…, my”.

Czytaj więcej: PiSancjum. Dygnitarze „dobrej zmiany” są butni i zachłanni

Afera hejterów w Ministerstwie Sprawiedliwości

Emilia Szmydt ujawniła, że wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak, jeden z najbliższych współpracowników Zbigniewa Ziobry, dowodził grupą hejterów, którzy szkalowali sędziów przeciwnych dobrej zmianie. Szmydt też była zaangażowana w działalność grupy „Kasta”. Grupę stworzył pracujący w resorcie Jakub Iwaniec, a należeli do niej sędziowie, którzy za „dobrej zmiany” zrobili wielkie kariery (awansowali na prezesów sądów, dostali posady w SN, weszli do upolitycznionej KRS).

„Kasta” wymyślała i planowała akcje oczerniające sędziów przeciwnych zamachowi na wymiar sprawiedliwości, a Emilia Szmydt wprowadzała je w życie. Hejterka korzystała z poufnych dokumentów dostarczanych jej z Ministerstwa Sprawiedliwości. Współpracowała z dziennikarzami TVP i portalu wPolityce.pl braci Karnowskich. Po wybuchu afery wniosek o wotum nieufności dla Ziobry złożyli posłowie PO. Sejm głosami posłów PiS go odrzucił. Do dymisji podał się tylko wiceminister Piebiak.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną