Kraj

Mizeria logiczno-retoryczna tzw. dobrej zmiany

Tak to już jest, że niedomiar logiki i porządnej retoryki równoważy się nadmiarem parcianej erystyki. Na tym polega propaganda tzw. dobrej zmiany. A oto przykłady. Tak to już jest, że niedomiar logiki i porządnej retoryki równoważy się nadmiarem parcianej erystyki. Na tym polega propaganda tzw. dobrej zmiany. A oto przykłady. Łukasz Dejnarowicz / Forum
Tak to już jest, że niedomiar logiki i porządnej retoryki równoważy się nadmiarem parcianej erystyki. Na tym polega propaganda tzw. dobrej zmiany. A oto przykłady.

Retoryka, czyli sztuka przekonywania i pięknego mówienia, jest nieodłączna od polityki – w starożytności wymagano od polityków, aby byli retorami (oratorami). Natura sztuki oratorskiej dopuszcza metafory, przesadę i rozmaite chwyty erystyczne, w tym także uważane za niezbyt rzetelne. Tego rodzaju zabiegi nie zawsze są zgodne z zasadami logiki (w szerokim znaczeniu), tj. dziedziny składającej się z semiotyki (nauki o znakach językowych i ich funkcjach), logiki formalnej (teorii wynikania logicznego) i metodologii nauk, a ogólniej: każdej aktywności myślowej zajmującej się m.in. uzasadnianiem głoszonych twierdzeń.

Czytaj też: Logika państwa sekciarskiego

Działania władzy czasem kolidują z logiką

Uważało się (i nadal tak jest), że precyzja wysławiania się, konsekwencja argumentacyjna czy dbałość o to, aby wnioski wynikały z przyjętych przesłanek lub przynajmniej były przez nie uzasadnione, są pożądanymi właściwościami logicznymi wypowiadania się i myślenia. Jak to ujął Jan Łukasiewicz, wielki logik, logika jest moralnością myśli i mowy. Tzw. logika prawnicza jest szczególnym rodzajem logiki odnoszącej się do rozumowań prawniczych. Cele polityków polegające na zdobyciu i utrzymaniu władzy nieraz kolidują z logiką. Niemniej retoryka polityczna powinna spełniać pewne minimum logiczne, gdyż inaczej przeistacza się w pustosłowie.

Odkąd ukształtowały się nowoczesne systemy demokratyczne, nie ma wątpliwości, że ten ład polityczny sprzyja racjonalnemu ułożeniu elementów logicznych i retorycznych w praktyce polityków. To zresztą nic nowego, bo argumentacje na ateńskiej agorze walnie przyczyniły się do powstania logiki. Niżej szereg przykładów wskazujących na to, że poziom logiczno-retoryczny funkcjonariuszy (i propagandzistów) dobrej zmiany jest mizerny, a może nawet spadł poniżej punktu krytycznego.

Czytaj też: Zniewalająca „logika” dobrej zmiany ws. osób niepełnosprawnych

Krzyż w Sejmie jest, więc powinien być

Zacznę od wspomnienia osobistego. Gdy byłem studentem pierwszego roku prawa, zainteresowałem się tzw. logiką norm. Jednym z jej problemów był stosunek zdań normatywnych, np. powinnościowych („trzeba pomagać bliźnim”), do nienormatywnych („bywa, że ludzie pomagają bliźnim”). Zasada jest taka, że pierwsze nie wynikają z drugich. Kiedyś powiedziałem o swych zainteresowaniach profesorowi historii sztuki z KUL. Opowiedział mi na to historyjkę. W Katedrze Logiki były dwa epidiaskopy, a w Katedrze Historii Sztuki – ani jednego. Mój znajomy udał się do profesora logiki i rzekł: „Księże profesorze, czy moglibyśmy pożyczyć jeden epidiaskop, bo przydałby się do wyświetlania przeźroczy ważnych dla naszych studentów?”. Usłyszał: „Jeśli epidiaskopy są u nas, to znaczy, że powinny być”.

Całkiem niedawno p. Nycz, kardynał i metropolita warszawski, rozważał problem obecności krzyża w sali sejmowej i orzekł, że skoro tam wisi, to powinno tak być. Nie zamierzam twierdzić, że bycie duchownym znieczula na logikę. Nie zamierzam też zaliczać polskich duchownych in gremio do aktywistów dobrej zmiany, aczkolwiek poparcie (wielu) pierwszych dla drugich jest niezaprzeczalnym faktem.

Jan Hartman: Krzyż w Sejmie znieważa konstytucję

Prezes PiS z prywatną wizytą u prezes TK

Rozważany jest problem, czy p. Duda powinien podpisać nowelizację ustawy o sądach powszechnych i Sądzie Najwyższym. Zabrał w tej sprawie głos p. Cymański, poseł Zjednoczonej Prawicy. Intensywnie machając górnymi kończynami, jak to zwykle czyni, stwierdził, że powinien. Wszelako nie wiadomo, czy miał na myśli to, że prawdopodobnie podpisze, czy też że powinien podpisać w sensie normatywnym. W ten sposób p. Cymański stał się ofiarą wieloznaczności słowa „powinien”.

Taki oto przykład wyjaśnia tę sprawę. Jerzy Łoś, wybitny matematyk i logik, opowiadał mi, jak to jechał samochodem ze znajomym i znalazł się niedaleko Legnicy. Jego towarzysz zauważył, że gdzieś w pobliżu powinny być wojska radzieckie. Na to Łoś odrzekł: „One tu są, ale być nie powinny”. Uogólnieniem logiki norm jest tzw. logika deontyczna, zajmująca się nie tylko powinnościami, ale także dozwoleniami. Pan Bukowski, doktor filozofii, postawił takie oto pytanie: „Czy Jarosław Kaczyński nie ma prawa odwiedzić prywatnie Julii Przyłębskiej bez względu na funkcje, jakie oboje pełnią w polskim życiu publicznym?”.

W wyniku dyskusji doszedł do wniosku, że może i nie ma prawa. Co oznacza, że może ma. Pogląd, że ma takie prawo i nie ma go, urzeka precyzją. O p. Bukowskim będzie sporo w moim następnym felietonie, a na razie wypada skonkludować, że jego kompetencja logiczna jest w gruncie rzeczy jeszcze prelogiczna i nie ma większej nadziei, aby ten stan rzeczy się zmienił.

Czytaj też: Prezes, premier i pani Julia, czyli towarzyskie życie elit PiS

Marna logika posła Kaczyńskiego

Skoro już padło nazwisko Zwykłego Posła, warto zająć się i jego kunsztem metodologicznym. Stwierdził on: „Jeśli dochodzi do naruszenia prawa, to głównie przez same sądy”. Nie wiadomo, jakie dane uzasadniają to uogólnienie. Sądów jest w Polsce 385. W 2018 r. popełniono prawie 800 tys. przestępstw; każde jest naruszeniem prawa. Przyjmijmy, że większość (głównie) to 500 tys. Wychodzi na to, że każdy sąd naruszył prawo karne ponad 100 tys. razy. Sędziów jest 10 tys. Zakładając, że równo naruszali prawo, wychodzi, że każdy sędzia uczynił to 50 razy, tj. raz na tydzień. A przecież są jeszcze delikty prawa cywilnego i administracyjnego.

A więc polscy sędziowie nie robią nic innego, jak tylko naruszają prawo. Ta marna logika została skojarzona z prymitywną erystyką w postaci: „Oczywiście istnieją również grupy uprzywilejowane. Ich przywileje pochodzą głównie z czasów komunistycznych i chcą je zachować, służą one ich interesom. Ci ludzie mają po prostu prawdziwe przywileje. Sądy chronią przedstawicieli tych grup nawet w rażących i wręcz skandalicznych sprawach. I to jest cała prawda i istota tego sporu”. Pan Kaczyński powinien raczej wspomnieć nie o sądach, ale o prokuraturze i protekcji, jaką ten urząd roztoczył nad nim w sprawie Birgfellnera.

Andrzeja Dudy nie ma w domu

Kolejny przykład był już omawiany w jednym z moich poprzednich felietonów, ale jest tak smakowity, że go powtarzam. Pan Szczerski, jedna z prawych rąk p. Dudy, tak oznajmia: „Organy państwa działają w granicach prawa. Jeżeli ktoś wykracza poza, to nie ma zakazu działania poza granicami prawa, ponieważ jest nakaz działania w granicach prawa. Nie ma przepisu zakazującego działania poza prawem, bo jest nakaz działania w ramach prawa”.

Jest to wyjątkowy bełkot semantyczny i formalno-logiczny. Działanie w granicach porządku normatywnego (w tym wypadku prawnego) polega na przestrzeganiu nakazów lub zakazów. Działanie poza granicami prawa jest spełnianiem tego, co dozwolone w tym sensie, że jest niezakazane i nienakazane. Wynika to nie z tego, że jest nakaz działania w granicach prawa, ale z tego, że nie ma stosownych nakazów i zakazów.

Sprawa się komplikuje, gdy dodamy działanie organów państwa w granicach prawa niewykraczające poza ich kompetencje (organ ma tyle kompetencji, ile przyznaje mu prawo), ale też jest klarowna z logicznego punktu widzenia. Ta sprawa ma szczególne znaczenie w obecnej sytuacji, bo organy tzw. dobrej zmiany często wykraczają poza swoje kompetencje lub je zaniedbują, ale to już odrębny temat. Wszelako p. Duda i jego prawni doradcy, np. p. Dera i p. Mucha, nie bardzo się orientują, w czym rzecz, lub udają, że ich nie ma w domu.

Czytaj też: PiS jest rozdarty, więc i Andrzej Duda ma dwa oblicza

Erystyka europosła Jakiego

Zasada rzeczowości argumentacyjnej wymaga, aby nie zmieniać przedmiotu rozważań w trakcie wymiany zdań. Pani Barley (Niemcy), wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego, tak ocenia działania obecnych władz polskich: „Moim zdaniem obecne działania polskiego rządu niczym nie różnią się od działań władzy komunistycznej. (...) Prawdziwi demokraci przestrzegają wyroków sądów, nawet jeśli nie są one po ich myśli. Wiem, o czym mówię, w końcu byłam i sędzią, i ministrem sprawiedliwości. Jeśli podważasz wyroki niezależnego sądu, nie jesteś lepszy od komunistów”.

Pan Jaki dał taki odpór: „Na marginesie pani porównania obecnej Polski do systemu totalitarnego pragnę dodać, że przez niemiecką agresję moja ojczyzna straciła nie tylko prawie 6 mln obywateli (w tym 3 mln Żydów), ale również prawie 40 proc. swojego majątku z 1939 r., za co pani państwo do dziś nie zapłaciło nawet jednej złotówki”.

Można oczywiście kwestionować zdanie p. Barley, że działania polskiego rządu są takie same jak komunistów. Wszelako przywoływanie tego, jak Polska została poszkodowana w II wojnie światowej (tego przecież nikt nie neguje) ma się nijak do problemu poruszonego przez p. Barley. Erystyka p. Jakiego ma na celu moralne zdezawuowanie krytyki tego, co dzieje się w Polsce. Typowe argumentum ad personam w wyjątkowo obrzydliwym wykonaniu.

Czytaj też: Trzej muszkieterowie Ziobry

Mitera nie powinien istnieć w świetle logiki

Poruszę teraz trzy drobniejsze kazusy. Od pewnego czasu pojawiają się wieści, że tzw. Polska Fundacja Narodowa (ani polska, ani narodowa) marnotrawi pieniądze. Pan Gliński, zarządca polskiej kultury, odniósł się do problemu z prawdziwym wyrafinowaniem pod względem ścisłości sformułowań: „Zgadzam się, że trzeba natrzeć uszy zarządowi, który już nie istnieje, bo został zmieniony personalnie, żeby to sprawozdanie było bardziej przejrzyste”.

To czysty surrealizm logiczno-metodologiczny, gdyż czytamy o potrzebie natarcia uszu grupie, która już nie istnieje jako ciało formalne, a trzeba to zrobić dla zapewnienia przejrzystości przyszłych sprawozdań. To tak jakby proponować rozegranie meczu z nieistniejącą drużyną dla szlifowania formy na przyszłość.

Czytaj też: Na co Polska Fundacja Narodowa wydała miliony

Z kolei p. Lisicki, redaktor pisma „Do Rzeczy”, przeprowadził wywiad z p. Czarzastym. Gdy rozmówca stwierdził, że prowadzący wywiad popiera linię PiS, ten drugi wyciągnął z tego wniosek, że jego stanowisko jest słuszne. To jednak pokazuje, że p. Lisicki prawi od rzeczy, a przede wszystkim jest na bakier z logiką, bo z tego, że coś ma miejsce (np. popieranie przez p. Lisickiego linii PiS), nie wynika, że owo coś jest słuszne.

Po trzecie, p. Mitera, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa, jest istnością złożoną z sędziego Mitery i czegoś jeszcze. Zdarza się, że p. Mitera popiera to i owo jako sędzia, np. ujawnienie list KRS, ale nie jest jasne, czy jego drugi składnik solidaryzuje się z pierwszym – wygląda na to, że raczej nie, a skoro tak, to całość p. Mitery ma równocześnie dwie sprzeczne właściwości. W świetle zwykłej logiki nie powinien istnieć, ale okazuje się, że zasady tzw. dobrej zmiany neutralizują logikę.

Czytaj też: Sędzia Juszczyszyn żąda dokumentów od Ziobry

Nowa ustawa uchyla stare przepisy

I tak dochodzimy do problematyki logiki prawniczej. Jest ona (pozornie) stosowana przez dobrozmieńców w związku z problemem prawidłowości powołania rzeczników dyscyplinarnych. Kwestia jest regulowana przez dwie ustawy, mianowicie ustawę o KRS z 2011 r. i nowelizację prawa o sądach powszechnych z 2017 r. Pierwsza ustawa wymaga, aby KRS podjął uchwałę o wyborze rzecznika dyscyplinarnego, a druga ustala, że rzecznik i jego zastępcy są powoływani przez ministra sprawiedliwości.

Powstaje pytanie, czy ustawa z 2017 r. zniosła wymóg uchwały KRS. Rzecznik Praw Obywatelskich wystosował w tej sprawie pismo do KRS i uzyskał odpowiedź, że wszystko jest w porządku, ponieważ lex posteriori derogat legi priori (ustawa późniejsza uchyla ustawę wcześniejszą). Z drugiej strony adwokaci broniących oskarżonych w procesach dyscyplinarnych twierdzą, że rzecznik dyscyplinarny (p. Schab) i jego zastępcy (p. Radzik i p. Lasota) zostali powołani nieprawidłowo, ponieważ nie ma uchwały KRS w ich sprawie, zatem nie mają prawa oskarżać.

Problem wcale nie jest taki prosty, jak przyjmuje KRS. Otóż każda nowelizacja ustawowa ma wyraźnie stwierdzić, jakie wcześniejsze przepisy zostały uchylone. Ta z 2017 r. nic nie mówi na temat przepisu ustawy z 2011, wymagającego uchwały KRS w rozważanej sprawie, podczas gdy wyraźnie stwierdza, jakie wcześniejsze przepisy zostały uchylone lub zmienione. Wspomniana zasada nie ma zastosowania w takiej sytuacji, a w każdym razie nie może o tym rozstrzygać KRS.

Czytaj też: Wojna rządu z Sądem Najwyższym. Krajobraz po uchwale

Erystyka w miejsce logiki

Zabrał głos też p. Radzik, a więc osoba zainteresowana, co już jest osobliwością. Powołał się na zasadę lex posteriori derogat legi priori i dodał: „Nie wiem, czym kierował się minister, powołując mnie na to stanowisko, po prostu dostałem propozycję. (...) Jesteśmy organem państwa. To państwo polskie nas wybrało, bo taka była wola ustawodawcy, którego wybrał naród w wolnych wyborach. Zostaliśmy powołani przez ministra sprawiedliwości rządu Rzeczypospolitej – nie przez polityka, tylko przez ministra sprawiedliwości”.

Nie ulega raczej wątpliwości, dlaczego p. Radzik został powołany na stanowisko zastępcy rzecznika dyscyplinarnego. Dziwne, że nie wie, czym kierował się p. Ziobro, składając mu stosowną propozycję. Stwierdzenie, że państwo polskie go wybrało itd., jest zabawnym wybiegiem erystycznym, ukoronowanym stwierdzeniem, że obecny minister sprawiedliwości nie jest politykiem.

Czytaj też: Gdy prawo nie znaczy prawo, to mamy bezprawie

Pan Radzik postanowił też uzasadnić swoje kompetencje do orzekania w sprawach (dyscyplinarnych) wszystkich sędziów w Polsce. Wątpliwość w tej materii bierze się stąd, że zmieniono (w nowelizacji z 2017 r.) sformułowania w ten sposób, że można je interpretować jako odnoszące się tylko do niektórych sędziów. Pan Radzik wygłosił tyradę na ten temat, zaznaczając na wstępie, że będzie także mówił po łacinie. W samej rzeczy powołał się na zasadę a majori ad minus (jeśli wolno więcej, to wolno mniej). Aplikacja tej reguły w wykonaniu p. Radzika polegała na tym, że jeśli przed zmianą rzecznik dyscyplinarny miał kompetencje dotyczącą wszystkich sędziów, to pozostaje to w mocy w świetle nowego uregulowania.

Otóż p. Radzikowi udało się pomieszać wiele rzeczy naraz, np. chyba przyjął zasadę, że lex prior derogat legi posteriori, a skoro tak, to mu wolno więcej. Zabawne, że tok rozumowania p. Radzika jest zgoła przeciwny do tego, które stosuje w uzasadnieniu prawidłowości swej nominacji. To wszystko świadczy o tym, że jego sposobności logiczno-retoryczne są raczej marne. Natomiast bardzo łatwo obraża się, powiadając, że jego adwersarze nie rozumieją prostych argumentów, stosują taktyki sklepikarskie itp.

Tak to już jest, że niedomiar logiki i porządnej retoryki równoważy się nadmiarem parcianej erystyki. Na tym zresztą polega propaganda tzw. dobrej zmiany.

I na sam koniec coś bardzo osobliwego. Pan Morawiecki, dbający o więź z obywatelami, złożył gratulacje z okazji stulecia urodzin komuś, kto nie żyje od 15 lat. Syn tej osoby (notabene sędziego) odpisał: „Może i dobrze, że los oszczędził mu obserwowania waszych działań”.

Czytaj też: PiS idzie na wojnę z Europą

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną