Kraj

Kluczowe rakiety bez decyzji. Gdzie wsiąkła Narew?

Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas inauguracji roku szkół mundurowych w Kielcach Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak podczas inauguracji roku szkół mundurowych w Kielcach Paweł Małecki / Agencja Gazeta
Przez ponad cztery lata PiS nie zamówił systemu obrony powietrznej, który jest ważniejszy od słynnych patriotów. Wygląda na to, że jesteśmy w punkcie wyjścia, czyli na etapie walki dostawców rakiet.

System obrony powietrznej krótkiego zasięgu Narew nie miał takiego rozgłosu jak jego większa siostra – Wisła, której częścią są słynne patrioty. A od początku planowania tzw. warstwowego systemu obrony powietrznej Polski było jasne, że to Narew będzie jego fundamentem.

Narew jest kluczowa

Obrona powietrzna ma się składać z trzech pięter. Najwyższy to nieliczne, supernowoczesne i drogie systemy antyrakietowe i przeciwlotnicze średniego zasięgu, zdolne do zestrzeliwania najwyżej latających samolotów czy pocisków balistycznych (takich jak rosyjskie iskandery) – to właśnie Wisła. Piętro najniższe miały tworzyć krajowej produkcji działka przeciwlotnicze i pociski chroniące bazy, zgrupowania wojsk i instalacje przed atakiem dronów, pocisków manewrujących czy śmigłowców. To produkty znane jako Pilica i Poprad. Piętro pośrednie – system krótkiego zasięgu Narew – to wyrzutnie pocisków rakietowych z importu, ale produkowane w kraju, zdolne odeprzeć nawet zmasowany nalot.

Nie bez przyczyny wszystkie kryptonimy zaczerpnięto z jednego dorzecza – Wisła i jej dopływy składają się na rozgałęziony system. Dlaczego Narew jest ważniejsza? Patrioty z pociskami PAC-3 MSE w konfiguracji zamówionej przez Polskę są w stanie chronić bardzo niewielkie obszary o znaczeniu strategicznym (tzw. obrona punktowa). Narew, dzięki znacznie większej liczbie wyrzutni i radarów i o wiele tańszym pociskom, miała dać namiastkę obrony obszarowej. O ile więc Wisła to polisa na wypadek uderzenia rakietowego, o tyle Narew zapewniałaby naziemną obronę powietrzną.

Lornetkę mamy, okularów brak

Tarcza antyrakietowa Polski nigdy nie byłaby stuprocentowo szczelna i nie mogłaby pokryć całego kraju. Nikt na świecie nie ma takiego systemu. Ale to Narew miała zapewniać osłonę wojskom, brygadom i batalionom w przypadku obcej agresji. Pociski miały być też zdolne do zwalczania różnych zagrożeń. Za rozsądną cenę. Ale ta dla polityków, którzy wciąż mówią o „bezcennym bezpieczeństwie Polaków”, chyba wciąż jest za wysoka – mówimy na pewno o miliardach dolarów.

Wisła miała liczyć osiem baterii. Narew aż 19, a według najnowszych planów nawet 23. Równie ważne są w systemie radary. Mimo mniejszego zasięgu (w porównaniu z potężnymi radiolokatorami Raytheona dla patriotów) ich większa liczba zapewniałaby pokrycie znacznie większego obszaru Polski. Obrazowo mówiąc: Wisła bez Narwi patrzyłaby przez lornetkę – daleko, ale wąsko. Narew z kolei cierpiałaby na krótkowzroczność. Dopiero oba systemy spięte siecią, umiejące wymieniać dane i przekazujące sobie odpowiedzialność za cele, stanowiłyby istotny postęp w obronie powietrznej i antyrakietowej.

Na razie w sprawie budowy Wisły MON poprzestał na zamówieniu w 2018 r. dwóch baterii patriotów (czterech jednostek po cztery wyrzutnie każda, zorganizowanych wokół czterech radarów). Budowa fundamentu nawet nie ruszyła z miejsca. Na liście zarzutów wobec stanu modernizacji armii po pierwszej kadencji PiS ta sprawa zasługuje na niechlubne pierwsze miejsce.

Czytaj także: Czy MON wstrzymał dalszy zakup patriotów?

Już miało być blisko

Na początku szefowie MON z PiS wydawali się świadomi znaczenia Narwi dla wojska i przemysłu obronnego. Antoni Macierewicz mówił o szybkim zamówieniu – dostawy pierwszych dziewięciu baterii miały nastąpić do 2022 r. Jeszcze jesienią 2017 r. minister zapewniał, że uruchomienie produkcji systemu krótkiego zasięgu opartego na polskim przemyśle i zagranicznym dostawcy jest możliwe w ciągu dwóch lat.

Propagandowo wyglądało to dobrze, ale nawet najwięksi optymiści nie bardzo mogli w to wierzyć. Zresztą sześć tygodni po tej deklaracji Macierewicza nie było już w rządzie. Jego następca Mariusz Błaszczak o Narwi mówił równie przychylnie. „Prace analityczno-koncepcyjne są na finiszu” – deklarował na kieleckich targach obronnych w 2018 r. „Dążymy do tego, aby program Narew powiązać z programem Wisła” – potwierdzał panujące przekonanie, że choć system zaczęto w Polsce budować od dachu, a nie fundamentów, to szybko nastąpi uzupełnienie brakującej podstawy.

Czytaj także: Wisła nie płynie. Czy czeka nas zbrojeniowe fiasko?

Jak Chwałek pilnował Narwi

Błaszczak i jego prawa ręka od zbrojeń Sebastian Chwałek zdawali się mieć sprecyzowaną koncepcję połączenia Wisły i Narwi. Jak wynika z moich licznych rozmów z przedstawicielami wojska, przemysłu i sfer politycznych, miał nią być amerykański system dowodzenia IBCS, zakupiony przez Polskę do Wisły i integrowany z brytyjskim systemem obrony powietrznej opartym na pociskach CAMM i CAMM-ER.

Był to czas, gdy amerykańska firma Northrop Grumman, wpuszczona do Wisły przez Macierewicza, czarowała nas wizją sieciocentrycznego systemu o walorach defensywnych i ofensywnych. Miał on dawać niezrównany wgląd w pole walki i poza nim, wraz opcjami reagowania lub tylko obserwowania ruchów przeciwnika. Oczywiście pod warunkiem, że system zostałby obudowany innymi komponentami, wśród których były trudno wykrywalne samoloty piątej generacji F-35.

Z kolei Brytyjczycy wykorzystali niekorzystny dla Francuzów klimat w Polsce i wypchnęli ich z wyścigu o zamówienie rakietowe. Dla rządu w Warszawie brytyjska ścieżka do europejskich technologii była znacznie wygodniejsza, choć w części prowadziła do tych samych rozwiązań. MBDA-UK to odnoga „europejskiego domu rakietowego” MBDA, w którym technologicznie dominowali Francuzi i Niemcy.

Negocjacjami z Londynem zajmował się Chwałek, który po kilku miesiącach przeszedł z MON do zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej, by dopilnować tematu. Mniej więcej po roku PGZ rekomendowała pociski CAMM i CAMM-ER (o zwiększonym zasięgu) jako preferowaną opcję dla Narwi.

Brytyjczycy i Amerykanie (ci z firmy Northrop Grumman, producenta IBCS) zacierali ręce, bo to zamówienie z Polski otwierało drogę dla rakiet CAMM jako pocisków uzupełniających patrioty w przyszłościowym systemie US Army. Dodatkowo Brytyjczykom dawało to perspektywę wyposażenia w te rakiety fregat lub korwet, których polska marynarka powinna się kiedyś dorobić (zapewne nieprędko). Apetyty były ogromne i przynajmniej w części uzasadnione.

Czytaj też: Czy tureckie F-35 ostatecznie trafią do Polski?

Wyborczy wodospad zatrzymuje Narew

Pech chciał, że ostatni etap przymiarek do Narwi przypadł na czas wyborów do Sejmu w 2019 r. Co więcej, finalizacja decyzji nałożyła się na dwustronne negocjacje z USA o zwiększeniu ich obecności wojskowej w Polsce. Narew mogła zresztą wyprzedzić niedokończoną Wisłę, której druga faza (zakup sześciu z ośmiu przewidzianych baterii) nie może się doczekać zatwierdzenia od 2018 r. Zainteresowani zorientowali się, że być może nadchodzi moment, by przeszkodzić realizacji planu, jaki wyłonił się w MON.

Komu mogłoby zależeć, by zamówienie Narwi w formule Błaszczaka–Chwałka powstrzymać lub zmienić? Na przykład dwóm amerykańskim firmom zbrojeniowym, które nie widziały w tandemie MBDA–Northrop żadnych zysków dla siebie. Pierwsza z nich to Raytheon, współpracujący z norweskim Kongsberg, który chce nam sprzedać swój produkt NASAMS – mobilne wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych AMRAAM.

NASAMS to kompletny i zamknięty system, oferowany jako gotowy produkt, ale zarówno Raytheon, jak i Norwegowie z Kongsberga zakładają włączenie PGZ w produkcję zamówień dla Polski i transfer technologii. Raytheon ma dobry powód, by naciskać na MON w sprawie NASAMS, bo nie może się doczekać zamówień na kolejne, „brakujące” patrioty.

Czytaj także: Hasłowa modernizacja wojska

Do gry wchodzą Goliaci i Dawid

Do gry weszli też inni wielcy – odwieczny rywal Raytheona Lockheed Martin. Dostawca F-16, C-130, pocisków JASSM, śmigłowców Black Hawk i F-35 nie jest liderem, jeśli chodzi o kompletne systemy rakietowe obrony powietrznej krótkiego zasięgu, ale doszedł do wniosku, że nie odpuści. W przegranej walce o Wisłę oferował rozwiązanie powstałe w partnerstwie z przemysłem europejskim (MEADS), którego uzupełnieniem miały być niemieckie pociski mniejszego zasięgu Iris-T firmy Diehl.

I właśnie te rakiety Lockheed podsuwa teraz MON. Ma argumenty, bo rozwiązanie oparte na koncepcji MEADS wdrażają (choć z trudnościami) Niemcy. Pociski Diehla zostały nawet pokazane na kieleckich targach na polskim podwoziu m.in. jako dowód, że Lockheed nie zapomina o systemie krótkiego zasięgu. I choć nie jawił się jako naturalny lider w tej konkurencji, to jak głosi stara zasada: jeśli duży może więcej, to największy – najwięcej. Siły Lockheeda w Polsce nikt nie powinien lekceważyć.

Poza gigantami są pomniejsi bohaterowie tej opowieści. Francuzi odpuścili, nawet podczas niedawnej wizyty prezydenta Emmanuela Macrona w Warszawie nie było mowy o ich pociskach Aster czy Mica, które niegdyś uchodziły za preferowaną opcję dla Narwi. Nadal w grze chcą być Izraelczycy, którzy za rządów PiS ponieśli sromotną klęskę w innym programie rakietowym – dalekosiężnej artylerii Homar. Tam ich oferta, mimo różnorodnej amunicji i rządowych gwarancji przemysłowego zaangażowania w PGZ, została przez MON zignorowana. Wybrano system HIMARS (Lockheed Martin) – bez offsetu, bez transferu technologii.

Firmy z Izraela liczą zresztą w Polsce na więcej niż obronę powietrzną. Lecz samo zamówienie na Narew byłoby dla nich olbrzymim sukcesem i zastrzykiem gotówki. Ich marketing jest bardzo aktywny, ale nawet zasiadający we władzach izraelskich firm byli oficerowie mają problem ze zrozumieniem aktualnej strategii Warszawy. A słychać to z kraju, który sam czerpie olbrzymie korzyści ze ścisłej współpracy obronnej z USA.

W PGZ gąszcz lobby i różnych strategii

W meandrach Narwi trzeba też pamiętać o sytuacji w PGZ, która nie jest jednolitą spółką, a zlepkiem niezależnych podmiotów. Wytworzyły się tam grupy wspierające rozmaite koncepcje i interesy. To zresztą naturalne, że niespójny byt nie ma jednej strategii, nawet jeśli kiedyś poparł opcję z brytyjskim CAMM.

W PGZ bardzo silne jest np. lobby „narodowców” przekonanych, że tylko rozwiązania wytworzone i w pełni kontrolowane przez krajowy przemysł dają gwarancję suwerenności. Takiemu podejściu trudno odmówić racji w sytuacji idealnej, gdy każdy jest w stanie wyprodukować to, czego potrzebuje. Ale Polska nie potrafi stworzyć własnymi siłami pocisków rakietowych średniego czy krótkiego zasięgu – współpraca z zagranicznym dostawcą jest nieuchronna, o ile nie decydujemy się po prostu na zakup z importu.

Na to, z kim i jak współpracować, nakładają się doświadczenia z przeszłości, kontakty, niechęci, aktualna linia polityczna, ocena realnych możliwości. A tak się składa, że firmy amerykańskie raczej nie są faworytami w PGZ. Dużo wyżej oceniane są te z Europy, czasem z Izraela. Z drugiej strony w spółkach grupy tworzy się silne lobby „amerykańskie”, przekonane, że tylko współpraca z gigantami i powiązanymi z nimi firmami z Europy daje długoterminową szansę na sukces. Na dodatek PGZ przechodzi kolejną transformację (znów wymieniono zarząd). Nie ma cienia wątpliwości, że chwilowy okres obniżonej odgórnej kontroli sprzyja promowaniu rozmaitych narracji.

Co z tego labiryntu zależności może wyniknąć? Niedawno PGZ przeszła pod nadzór wicepremiera Jacka Sasina, ale nie jest uznawana za „klejnot w koronie”. Z kolei modernizacyjny budżet, od którego zależy byt PGZ, jest w rękach zwolnionego z odpowiedzialności za wyniki spółek ministra obrony. W tych warunkach uzgodnienie wspólnej strategii wydaje się bardzo pilne – i nie chodzi tu wyłącznie o losy Narwi. Strategii jednak na horyzoncie nie widać, decyzji także.

Czytaj także: Zmieniać czy likwidować? Co zrobić z PGZ

Narew na rozlewisku

Ekipa PiS w sprawie Narwi nie zrobiła nic konkretnego, ale program nie wszedł w fazę realizacji również za poprzedników Błaszczaka i Macierewicza. System wpisany do „planu modernizacji 2013–22” przez kilka lat przechodził wstępne fazy opracowania wymagań i studiów wykonalności oraz wielostronny dialog techniczny z kilkoma potencjalnymi dostawcami. Z drugiej strony taka „papierologia” jest niezbędnym etapem każdej procedury poważnego zakupu.

Teraz okazuje się, że problemem jest długi odstęp między analizą i konkursem ofert a realizacją programu. Analizy, w związku z różnymi zmiennymi polityczno-gospodarczymi, mają bowiem krótką „przydatność do spożycia” i dezaktualizują się po kilku latach. Dziś wymagają aktualizacji, jeśli nie zupełnie nowego podejścia.

Narew, która jeszcze roku temu wydawała się płynąć wyraźnym korytem do ujścia, po napotkaniu wyborczego wodospadu wsiąkła w rozlewisko zmiany układu sił w obozie władzy, walki interesów i zmiany klimatu, jeśli chodzi o podejście do przemysłu. Kolejne rafy w jej nurcie umieścili zagraniczni dostawcy i ich lobbyści, wraz z zainteresowanym pieniędzmi i technologią krajowym przemysłem.

Ministerstwo obrony zadziwiająco łatwo i bez wyjaśnienia powodów zmieniło długoletni priorytet zakupów zbrojeniowych z obrony powietrznej na inne środki walki, przede wszystkim samoloty bojowe piątej generacji F-35. Kierowało się przy tym rzekomą pilnością, ale zlekceważyło strategiczny plan albo zadowoliło się jego kadłubową realizacją – zamówieniem dwóch z ośmiu baterii patriotów. Sformułowanie „kupiliśmy patrioty” stało się jednym z najczęściej powtarzanych propagandowych frazesów. Opinia publiczna łatwo przyjęła za pewnik, iż w obronie powietrznej „zadanie zostało wykonane”, choć tak naprawdę oddaliliśmy się od jego realizacji.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety na froncie

Rozmowa ze Swiatłaną Aleksijewicz, autorką bestsellera „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, o żołnierkach Armii Czerwonej

Paweł Sulik
15.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną