Kraj

Żołnierze źle szkoleni. NIK burzy narrację MON

Przez ostatnie lata rządzący przyzwyczaili nas do patrzenia na wojsko „od góry”. Przez ostatnie lata rządzący przyzwyczaili nas do patrzenia na wojsko „od góry”. NATO photo/SSgt Ian Houlding GBR Army / Flickr CC by 2.0
Kontrola w ośrodkach kształcenia wojskowych specjalistów wykazała, że szkoleni z reguły nie mają odpowiedniego sprzętu, a szkolący często kwalifikacji. Poważnego ciosu doznał oficjalny przekaz o rosnącej sile polskiej armii, ale na MON nie robi to wrażenia. Bo przecież – jest super.

Doświadczeni dowódcy lubią mówić, że nie tak ważne jest, by żołnierz miał do dyspozycji najnowocześniejszy sprzęt, ale by tym, który ma do dyspozycji, posługiwał się w najlepszy możliwy sposób. Doskonała znajomość własnej broni, zalet i wad używanego sprzętu oraz perfekcyjne wyszkolenie w korzystaniu z nich są bowiem warunkiem wstępnym dla wszystkiego, co dzieje się potem – doktryny użycia sił, planów operacji obronnych, sojuszniczego wsparcia. Przez ostatnie lata rządzący przyzwyczaili nas do patrzenia na wojsko „od góry”. Usiłowali przekonać, że kilkaset wydanych miliardów, kilkadziesiąt podpisanych kontraktów i kilka tysięcy uzbrojonych Amerykanów na naszej ziemi załatwia sprawę bezpieczeństwa i obronności.

Czytaj też: MON w natarciu, czyli szybki plan Błaszczaka

Raport NIK jak zimny prysznic dla wojska

Takie podejście być może sprawdza się w telewizyjno-politycznym przekazie i być może wielu Polaków uwierzyło, że armię mamy coraz silniejszą, sprawniejszą i nieporównanie lepiej uzbrojoną niż „za poprzedników”. Ale najnowszy raport NIK to zimny prysznic, a raczej potwierdzenie realiów, świetnie znanych tym, którzy na wojsko patrzą z bliska i „od dołu”. Wojsko Polskie modernizuje się wyspowo i homeopatycznie, a w swojej masie nadal tkwi w sprzętowych realiach lat 80. ubiegłego stulecia, przy czym ma coraz mniej pieniędzy i coraz mniej fachowców, by nad tymi realiami panować. Wnioski kontrolerów są bolesne, tym bardziej że dotyczą trzonu wojska: szeregowych zawodowych i podoficerów, pełniących funkcję specjalistów, w teorii, a ostatecznie na polu walki, odpowiadających właśnie za doskonałe opanowanie sprzętu i uzbrojenia.

NIK wzięła pod lupę jednostki szkolnictwa wojskowego, czyli w większości to, co zostało z dawnych szkół i uczelni wojskowych (w sumie 13 instytucji i ośrodków), które w świecie cywilnym można porównać do szkół zawodowych i techników, kształcących i przygotowujących do wykonywania zawodu w wielu specjalnościach. Chodzi więc m.in. o załogi czołgów i wozów bojowych, załogi okrętów i samolotów, obsługę dział i wyrzutni rakietowych, załogi stacji radiolokacyjnych, płetwonurków itd. Rezultaty kontroli są miażdżące albo – jak kto woli – bardzo niepochlebne, a sprowadzają się do stwierdzenia, że „szkolenie podoficerów i szeregowych zawodowych w jednostkach szkolnictwa wojskowego nie było prowadzone w sposób pozwalający na zgodne z potrzebami Sił Zbrojnych RP przygotowanie żołnierzy do realizacji zadań”.

Oznacza to, że publiczne pieniądze wydatkowano nie całkiem sensownie. Co gorsza – na co w raporcie znajduje się mnóstwo przykładów – szkolenie nie zapewniało opanowania umiejętności na odpowiednim poziomie, a w efekcie osłabiało zdolności obronne Polski w takim zakresie, w jakim powierza je podoficerom i szeregowym.

Czytaj też: Żołnierze mają nowego przeciwnik – koronawirusa

Generalnie brak wszystkiego

„W okresie objętym kontrolą egzaminy w zakresie budowy i eksploatacji pojazdu, obsługiwania pojazdu oraz nauki jazdy dotyczące czołgu Leopard w Ośrodku Szkolenia Leopard w Świętoszowie przeprowadzali żołnierze z Ośrodka Szkolenia Kierowców CSWL z Poznania, nieposiadający kwalifikacji w tym zakresie” – stwierdza raport, a obywatelom ciarki przechodzą po plecach na myśl, że nieuprawnieni egzaminatorzy przyznawali „prawo jazdy” 60-tonowym czołgiem. Podobne braki występowały w zakresie szkoleń na kierowców rosomaków: „Do CSWL skierowano żołnierzy, którzy nie spełniali wymogów uczestnictwa w szkoleniu z uwagi na: (...) niespełnianie wymagań programowych przez uczestników kursu operatora-instruktora symulatora/trenażera kierowcy KTO Rosomak typu JASKIER”. Szkoleniu przeszkadzał brak bardziej skomplikowanego sprzętu, np. pojazdów, ale i najbardziej podstawowego: ślepej amunicji, granatów dymnych, petard, lontów prochowych. Generalnie niemal wszystkiego.

Raport najsilniej godzi w Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych, któremu podlegają kontrolowane jednostki. Na czele dowództwa stoi gen. Jarosław Mika, niedawno awansowany przez ministra Mariusza Błaszczaka i prezydenta Andrzeja Dudę do stopnia czterogwiazdkowego generała, drugiego w naszej armii po szefie sztabu generalnego Rajmundzie Andrzejczaku. Mika uznawany jest w wojsku za „człowieka Błaszczaka”, w kontrze do uznawanego za „człowieka Dudy” Andrzejczaka, a konflikt między nimi wpisany jest poniekąd w polską pokręconą strukturę dowodzenia, tylko połowicznie zreformowaną.

Zarzuty wobec DGRSZ obejmują brak wiedzy o stanie wyposażenia i obsadzie kadrowej podległych jednostek, brak aktualizacji programów kształcenia, bałagan kompetencyjny, brak kontroli, brak wystarczających sił i środków dla prawidłowego funkcjonowania ośrodków szkolenia. Obecnie inspektorem szkolenia w DGRSZ jest gen. dyw. Marek Sokołowski, były dowódca 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej, oficer znany z bardzo bezpośredniego obejścia, ale i z tego, że poligon to jego drugi – a może pierwszy – dom. Z tym że szkolenie specjalistyczne, o które chodzi w raporcie NIK, poprzedza to na poligonie, które wykorzystuje w praktyce umiejętności nabyte w jednostkach szkolenia wojskowego. W dużej mierze o stanie tych instytucji decyduje MON poprzez finansowanie i nadzór. Być może dlatego resort w pilnym trybie odwołał niedawno szefową departamentu nauki i szkolnictwa wojskowego Karolinę Grendę, a na jej miejsce powołał p.o. Jakuba Mykowskiego. Jeśli szukać innych wojskowych decydentów odpowiedzialnych za tę sferę, trzeba wskazać na szefa zarządu sztabu generalnego ds. planowania użycia sił zbrojnych i szkolenia, którym jest gen. bryg. Jan Rydz, wcześniej odpowiedzialny m.in. za wprowadzenie do jednostek pancernych czołgów Leopard.

Czytaj też: Amerykanie obcięli Defendera prawie do zera

Błaszczak nie widzi problemu

Sam minister obrony jakby nie poczuwa się do odpowiedzialności, woli przykrywać rzeczywistość swoją narracją. Zapytany w rządowym radiu o raport NIK mówił, że to ledwie wycinek całości, „ale to jest obraz nieprawdziwy, ten, który został dziś przedstawiony w tej gazecie” (mowa o artykule „Rzeczpospolitej” opartym na raporcie NIK). Według Błaszczaka całość ma się świetnie, czego dowodem rosnąca liczba żołnierzy, zaangażowanie wojska w walkę z pandemią, zakupy zbrojeniowe, ćwiczenia z Amerykanami.

O stanie szkolenia minister nie powiedział nic, pracownik rządowych mediów nie dociskał – normalka. Na Twitterze, ulubionym medium ministra i ministerstwa, anonimowy profil resortu odpowiadał dziennikarzom: „Raport kończy się na 2018 r. Od tego czasu dużo się zmieniło. W tym roku w 100 proc. zabezpieczono zgłoszone potrzeby na środki bojowe dla centrów szkoleń. Każdy nowy sprzęt jest kupowany wraz z symulatorami”. Na pytanie branżowego reportera, czy kupiono symulator dla czterech śmigłowców S-70i dla Wojsk Specjalnych lub symulator dla śmigłowców AW101 przeznaczonych dla BLMW, nie było żadnej reakcji, konto zamilkło. Strategia komunikacyjna jest niezmienna: narzucanie własnego przekazu jest istotniejsze niż konfrontowanie się z pytaniami.

Czytaj też: Kluczowe rakiety bez decyzji. Gdzie wsiąkła Narew

MON idzie w ilość, a nie jakość

Wymowa raportu NIK jest jednoznaczna: w wojsku nie dzieje się tak, jak to przedstawia MON. Priorytetem resortu jest wzmacnianie nowych jednostek bojowych, podległych 18. Dywizji Zmechanizowanej oraz WOT, a nie system szkolenia. Z drugiej strony MON zapewnia, że inwestuje w trenażery, systemy szkolenia laserowego czy amunicję ćwiczebną. Wraz z rosnącym odsetkiem PKB przeznaczanym na obronę zapewne i ośrodki szkoleniowe po jakimś czasie odczują poprawę, o ile budżet resortu nie odczuje kryzysowych cięć. MON zapowiada też reformę systemu kształcenia kandydatów na żołnierzy zawodowych. Pod odpowiedzią resortu dla NIK podpisał się wiceminister Sebastian Chwałek i warto to zapamiętać.

Generalnie bowiem raport NIK ostrzega, że hasło MON „idziemy w ilość” nijak się ma do wymaganego na współczesnym polu walki „pójścia w jakość”, nawet jeśli ta jakość reprezentuje standardy zimnej wojny. Dokument powinien służyć za otrzeźwienie dla zwolenników ekspansji liczbowej, chyba że zgodzimy się, że w przyszłości wszyscy będziemy musieli bronić swoich domów i ulic. Wyszkolenie operatorów coraz bardziej skomplikowanego sprzętu, wyrzutni rakiet, dronów, myśliwców piątej generacji, wozów bojowych lepszych niż T-72 po prostu jest skomplikowane i zajmuje więcej czasu niż zakładane 40 lat temu kilka do kilkunastu godzin „przeżywalności” poborowego w czasie natarcia. Specjalizacja znana z cywilnej technologii i rynku musi w końcu wejść w sferę wojskową, a z nią jakość szkolenia. Na razie na horyzoncie widać same wyzwania.

Obronność pod kontrolą NIK

Na horyzoncie widać też jednak nadzieję. Mogą nią być kolejne zapowiedziane na ten i przyszły rok raporty NIK związane z obronnością. Temat „Modernizacja, modyfikacja i remont wybranego sprzętu wojskowego” zapowiada się szczególnie smakowicie, o ile będzie dotyczyć np. czołgów czy śmigłowców i o ile nie zostanie zaklasyfikowany jako niejawny. Raport „Osiąganie gotowości mobilizacyjnej i bojowej Sił Zbrojnych RP do realizacji zadań w czasie wojny” – niestety najpewniej zostanie utajniony, bo dotyczy najbardziej wrażliwych komponentów systemu obronnego, ale przecieki zapewne się w jakiejś formie wydostaną – a będą raczej niepochlebne dla MON.

Sprawdzenie, jak przebiega „Przygotowanie i realizacja budowy Muzeum Wojska Polskiego”, czyli wielkiej inwestycji na warszawskiej Cytadeli, będzie wisienką na torcie, również w kontekście niezrealizowanych zapowiedzi budowy muzeum 100-lecia Bitwy Warszawskiej w Ossowie. Fakt, że na czele NIK stoi człowiek wyklęty przez pisowski obóz władzy – przy wszystkich zastrzeżeniach do jego interesów – daje przynajmniej nadzieję, że nie będzie krył uchybień i zaniedbań.

Czytaj też: Będzie więcej „wojska na ulicach”. Spokojnie, to tylko patrole

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kawiarnia literacka: Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka

Polska to nie jest kraj, w którym wypada mówić, że 500 plus nie należy się wszystkim.

Jerzy Pilch, Kinga Strzelecka
26.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną