Kraj

Tydzień kampanii: Ostry zwrot Dudy. Pomoże mu?

Tydzień kampanii: Ostry zwrot Dudy. Pomoże mu? 

Prezydent Andrzej Duda zmienił strategię kampanii. Na zdjęciu spotkanie z wyborcami w Trzebnicy Prezydent Andrzej Duda zmienił strategię kampanii. Na zdjęciu spotkanie z wyborcami w Trzebnicy Krzysztof Ćwik / Agencja Gazeta
Andrzej Duda chce być jak Richard Nixon? Jego sztab szuka „milczącej większości”, tak jak prezydent USA sprzed pół wieku. Pytanie, czy wyborcy zrozumieją wiraż kampanii prezydenta.

To był bardzo interesujący tydzień w polityce, bo rzadko się zdarza, żeby na niecałe dwa tygodnie przed wyborami główny kandydat i teoretyczny faworyt głosowania tak radykalnie zmieniał kampanię. A właśnie to się zdarzyło w połowie tego tygodnia: Andrzej Duda z soboty to całkiem inny kandydat niż jeszcze w poniedziałek czy we wtorek.

Czytaj też: TVP szturcha Trzaskowskiego. Dlaczego nie Dudę?

Brat Mateusz

Duda zaczynał tydzień jako entuzjasta wielkich inwestycji, takich jak lotnisko i węzeł kolejowy w Baranowie (tzw. CPK) czy przekop Mierzei Wiślanej. Jako bliski partner premiera Mateusza Morawieckiego prezydent miał być gwarantem, że takie projekty staną się kołem zamachowym polskiej gospodarki, które wyprowadzi ją z kryzysu wywołanego pandemią. Związek obu panów był tak bliski, że nawet pokazywali się zwykle razem, np. na tle prawie przekopanej mierzei.

Jednocześnie prezydent opowiadał o oczkach wodnych i bonie turystycznym, choć o połowę mniej wartym, niż rząd obiecywał na początku, i tylko na dzieci. Z braku innych pomysłów w pomorskim Lipuszu przekazywał jednostkom ochotniczej straży pożarnej „promesy na zakup samochodów ratowniczo-gaśniczych”. Kampania Dudy wyglądała, jakby się zgubiła w pobliskich Borach Tucholskich, zwłaszcza na tle dynamicznego startu Rafała Trzaskowskiego, który w kilka dni zebrał prawie 2 mln podpisów, a na spotkaniach wzbudzał entuzjazm chyba jako pierwszy kandydat PO od lat.

Czytaj też: Paździerzowa propaganda PiS

Sklejenie z rządem to jednak obciążenie

Z sondaży wynika, że wprawdzie w pierwszej turze prezydent utrzymywał sporą przewagę nad Trzaskowskim (średnio 42:28 proc.), lecz w badaniach dotyczących drugiej tury dystans między nimi niebezpiecznie się zawężał. Trend był bardzo niepokojący dla Dudy, który przecież jeszcze niedawno w sondażach wygrywał już w pierwszej rundzie.

Co nie zadziałało? Po pierwsze, z różnych badań wynika, że Polacy nie kupili pomysłu gigantycznych rządowych inwestycji o nieprzekonującej racjonalności i bardziej przemawiają do nich lokalne inwestycje w edukację czy służbę zdrowia „za rogiem”, o których mówił Trzaskowski. Po drugie, Morawiecki zamiast wzmacniać prezydenta, mógł być dla niego obciążeniem, bo wszystkie błędy, wpadki i afery rządu szły na konto prezydenta. Ponadto wspólne pokazywanie się z premierem mogło sprawiać wrażenie, że Duda jest słabym kandydatem i nie jest w stanie samodzielnie prowadzić kampanii.

Czytaj też: PiS zgubił kompas w tej kampanii

„Ideologia LGBT” jako wróg ludu

I stał się cud: w połowie tygodnia inwestycje omal zupełnie zniknęły z kampanii prezydenta, a premier już przestał się pokazywać u jego boku. Ton nadał list Jarosława Kaczyńskiego do członków PiS. Według prezesa zwycięstwo niewymienionego z nazwiska Trzaskowskiego „oznaczałoby ciężki kryzys polityczny, społeczny i moralny” kraju, a kandydat KO to „zagorzały zwolennik ideologii LGBT marzący o tym, by jako pierwszy udzielić ślubu parze homoseksualnej”. „Mamy dziś stan alertu, który się skończy, gdy odniesiemy zwycięstwo”, pisał Kaczyński.

Następnego dnia Duda wchodzi na przygotowany grunt i podpisuje Kartę Rodziny, dziwaczną mieszaninę socjalnych i liberalnych zapisów ze sztandarowym „zakazem propagowania ideologii LGBT w instytucjach publicznych”. Daje w ten sposób sygnał do zmiany tematu i tonu całej kampanii. Do mediów ruszają inni politycy prawicy, z Jackiem Żalkiem na czele, opowiadający o tym, że „LGBT to nie ludzie, tylko ideologia”. A na Twitterze trolle i boty dla mniej wybrednej klienteli zaczynają rozsyłać fejkowe historie typu „666 tęczowych ławeczek dla Warszawy”.

Czytaj też: Kaczyńskiego list z oblężonej twierdzy

Powtórka z wyborów europejskich

W sobotę na wiecach na Opolszczyźnie i Dolnym Śląsku pojawił się zupełnie nowy prezydent. Pokrzykujący, że „ideologia LGBT” jest zupełnie jak komunizm. „Próbuje się nam wmówić, że to ludzie, a to jest po prostu ideologia”. Żeby „nikt nie próbował sprowadzać naszych dzieci na złą drogę, bo na to nie pozwolimy”. Że rządy poprzedników były „antypolskie” i „antyspołeczne”. Że „pozwalały kraść”. Że Donald Tusk to największy („chyba”, dorzucił ostrożnie) kłamca III RP, za którym ciągnie się „wstyd i smród”. No i to „cykor”, bo nie wystartował w wyborach.

Co oznacza ta zmiana? Sztab PiS pogodził się z tym, że Dudę czeka dogrywka z Trzaskowskim, i już zaczyna tę drugą kampanię. Wbrew stereotypowej opinii nie oznacza to wcale „przesunięcia do środka” i szukania wyborców mitycznego centrum. PiS już raz wygrał tego rodzaju kampanię, opierając strategię na silnej polaryzacji, atakach na „ideologię LGBT” oraz rzekomych wrogów wiary katolickiej. Teraz chce powtórzyć ten sukces – sukces kampanii europejskiej z maja ubiegłego roku, która pozwoliła na wyraźne pokonanie Koalicji Europejskiej jednoczącej większość sił opozycyjnych.

Czytaj też: Duda wszczyna wojnę ideową. Karta Rodziny punkt po punkcie

Nixon i sukces „milczącej większości”

W strategii PiS można odnaleźć echa jednego z najważniejszych pojęć amerykańskiej polityki z czasów republikańskiego prezydenta Richarda Nixona. Już w 1969, pierwszym roku prezydentury, późniejszy bohater afery Watergate znalazł się w defensywie. Przez Stany Zjednoczone przetaczały się burzliwe demonstracje pokojowe przeciw wojnie w Wietnamie. Po zabójstwie przywódcy czarnej społeczności Martina Luthera Kinga w kraju panowało duże napięcie na tle rasowym.

W listopadowym przemówieniu broniący swojej wietnamskiej strategii Nixon powiedział: „Dziś wieczorem proszę was, wielką milczącą większość moich rodaków, o poparcie”. Przez „milczącą większość” prezydent rozumiał wyborców, którzy na co dzień nie brali udziału w debacie politycznej: z mniejszych miejscowości i wsi, konserwatywnych, w dużym stopniu przedstawicieli klasy średniej. Przeciwstawił ich pacyfistom, studentom, zwolennikom praw obywatelskich dla mniejszości rasowych, kosmopolitom i innym „odmieńcom”. Takie postawienie sprawy wywołało entuzjazm wielu wyborców, w Białym Domu urywały się telefony z gratulacjami. Stworzona wówczas polaryzacja amerykańskich wyborców przetrwała do wyborów prezydenckich 1972 i dała Nixonowi zwycięstwo w 49 z 50 stanów (afera Watergate to już inna historia).

Czytaj też: Życie pod żyrandolem – pięć lat Dudów w Pałacu

Taka polaryzacja, żeby wygrać

Do „milczącej większości” odwoływał się przed ostatnimi wyborami w 2016 r. Donald Trump, mówiąc: „milcząca większość wróciła i odzyskamy dzięki temu nasz kraj”. I podobną strategię będą próbowali zastosować pisowscy spindoktorzy, żeby wygrać krajowe wybory w 2020 r. Tą „milczącą większością” mają być konserwatywni wyborcy przede wszystkim z południowej i wschodniej Polski (choć nie tylko), którzy przestraszeni wizją „seksualizacji dzieci” przez „ideologię LGBT” mają się zmobilizować, dołączyć do żelaznego elektoratu PiS i razem zapewnić Dudzie zwycięstwo, tak jak dali je PiS w wyborach europejskich 2019.

Partia w 2015 r. użyła jako straszaka uchodźców, dziś ten temat raczej nie działa. Tak jak przed rokiem PiS skorzystał z badań, z których wynika, że znacząca część Polaków jest wciąż niechętna gejom i lesbijkom. Wprawdzie tylko 24 proc. rodaków uważa, że homoseksualizm nie jest rzeczą normalną i nie można go tolerować, ale aż 54 proc. – że jest „odstępstwem od normy, choć należy go tolerować” (CBOS, 2019). Tylko 14 proc. uważa go za rzecz normalną. Aż 67 proc. nie zgadza się, żeby geje i lesbijki „publicznie pokazywali swój styl życia”.

Co więcej, w ostatnim czasie trwający od lat trend wzrostu otwartości wobec społeczności LGBT uległ zahamowaniu (zapewne właśnie wskutek nagonki prawicy). PiS uważa więc, że znalazł taką metodę polaryzacji społeczeństwa, która będzie zdecydowanie preferowała jego kandydata. Zupełnie nie bacząc na to, że oznacza to brutalizację debaty publicznej, uderzenie w wizerunek Polski za granicą i liczne tragedie dla zwykłych ludzi z mniejszości seksualnych.

Nowa strategia Dudy ma też inne elementy. Radykalny język i pokrzykiwanie prezydenta ma pokazać, że w obecnej kampanii nie tylko Rafał Trzaskowski jest politycznym fighterem. Andrzej Duda próbuje porzucić wizerunek lekko już zmęczonego swoją rolą strażnika żyrandola i rządowego „długopisu”. W nowej kampanii mieści się też część jego dotychczasowych tematów: straszenie, że opozycja zabierze świadczenia socjalne, albo opowiadanie o elitach, które nie chcą się dzielić z ludem, czy o „komuchach” w Sądzie Najwyższym. Nowe szaty prezydenta mają też pokazać, że Duda i jego obóz są w stanie odzyskać inicjatywę, która od pojawienia się Trzaskowskiego zaczęła się im wymykać.

Czytaj też: Wygraliśmy konkurs na najbardziej homofobiczny kraj UE

To nie musi się udać

Zmiana strategii nie musi jednak oznaczać sukcesu. Prezydencki sztab zdecydował się na dość gwałtowny manewr na ostatniej prostej przed wyborami (nawet przy założeniu, że do kluczowej drugiej tury dojdzie za prawie miesiąc). Używając żeglarskiej terminologii: Duda dokonał zwrotu przez rufę, a to ruch, który jeśli wykonany niestarannie, może grozić wywrotką. Wyborcy mogą nie zrozumieć, gdzie się podziały dotychczasowe tematy i obietnice. Ugruntowanie politycznego przekazu wymaga czasu, nawet w erze mediów społecznościowych i internetu.

Nie wiadomo, czy uda się plan odwrócenia uwagi Polaków od problemów PiS, rządu i sklejonego z nimi Dudy. Przede wszystkim od tlącej się wciąż epidemii koronawirusa, która organizowała nasze życie i wyobraźnię przez ostatnie miesiące, od problemów służby zdrowia, kryzysu gospodarczego czy licznych afer. Ponadto sztab głównego rywala Dudy wydaje się zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa i unika zwarcia na polu wyznaczonym przez PiS. Sam Trzaskowski podkreśla, że nie pozwoli na dzielenie Polaków na lepszych i gorszych. Zręcznym ruchem był także list do wyborców PiS, w którym zapewnia, że nie jest ich wrogiem i szanuje ich poglądy. Nie przekona to oczywiście twardego elektoratu PiS, ale może dotrzeć do „milczącej większości”, którą PiS właśnie próbuje zmobilizować, strasząc „ideologią LGBT”.

Ewentualną skuteczność nowej strategii Dudy powinny pokazać już badania opinii publicznej w nadchodzącym tygodniu. Ostatnio sondażowe poparcie kandydatów w pierwszej turze ustabilizowało się, a w drugiej prezydent tracił. Jeśli w ciągu kilku dni nie dojdzie do zmiany trendu, to znaczy, że Andrzej Duda jest już w poważnych opałach.

Czytaj też: Efekt Trzaskowskiego

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną