Kraj

Pranksterzy z Rosji dzwonią do Dudy. Rachunek jest wysoki

Prezydent Andrzej Duda Prezydent Andrzej Duda Jakub Szymczuk / Kancelaria Prezydenta RP
O aferze wokół „żartu” dwóch rosyjskich pranksterów telefonujących i nagrywających prezydenta Andrzeja Dudę wiadomo coraz więcej. I nie są to wiadomości dobre dla Polski.

Rosjanie znów zagrali nam na nosie. Cel jest ten sam: zasiać zamęt w szeregach przeciwnika, podkopać zaufanie do władz, pogłębić podziały i obnażyć słabości.

Czytaj też: Kto odpowie za nagranie Dudy przez Rosjan

Duda nagrany i bajki pranksterów

Przede wszystkim można powiedzieć z dużym prawdopodobieństwem, że za całą operacją stały rosyjskie służby – FSB lub GRU. Nie przez przypadek piszę o „operacji”, bo zatelefonowanie do prezydenta obcego kraju musiało być poprzedzone co najmniej kilkudniowymi przygotowaniami. Zdobycie odpowiednich adresów mailowych, numerów telefonów – to nie jest zadanie dla pary „dowcipnisiów”. Tak samo jak zaopatrzenie się w karty SIM kraju, z którego wykonali połączenie, czyli w tym przypadku USA.

Ich tłumaczenia, że zdobywają je, jeżdżąc po świecie, możemy spokojnie włożyć między bajki. Ktoś ich w tym wspiera i patrząc na historię ich działań, raczej trudno mieć wątpliwości, kto to może być. Tym bardziej że dziwnie tak się jakoś dzieje, że nigdy nie pozwolili sobie na podobny „żart” nie tylko wobec gospodarza Kremla, ale również kogokolwiek ważnego w Rosji. Mają za to na koncie polityków, z którymi Putin ma lub miał wrogie albo skomplikowane relacje. Choćby takich jak były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson (połączenie zostało przerwane, gdy służby Downing Street nabrały podejrzeń) czy nawet białoruski satrapa Aleksander Łukaszenka.

Czytaj też: Jak polski szpieg trafił do łagru

Zastawianie na takich przeciwników pułapek, by ich ośmieszyć, skompromitować, a w konsekwencji osłabić, to ulubiona broń rosyjskich służb. Najlepiej pod odpowiednim przykryciem, by właściwy zleceniodawca pozostał w ukryciu, podobnie jak rzeczywiste motywy działania.

Przerabialiśmy to już sześć lat temu, gdy Polską wstrząsnęła tzw. afera podsłuchowa: w warszawskich restauracjach zostało nagranych kilkudziesięciu ważnych polskich polityków i biznesmenów. Narzędziem destrukcji, podobnie jak w rozmowie polskiego prezydenta z rosyjskimi pranksterami, były głównie słowa – wypowiedziane i nagrane. Słowa, które osłabiły ówcześnie rządzącą Platformę Obywatelską i przyczyniły się do utraty przez nią władzy. Motywem zaś była zemsta zdesperowanego biznesmena oszusta.

Czytaj też: Rosja i jej służby permanentnie wpływają na wybory w Polsce

Wysoki rachunek za „żart” z Dudą

Tym razem nie trzeba było szukać restauracji, kelnerów, którzy podkładaliby podsłuchy, ani mediów gotowych publikować zapis rozmów. Wystarczył „żart”, który mógłby mieć dramatyczne skutki, gdyby Andrzej Duda dał się podejść i np. zaczął rozwijać jakieś inne wątki. Moglibyśmy mieć wtedy skandal dyplomatyczny, który Rosja na pewno by wykorzystała. Na szczęście prezydent nie poszedł w tę stronę i efekt „afery pranksterów” nie jest tak druzgocący jak „afery kelnerów”. Ale czy w związku z tym możemy odetchnąć z ulgą?

Zdecydowanie nie. Urząd prezydenta, a wraz nim całe państwo zostało ośmieszone, a co za tym idzie, pozbawione części autorytetu. To znacząca strata, przynajmniej na jakiś czas. „Numer” wykręcony przez rosyjskich „żartownisiów” dolał również benzyny do ognia polsko-polskiej wojny, roznieconej dopiero co zakończoną kampanią wyborczą. Rachunek za 11-minutowe połączenie jest więc wysoki.

Jeśli w 2014 r. mówiliśmy o państwie z kartonu, to teraz pora chyba mówić o państwie z papieru. Wtedy na służby sypały się gromy za to, że nie uchroniły polityków przed podsłuchami w restauracjach. Dziś sypią się na nie słowa krytyki za brak działań, które zapobiegłyby tego typu aktom sabotażu jak wywołanie skandalu międzynarodowego „żartem”. Ten incydent tylko potwierdza, w jak katastrofalnym znajdują się stanie.

Czytaj też: Kontrwywiad nie istnieje, rosyjscy zabójcy panoszą się w Polsce

Nietykalny szef polskich służb

Oczywiście obecny szef służb Mariusz Kamiński próbuje zrzucić odpowiedzialność na urzędników z polskiego przedstawicielstwa przy ONZ, ale dla każdego, kto wie, jak działają profesjonalne państwowe agencje odpowiedzialne za bezpieczeństwo najważniejszych osób, musi być jasne, że to zagranie jedynie piarowe. I to dość nieudolne.

Bo przecież nie chodzi o to, by przy każdej rozmowie prezydenta stał pan major z ABW, a każdego maila wpływającego do polskiej ambasady oglądał z każdej strony jego kolega. Chodzi o to, by służby tworzyły procedury bezpieczeństwa i czuwały nad ich przestrzeganiem, a nie dopuszczały do tego, że mail wysłany z ogólnodostępnej domeny nie wzbudzi niczyjego niepokoju.

W przypadku telefonu pranksterów te procedury – jakie by nie były – zawiodły. Słyszymy chociażby o tym, że takich rozmów nie prowadzi się w samochodzie, że zawsze ktoś powinien być „na odsłuchu”, by rozbrajać różne miny, które zawsze mogą się pojawić podczas rozmowy. Właśnie dlatego powinien ponieść konsekwencje ktoś odpowiedzialny za funkcjonowanie służb w zakresie ochrony prezydenta, którymi na pewno nie jest dwójka dyplomatów z placówki w Nowym Jorku.

Mariusz Kamiński doskonale o tym wie, prezydent Andrzej Duda także. A skoro tak się nie stało, to tylko potwierdza smutną dla bezpieczeństwa tezę, że Kamiński jest zbyt ważny dla prezesa i przez to, mimo swych wpadek, nietykalny.

Czytaj też: Cicha władza Kamińskiego

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną