Kraj

Kto kogo atakował przed bazyliką? Kulisy zdarzeń z 1 sierpnia

Kontrmanifestacja na schodach Bazyliki Świętego Krzyża, 1 sierpnia 2020 r. Kontrmanifestacja na schodach Bazyliki Świętego Krzyża, 1 sierpnia 2020 r. WILK / Polityka
Co tak naprawdę wydarzyło się 1 sierpnia przed pomnikiem Chrystusa w Warszawie? Jak wyglądał od środka incydent, który zakończył się paleniem tęczowej flagi?

Szła w przeciwną stronę niż Marsz Powstania Warszawskiego, funkcjonariusze podjęli więc wobec niej interwencję. Ale się spóźnili, zdążyła wejść na schody Bazyliki Świętego Krzyża. Zrobiła się afera, bo trzymała tęczową flagę. Elżbieta Podleśna.

Tęczowa flaga przed bazyliką

Paru policjantów towarzyszyło jej już w drodze do kościoła, ale aktywistka minęła ich i weszła na schody. Tu została przyparta do muru – kilkoro funkcjonariuszy nie pozwalało jej się ruszyć. Dołączyła do niej jeszcze dwójka z trojga aktywistów, którzy nie chcieli zostawić jej samej. Wszyscy działają niezależnie, nie przynależą do ruchów obywatelskich.

W tej samej chwili przed kościół dotarło czoło Marszu Powstania Warszawskiego organizowanego przez Roty Niepodległości i Marsz Niepodległości. Na schody z fotoreporterami wbiegła ekipa straży Marszu Niepodległości w pomarańczowych kamizelkach. Zrobiło się zamieszanie.

Aktywista Kajetan Wróblewski krzyknął do Podleśnej: „Daj flagę, to cię zostawią”. Flagi w zasadzie były dwie: polska i tęczowa na jednym drzewcu. Tłum na widok tęczy wykrzykiwał agresywne hasła.

Czytaj też: Dlaczego LGBT budzi tyle emocji?

Podleśną wypuszczono spod ściany, a Wróblewski położył jej rękę na drzewcu. Przez chwilę trzymała obie flagi – zmęczona, czerwona ze zdenerwowania, z krwawiącym łokciem. Ale zaraz za tęczową flagę chwycił dziennikarz TV Trwam. Zdarzenie sfilmowała inicjatywa Czarny Kwadrat:

Reporter próbował oderwać tęczową flagę od polskiej. Nie było mu łatwo, bo trzymał już mikrofon z kostką z logotypem swojej stacji. Wróblewski złapał za koniec flagi i próbował ją ochronić, ale się nie udało. Została zrzucona w dół schodów, na ziemię. Tłum wrzeszczał z radości.

Tymczasem na schodach pojawił się szef Rot Niepodległości Robert Bąkiewicz. Stanął na kamiennej barierce bez zabezpieczenia i „odzyskawszy pomnik”, triumfalnie krzyknął: „Ave! Ave! Christus Rex!”.

Czytaj też: Święto łydkowych patriotów

Kiedy zwycięża faszyzm...

Tęczową flagę zaczął deptać i kopać jeden z uczestników marszu. Za chwilę dołączyli kolejni oraz policjant, który nakazał im się odsunąć. Flagę wniesiono w tłum i tam raz jeszcze rzucono na ziemię. Ktoś podpalił ją zapalniczką, wołał: „Róbcie szybko zdjęcia”, a następnie uniósł płonącą i wrzeszczał: „J*bać pedalstwo!”. Policja nie podjęła interwencji, mimo że wykroczeniem jest zarówno wznoszenie wulgarnych okrzyków w przestrzeni publicznej, jak i używanie ognia na demonstracjach.

Tymczasem na schodach doszło do kolejnego incydentu, tym razem zainicjowanego przez straż Marszu Niepodległości, która ochraniała Bąkiewicza. Aktywistka Ewka Błaszczyk, w tęczowej masce, rozwinęła papierowy transparent z cytatem Wasilija Grossmana: „Kiedy zwycięża faszyzm – przestaje istnieć człowiek, pozostają tylko wewnętrznie przeobrażone istoty człekokształtne”. Obok widniał znak przekreślonej nacjonalistycznej falangi.

Czytaj też: Skąd się wziął Obóz Narodowo-Radykalny

Karton wyrwał jej z rąk jeden z członków straży. Wychylając się poza barierkę, z ostentacją pokazał go tłumowi, a potem rozerwał i wyrzucił. Zgromadzeni krzyczeli: „Won k*rwy”, „Dziwki”, „Komuniści to faszyści”, „Wy*ierdalać”. W okolicy aktywista Krzysztof Warchoł próbował łagodzić nastroje, edukować. Bezskutecznie.

Z głośników popłynęło kilka uspokajających wezwań, by nie reagować na prowokacje. Marsz ruszył dalej. Marsz, którego jeden z czołowych banerów nad hasłem „Stop totalitaryzmom” miał przekreślone symbole sierpa i młota, swastyki i tęczowej flagi. Nacjonaliści znów zrównali środowiska LGBT+ z najbardziej zbrodniczymi systemami, jakie zna ludzkość.

Policzymy się 11 listopada

W przemówieniach marszu kilkakrotnie nawiązywano do „tęczowej zarazy”. I choć tym razem nie było neonazistowskich flag z krzyżami celtyckimi, to przekaz nienawiści i tak był obecny. Jedną z tęczowych flag pocięto nożem. W marszu szedł m.in. mężczyzna z transparentem „Strefa wolna od ideologii LGBT+”, inni (trzeba przyznać, że nieliczni) włożyli koszulki z nienawistnymi hasłami. Dziewczyna, którą uchwyciła przy tablicy pamięci Zbigniewa Ścibora-Rylskiego fotografka obywatelska Aleksandra Perzyńska, miała na koszulce krzyż celtycki, przekreślony napis LGBT i hasło „Przeciwko zboczeńcom”. W słowie „zboczeńcy” zamiast litery „o” znajdowała się tarcza. Z kolei fotografka obywatelska Marta Bogdanowicz wykonała w Al. Jerozolimskich zdjęcie mężczyzny w koszulce ze stryczkiem i napisem „Dla czerwonych brak litości. Miasto sprawiedliwości. Norymberga dla komuny”.

Czytaj też: Skąd się wzięli przedwojenni narodowcy?

Wróćmy przed Bazylikę Świętego Krzyża. Tęczowa maska na twarzy jednej z aktywistek była nie do zniesienia dla części przechodzących Nowym Światem. Cała agresja skupiła się na niej. Przy kościele wciąż gromadzili się ludzie, głośno dyskutując „o pedalstwie” lub krzycząc wulgaryzmy. „Pi*dy”. „Zboczeńcy”. „Za to będzie reakcja. Będzie reakcja, zobaczycie” – zapowiedziało kilku mężczyzn w powstańczych koszulkach. Inny mówił: „Spotkamy się 11 listopada – wtedy się policzymy”.

Czytaj też: To nie jest marsz dla rodzin z dziećmi

Krople krwi i krople nadziei

Elżbieta Podleśna, trzymana w kordonie przed figurą Chrystusa, nie dała się wylegitymować. Zgodnie z przepisami policjant podejmujący czynności wobec obywatela powinien podać imię i nazwisko, numer służbowy, przedstawić podstawę prawną i faktyczną interwencji. Proponuje jej za to mandat w wysokości 500 zł za zakłócanie legalnego zgromadzenia i odmowę okazania dokumentów (aktywistka mandatu nie przyjęła, policja skieruje więc do sądu wniosek o jej ukaranie).

Podleśna mocno krwawiła z przytartego łokcia. Policja pozwoliła mi podać jej przez barierkę płyn antybakteryjny i wyjałowioną gazę. Zaczepił mnie starszy mężczyzna: „Komu pani pomaga? Komu pani pomaga?! To śmiecie są”.

Sytuacja wyglądała spokojniej, gdy pochód się oddalał. Wróciło tylko paru pijanych. Byli tak chętni do konfrontacji, że po próbie zerwania stojącym przed schodami ich masek ochronnych jeden z policjantów kazał im odejść i straszył aresztem. Oddalili się, ale obserwowali. Wielu było takich, którzy stali w pobliżu w małych grupkach.

Ostatecznie policja odstąpiła od próby wylegitymowania Podleśnej. Puściła ją wolno i przychyliła się do prośby o odprowadzenie wszystkich aktywistów w jakieś bezpieczne miejsce. Na skrzyżowaniu Nowego Światu i Tokarzewskiego, gdzie się rozstali, do czwórki aktywistów podeszło dwóch młodych chłopaków. Mieli 20, może 25 lat. „Dziękujemy za to, co robicie – mówili. – Nasza przyszłość będzie lepsza – taka, o jaką walczycie. Dziękujemy”.

Czytaj też: Dlaczego PiS nie zdelegalizuje ONR

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną