Kraj

Awaria „Czajki” i rachunek z armii. Ile Warszawa da za most?

Pływający most na Wiśle Pływający most na Wiśle Marek Świerczyński / Polityka
Saperzy zbudowali na Wiśle pływający most i mają wystawić miastu rachunek. Jak duży? Nie wiadomo, bo co innego mówi szef MON Mariusz Błaszczak, a co innego jego urzędnicy.
Żołnierze w tandemieMarek Świerczyński/Polityka Żołnierze w tandemie
Żołnierz pracujący na WiśleMarek Świerczyński/Polityka Żołnierz pracujący na Wiśle
„Czajka” po awariiMPWiK „Czajka” po awarii

W sprawie wysokości rachunku jest pewne zamieszanie, ale trend wydaje się spadkowy. Na początku nowego kryzysu ściekowego w Warszawie ministrowie Mariusz Błaszczak i Michał Dworczyk mówili, że w zeszłym roku opanowanie go kosztowało 50 mln zł. Później oczekiwania wobec władz miasta rząd zredukował do 4–5 mln, bo okazało się, że można wykorzystać infrastrukturę po poprzedniej operacji, a stolica miałaby tylko zapłacić za most pontonowy.

Czytaj też: Jak „Czajka” podtapia Trzaskowskiego

Awaria „Czajki” i wycena Błaszczaka

Najnowsze wypowiedzi Błaszczaka sugerują zejście z ceny nawet poniżej miliona. Minister w wypowiedziach do kamer zapewniał, że „kwoty będą niższe niż strefa relaksu stworzona przez prezydenta Trzaskowskiego na pl. Bankowym i niższe niż dotacje dla organizacji pozarządowych, które zajmują się ideologią równościową”.

Błaszczak nie byłby sobą, gdyby odpuścił porównania do krytykowanych decyzji ratusza. Ale właśnie dzięki temu można oszacować koszty wojskowej usługi dla miasta. Jeśli minister, mówiąc o dotacjach, miał na myśli dane bliskiej mu zapewne fundacji Ordo Iuris, to w raporcie z października 2019 r. pisała ona o 876 tys. zł. Z kolei wyśmiewana strefa relaksu miała kosztować 920 tys. zł.

Minister zapewnia więc, że praca saperów wykonana na rzecz stolicy ma być tańsza, a z drugiej strony – co zaskakuje – urzędnicy MON podkreślają, iż wycena operacji będzie możliwa najwcześniej w grudniu. „Koszty obejmujące siły i środki przeznaczone na budowę, utrzymanie i demontaż mostu pontonowego zostaną określone po zakończeniu zadania” – tak brzmi kluczowe zdanie z wyjaśnień resortu nadesłanych na moją prośbę, gdy saperzy zabierali się w ubiegłym tygodniu do roboty. MON wyjaśnia, że prezydent Warszawy wystąpił do Dowódcy Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych 5 września „z wnioskiem o realizację specjalistycznej usługi wojskowej dotyczącej budowy i utrzymania mostu pontonowego na Wiśle oraz zwolnienie z kosztów pośrednich”. Podpisano umowę, fakturę ma wystawić Wojskowy Oddział Gospodarczy w Warszawie na Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji z czasem na dokonanie płatności wynoszącym 21 dni. Termin realizacji zadania został określony na 30 listopada, ale umowę można aneksować, a termin wydłużyć.

Logiczne, że o ile dziś da się wycenić samo postawienie mostu, o tyle już koszt jego utrzymania zależy od czasu operacji. Pismo z resortu jasno to stwierdza, co Błaszczakowi nie przeszkadza w składaniu konkretnych deklaracji. Ale i niewykluczone, że urzędnicy „nie uważali”, co mówi szef – pismo sporządzono później.

Pływający most na WiśleMarek Świerczyński/PolitykaPływający most na Wiśle

Czytaj też: Władza straszy: Nie myj garów wodą z Wisły

PiS zagrał ostro z Warszawą

Kiedy ministrowie niechętnego Trzaskowskiemu rządu grzmieli o obciążeniu miasta kosztami, wielu ludzi zareagowało oburzeniem. Polacy, niezależnie od poglądów, oczekują, że wojsko będzie w każdej chwili gotowe do pomocy w sytuacji kryzysowej. Zresztą takie obowiązki w odniesieniu do klęsk żywiołowych nakłada na nie główna ustawa regulująca jego działanie. Na polecenie ministra siły zbrojne mogą być użyte w zasadzie w każdej sytuacji przekraczającej możliwości służb cywilnych, wymagającej sprzętu czy metod, jakimi dysponuje wyłącznie armia. Tak było w zeszłym roku. Choć awarię kolektora ściekowego trudno uznać za katastrofę naturalną, to wywołała kryzys, a użycie wojska – nieodpłatne dla miasta – wydawało się naturalne. Co się zmieniło, że teraz wojsko każe sobie płacić?

Ministrowie publikują w internecie dokumenty mające potwierdzać, że instytucje państwowe ostrzegały o problemach z „Czajką”, wskazują rzekome zaniedbania Trzaskowskiego, który poświęcił się kampanii prezydenckiej, lekceważąc obowiązki – mówią wręcz o recydywie. Wszystkie okoliczności trzeba wyjaśnić i wyciągnąć konsekwencje, ale nie da się tego zrobić w trzy dni, jakie minęły od awarii do wystąpienia ministra Dworczyka z kategorycznym stwierdzeniem, że miasto musi zapłacić, bo coś zaniedbało.

Nie sposób odebrać tej decyzji inaczej niż motywowanej polityczną grą. Pewnie gdyby do awarii doszło przed wyborami, PiS zastanowiłby się, czy grać aż tak ostro. Teraz najwyraźniej czuje, że może więcej. A pomijanie roli sądów przy wskazywaniu winnych zaskakuje najmniej.

„Czajka” od środkaLech Mazurczyk/Polityka„Czajka” od środka

Czytaj też: Alerty RCB. Kto i dlaczego wysyła je Polakom?

Ile od Warszawy, ile od innych?

MON tłumaczy się względami formalnymi. Z ustawy o zarządzaniu kryzysowym wynika, że o wsparcie sił zbrojnych wnioskować może wojewoda, ale już nie prezydent miasta. Wniosku wojewody teraz nie było (był w 2019 r.), więc według resortu apel Trzaskowskiego o pomoc dało się rozpatrzeć wyłącznie w trybie innej ustawy: o przebudowie i modernizacji technicznej, finansowaniu sił zbrojnych i w ramach rozporządzenia o świadczeniu specjalistycznych usług wojskowych. Ten jednostronicowy akt upoważnia podmioty publiczne i inne, jeśli przemawia za tym interes publiczny lub sił zbrojnych, do odpłatnego korzystania z armii jako wyspecjalizowanego wykonawcy usług, szczególnie w zakresie inżynierii i szkolenia. W rozporządzeniu czytamy, że co do zasady odpłatność jest pełna, obejmuje koszty bezpośrednie i pośrednie, w szczególnych wypadkach może być ograniczona do tych pierwszych.

Formalnie więc wszystko jest w porządku – prezydent poprosił, wojsko świadczy usługę, miasto zapłaci, a minister i tak poszedł na rękę, bo ograniczył koszty do bezpośrednich, obejmujących zużycie paliwa i innych materiałów, wynagrodzenia osób bezpośrednio wykonujących usługi, narzędzia czy energię.

MON dowodzi też, że pobieranie od samorządów opłat za usługi to nie wyjątek, a reguła. Ostatnie przykłady, jakie podają urzędnicy, to tymczasowy most składany na Narwi w Ostrołęce, przeprawa na Wiśle w Nowym Brzesku oraz na rzece Kamienica w Nowym Sączu. Żadna z tych operacji nie była jednak reakcją na nagłą sytuację kryzysową. Ostrołęcki most, w zasadzie dwa mosty o długości 120 m, pochodził z Agencji Rezerw Materiałowych i był wybrany jako najbardziej ekonomiczna opcja zapewnienia przejazdu przez rzekę na czas remontu mostu stałego. Agencja udostępniła kratownicową konstrukcję za darmo. Saperzy z 2. Pułku Inżynieryjnego z Inowrocławia postawili ją w październiku 2017 r., przez ponad dwa lata pomagali w dozorze i utrzymaniu, realizowanym przy pomocy prywatnych podmiotów, a rozebrali w listopadzie 2019 r. Lokalne media podają różne koszty tej operacji, włączając ją do całości inwestycji wartej dziesiątki milionów.

Nie da się tego porównać do opanowania awarii „Czajki”. Podobnie w Nowym Brzesku, gdzie latem powstał most pontonowy na dość wąskiej w tym miejscu Wiśle. 1. batalion drogowo-mostowy z Dęblina pomógł na nieco ponad miesiąc skrócić drogę kierowcom, którzy nie mogli korzystać z remontowanego w wakacje mostu stałego. Lokalne media podają, że przeprawa kosztowała kilka okolicznych gmin 160 tys. zł. Z kolei w Nowym Sączu budowa przeprawy tymczasowej przez Kamienicę (po uszkodzeniu mostu stałego) ma się dopiero zacząć. Władze zbierają pieniądze, bo operacja pochłonąć ma prawie półtora miliona. Most pontonowy na górskiej, wartkiej, szybko i nagle wzbierającej rzece nie wchodzi w grę, trzeba postawić kratownicowy, jak w Ostrołęce. Niewykluczone, że będzie to ta sama konstrukcja z ARM.

Kładka na rzece Ner w Dąbiu (Wielkopolska)Marek Świerczyński/PolitykaKładka na rzece Ner w Dąbiu (Wielkopolska)

W czasie wycieczek po Polsce sam natknąłem się na mocno archiwalny dowód podobnej działalności wojska. Kładka na rzece Ner w Dąbiu w Wielkopolsce opatrzona jest tabliczką, że w 1986 r. zbudowała ją jednostka wojskowa nr 2258 z Płocka. Chodzi o batalion, a później pułk drogowo-mostowy, który zapisał się w historii m.in. postawieniem w Warszawie mostu Syreny – tymczasowej przeprawy zastępującej remontowany w latach 80. most Poniatowskiego w miejscu obecnego Świętokrzyskiego. W porównaniu z Syreną kładka na Nerze była dla saperów zapewne błahostką. Dziś nie sposób zweryfikować, czy w 1986 r. pobrano za jej budowę należność. W realiach PRL trudno to sobie wyobrazić.

Czytaj też: Kolejna awaria „Czajki”. Trzaskowski odpiera zarzuty PiS

Za co Warszawa zapłaci wojsku?

Sama operacja w Warszawie poszła sprawniej niż rok temu. Teren był rozpoznany, metody działania opracowane i przetrenowane. Tak naprawdę trzeba było nie lada refleksu, by uchwycić saperów w trakcie najbardziej widowiskowej części operacji – spławiania elementów mostu pontonowego w dół rzeki i zestawiania ich ze sobą. Na szczęście Wisła w stolicy oferuje dogodny dojazd dla ciężarówek, a miejsce było przed rokiem sprawdzone. Niska tego lata woda akurat na czas budowy mostu miała wystarczający poziom, by tej operacji nie utrudniać.

Tak jak rok temu saperzy z Dęblina i Kazunia użyli starych, ale sprawdzonych parków pontonowych PP-64 Wstęga, które na wodzie wspomagają kutry holownicze KH-200 (na Wiśle stać muszą pod prąd). Takich kutrów w Warszawie jest 14, w każdym dwuosobowa załoga. Na lewym brzegu wojsko rozłożyło duże namioty, w których bazuje obsługa mostu – według Błaszczaka 50 żołnierzy. Co robią? Co jakiś czas sprawdzają np. pontony. Taką inspekcję można bez problemu obserwować z mostu Marii Skłodowskiej-Curie. Trzyosobowa ekipa wchodzi na każdy ponton, żołnierze w przyklęku podnoszą klapę inspekcyjną i zaglądają do środka. Do odblokowania i zamknięcia klapy używają łomu. Czynność prosta, ale czasochłonna, pontonów jest w całej konstrukcji prawie setka (na wodzie 88 ustawionych w pary, na przemian obok siebie i w tandemie). To zapewne nie jedyna, ale łatwa do podpatrzenia czynność z zakresu utrzymania przeprawy.

Żołnierze pracujący na WiśleMarek Świerczyński/PolitykaŻołnierze pracujący na Wiśle

A może opłaty nie będzie?

Gdy rząd kazał Warszawie i jej mieszkańcom płacić za wsparcie wojska, krytyka skupiona wcześniej na władzach miasta przelała się na stronę PiS. A partia traktuje Warszawę jako kluczowy plac politycznego boju. Jeśli prawica marzy kiedykolwiek o przejęciu ratusza, nakładanie na stolicę słonych rachunków, postrzeganych przez część wyborców jako kary, byłoby przeciwskuteczne. Znający warszawskie realia Błaszczak (był niegdyś zastępcą burmistrza Woli i burmistrzem Śródmieścia) chyba się zorientował, że dla PiS to miecz obosieczny – uderzy Trzaskowskiego, ale może pogłębić niechęć do partii Kaczyńskiego. Milion dla warszawskiego samorządu to jeszcze opłata do przełknięcia, prezydent miasta nie będzie pewnie o nią z rządem wojował. Kilka milionów byłoby większym problemem. Może więc w finale uda się tak skalkulować rachunek lub ułożyć procedury, by wojskowa pomoc była dla Warszawy de facto bezpłatna?

Awaria „Czajki”: Rząd ignoruje polską technologię, zamiast ją promować

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną