Kraj

Wicher ze wschodu, czyli gry wokół ważnej rakiety

Minister Mariusz Błaszczak podczas uroczystości wręczenia sztandaru 19. Lubelskiej Brygadzie Zmechanizowanej, 4 października 2020 r. Minister Mariusz Błaszczak podczas uroczystości wręczenia sztandaru 19. Lubelskiej Brygadzie Zmechanizowanej, 4 października 2020 r. Wojciech Król / Ministerstwo Obrony Narodowej
Znana firma zbrojeniowa namawia polski rząd, by zainwestował w rakiety radzieckiego pochodzenia dla największego systemu obrony powietrznej Narew. Mimo strategii, której trzyma się MON Mariusza Błaszczaka.

Ta firma to Grupa WB, znana m.in. z produkcji urządzeń łączności, bezzałogowców oraz komponentów systemów artyleryjskich. Uznawana za najważniejszy podmiot prywatnego sektora obronnego w Polsce, od dawna związana z państwowym przemysłem zbrojeniowym. Od kilku lat jest w części własnością rządowego Polskiego Funduszu Rozwoju. Szefowie WB od niedawna występują jako rzecznicy całej zbrojeniówki, mając większą swobodę wypowiedzi niż ściśle kontrolowana Polska Grupa Zbrojeniowa. Przy okazji firma pokazuje rosnące ambicje: wkracza w zastrzeżony dla doświadczonych podmiotów państwowych, strategiczny i mający wielomiliardowe finansowanie obszar obrony powietrznej.

Czytaj też: Kluczowe rakiety bez decyzji. Gdzie wsiąkła Narew?

Z pominięciem MON Błaszczaka?

Z informacji, jakie zebrałem, wynika, że na początku stycznia przedstawiciele Grupy WB rozesłali przygotowany pod koniec 2020 r. raport, który porównuje rozważane przez MON zachodnie opcje w programie obrony powietrznej Narew z propozycją oparcia go na produkowanej na Ukrainie rakiecie R-27. Raportu nie widziałem, ale jego treść opisało mi kilka wiarygodnych źródeł. Ma być bardzo niekorzystny dla zachodnich firm, głównie MBDA UK z pociskiem CAMM i Kongsberga z systemem NASAMS – zarówno jeśli chodzi o koszty, jak i korzyści technologiczne i handlowe.

Sądząc po reakcjach, treść raportu musiała być dla wielu szokiem. Opracowanie miało zostać rozesłane m.in. do kancelarii premiera oraz siedziby PiS przy ul. Nowogrodzkiej, ale z pominięciem MON, choć na Narew ma pójść 30 mld zł ze zbrojeniowych funduszy. Taką grę należy traktować jako ostrą polemikę z koncepcją obrony powietrznej i polityką modernizacyjną resortu Mariusza Błaszczaka.

Skąd w WB zainteresowanie Narwią? I skąd ukraińska rakieta? Zaczęło się od tego, że firma w 2015 r., korzystając z kontaktów na Ukrainie (nie jest tajemnicą, że dostarczała walczącym z Rosją Ukraińcom bezzałogowce), zgłosiła się do przetargu na pociski przeciwlotnicze R-27 dla myśliwców MiG-29. Zakup z Rosji nie wchodził w grę, ale rakiety produkowała też ukraińska firma Artiom. W następnym roku MON przyznał WB 128 mln zł na 40 takich pocisków. Współpraca poszła dalej: wiosną 2017 r. magazyn „Raport” pisał o wspólnym projekcie systemu krótkiego zasięgu, w którym miały się pojawić polskie komponenty, m.in. z PGZ. Złożenie takiej propozycji potwierdzał wtedy MON Antoniego Macierewicza. A w listopadzie 2017 r. minister obwieścił, że Narew polskiej produkcji może być gotowy w dwa lata, z pociskiem na licencji, chociaż nie dodał jakiej. Wtedy też obiecywał „tysiące dronów”, m.in. produkcji Grupy WB.

Do gry weszła jednak polityka. Na początku 2018 r. Macierewicza nie było już w rządzie, a jego plany poszły w znacznej mierze do niszczarki. Za Błaszczaka program obrony powietrznej krótkiego zasięgu nie wychodził poza „fazę analityczno-koncepcyjną” aż do jesieni 2020 r. Wtedy rekomendacje w sprawie inwestycji wydał Inspektorat Uzbrojenia, ale MON nie zapowiedział terminu zawarcia umowy.

Czytaj też: Czy MON wstrzymał dalszy zakup patriotów?

Wicher z Ukrainy

Powyższe zdarzenia nie muszą wiązać się w logiczny łańcuch, choć trudno ich nie przypomnieć. Dużo wokół nich narosło spekulacji i interpretacji. Fakty natomiast były takie, że latem 2019 r. ukraińskie agencje informacyjne podały, iż WB oraz państwowy UkrOboronProm chcą stworzyć nowy system obrony powietrznej, którego komponenty są już częściowo opracowane. Miały to być m.in. trzy typy głowic naprowadzających (do jednej WB przyznaje się oficjalnie). W tym samym roku Roman Musiał z Grupy WB opublikował artykuł o zaletach systemu krótkiego zasięgu opartego właśnie na R-27 dla osłony kupionych przez Polskę baterii patriotów. Krytykował też MON Błaszczaka za zakupy bez offsetu, niewystarczający transfer technologii od zachodnich kontrahentów oraz zbyt małe finansowanie krajowych badań nad rakietami. Wskazywał, że choć R-27 wywodzi się z ZSRR i Rosji, to została całkowicie „zukrainizowana” przez Artiom.

W końcu Grupa WB proponowała uruchomienie Strategicznego Programu Rządowego systemu obrony powietrznej Narew opartego na rakiecie Wicher (polskiej produkcji R-27). Tekst uzupełniały obrazki różnych wersji Wichru, głowic naprowadzania, kontenerowej wyrzutni 12 pocisków na podwoziu Jelcza i innej, nieco dziwnej, z R-27 przyklejoną z boku wyrzutni Patriota M903. Raport rozesłany ostatnio przez WB zapewne powtarza część tych tez.

Czytaj też: Wisła nie płynie. Czy czeka nas zbrojeniowe fiasko?

Skutki raportu i spięcie z Wisłą

WB wysyłkę „wycelowała” w najwyższe szczeble decyzyjne: KPRM i siedzibę PiS (Jarosław Kaczyński to teraz wicepremier odpowiedzialny za bezpieczeństwo). Inicjatywa już wywołała zamieszanie i narobić może go jeszcze więcej. Dlaczego?

Po pierwsze, stwarza ryzyko dla interesów tej części państwowego przemysłu obronnego (części PGZ), która biznesową strategię oparła na zachodniej licencji na pocisk, dołożeniu do niej polskich elementów i spięciu wszystkiego z bateriami patriotów z systemu Wisła. Żeby to obrazowo zilustrować: Wisła ma zwalczać to, co spada na nas z wysoka i daleka, Narew ma zestrzeliwać to, co nadlatuje niżej (samoloty, śmigłowce, bezzałogowce, pociski manewrujące). Dzięki integracji (a to w wojskowej terminologii coś znacznie więcej niż zwykłe połączenie) oba systemy widziałyby to samo, a decyzję, czym do czego strzelać, podejmują dowódcy. A że Polska nie dorobiła się pocisku przeciwlotniczego o zasięgu ok. 25 km, preferowanymi dostawcami rakiet były najpierw Francja (pociski Mica), później Wielka Brytania (pociski CAMM), z opcją amerykańską (AMRAAM/NASAMS) i izraelską (Barak). Firmy PGZ podpisywały tuziny listów intencyjnych, dwustronnych porozumień, odbywały setki spotkań, warsztatów i konferencji.

Dziś Grupa WB nie kwestionuje wprawdzie zachodniego kierunku poszukiwań co do zasady, ale uważa, że nie gwarantuje on możliwie jak najszerszej obrony powietrznej Polski.

W listopadzie rozmawiałem z wiceprezesem WB Adamem Bartosiewiczem w obronnym podkaście „Polityki Insight”. Dużo mówił o systemie Narew. Jego zdaniem potrzeba minimum 10 tys. pocisków, a więc liczby, która dla twórców Narwi, jaką znamy, jest nieosiągalna, bo na tyle pocisków zachodnich nas nie stać. – Jest pełna otwartość przemysłu ukraińskiego do współpracy z przemysłem polskim. To tylko kwestia decyzji politycznych, by to się stało ciałem – Bartosiewicz jakby już zdradzał plany.

Czytaj też: Hasłowa modernizacja wojska

Porzucenie caracali to byłby „mały pikuś”

Opowiedzieć cokolwiek jest prosto, wykonać znacznie trudniej, ale zawsze można na to wyciągnąć pieniądze – komentuje jedna z kluczowych postaci z tzw. Tarczy Polski, czyli przemysłowego projektu zintegrowanej obrony powietrznej. Osoba ta potwierdza, że z ramienia PGZ miała kontakty z Ukrainą w sprawie R-27, ale nie wyszły poza fazę koncepcyjną, więc Wicher nigdy nie był formalnie rozważany jako alternatywa. Nie chodzi tylko o jego „pochodzenie”, ale o to, że nikt nie zrobił do tej pory na bazie tej rakiety naziemnego systemu obrony powietrznej, a rzecz nie sprowadza się tylko do wykonania kołowej wyrzutni. Osoba, z którą rozmawiałem, mogła się poczuć dotknięta raportem WB, bo kwestionuje on niemal cały jej dorobek, jeśli chodzi o koncepcje systemów obrony powietrznej.

Nie zaproponowałbym nic lepszego niż WB w obecnym klimacie – deklaruje z kolei były wysoko postawiony menedżer PGZ, związany niegdyś z politycznymi kręgami PiS. Tłumaczy, że w ten sposób Narew może być budowana dziesięć lat, politycy mogliby ogłosić jej uruchomienie i przez następny okres pokazywać w telewizji postępy. Cyniczne? Mówi to człowiek, który zna sposób myślenia decydentów obecnej władzy i metody politycznego i propagandowego rozgrywania dużych inwestycji zbrojeniowych.

Co na to wojsko? Zdanie ludzi w mundurach usłyszeć najtrudniej, MON też nie odpowiedział na moje pytanie w sprawie opisywanego raportu. W nieoficjalnych opiniach oficerów zaangażowanych kiedyś w budowę systemu obrony powietrznej można usłyszeć tylko zdumienie. Po pierwsze, tak odważną sugestią zakupu rakiet ze wschodu przez Polskę, frontowy kraj NATO. Sytuacja, w której po latach budowania systemu opartego na rozwiązaniach zachodnich mielibyśmy wybrać pocisk rakietowy ze wschodu, byłaby dziwna, niezrozumiała, dla niektórych wręcz alarmująca. Nawet jeśli to inna skala, Polska nieuchronnie byłaby porównywana z Turcją, której wybór rosyjskich systemów S-400 dla swojej obrony powietrznej wywołał ogromną awanturę. Spolonizowane R-27 zapewne nie rodziłyby takiego zagrożenia dla zintegrowanego systemu obrony powietrznej NATO, ale niesmak pozostałby na wiele lat. Porzucenie caracali to byłby „mały pikuś”.

Czytaj też: Zmieniać czy likwidować? Co zrobić z PGZ

Jak dotrzeć do adresatów raportu

Z drugiej strony Polska i inne kraje na wschodzie Europy używają poradzieckiego sprzętu w obronie powietrznej, bo innego nie mają. Działa, choć nieidealnie. Jak wspomniałem, docelowo marzy nam się system zintegrowany, a nie tylko połączony. Tymczasem znający na wylot podejście Amerykanów oficer przekonuje mnie, że nie ma szans, by R-27 został zintegrowany z systemem dowodzenia i kierowania IBCS. To samo słyszę nieoficjalnie od wytwórcy tego systemu. Z punktu widzenia WB to żadne zaskoczenie, suflowany przez tę firmę pomysł z Wichrami zakłada, że polski powinien być też system dowodzenia i kierowania, bez integracji z zakupionym na potrzeby Wisły IBCS. Wojsko w obecnym układzie decyzyjnym może jednak tylko czekać, co ostatecznie zdecyduje MON i inni politycy.

Natomiast z moich informacji wynika, że zachodni dostawcy uzbrojenia najpierw zamarli w szoku, by po kilku dniach zacząć szukać dojścia do adresatów raportu. O ile jednak ścieżki w MON mieli doskonale wydeptane, o tyle z kancelarią premiera, a tym bardziej z Nowogrodzką, już tak łatwo nie jest. Wielu dyplomatów i wojskowych attaché wspierających oferty swoich rządów zostało nagle wyrwanych ze świąteczno-noworocznego letargu, niejedna ambasada stara się dotrzeć do najważniejszego polityka w Polsce – Jarosława Kaczyńskiego. Można oczekiwać listów, w ostateczności kampanii medialnych, sponsorowanych konferencji czy paneli – arsenał znany i w sumie dość ograniczony. Najważniejszym przekazem, jaki dziś daje się usłyszeć – bo na oficjalne oświadczenia nie ma co liczyć – jest to, że trwa formalny proces decyzyjny, dostawcy są gotowi odpowiedzieć na każde pytanie, podtrzymują wszelkie zobowiązania dotyczące transferu technologii, kompetencji, licencji i kooperacji przemysłowej, i że wcale nie przejmują się działaniami podejmowanymi poza formalną ścieżką. Ale to poza – przejmują się.

Czytaj też: Niewyjaśniona sprawa wypadku polskiego czołgu

MON na dywaniku?

Co może przynieść ta cała akcja w sprawie Narwi? Na początek zapewne pauzę na zastanowienie. Szef MON wraz z wiceministrem od uzbrojenia Sebastianem Chwałkiem (Narew to jego koronny projekt) zostaną wezwani do tablicy i będą musieli tłumaczyć, dlaczego ich zdaniem Narew nie powinna obejmować R-27 Wichru. Być może najwyższe czynniki polityczne zamówią dodatkowe ekspertyzy i analizy, zasięgną zdania sojuszników – część z nich sama o to zadba. Zapanuje nerwowość, a potem może kolejna faza analiz, jeśli komuś na górze przyjdzie jednak do głowy zastanawiać się nad zmianą koncepcji Narwi. Byłaby to decyzja niosąca ogromne skutki, odkładająca zapewne dostarczenie pierwszych baterii na czwartą dekadę stulecia.

Z drugiej strony MON i wojsko mogą próbować bronić części swoich pomysłów przez zmianę koncepcji systemu Wisła, jeśli trzeba będzie „oddać” Narew. Chodzi o dołożenie systemów krótkiego zasięgu, które miałyby chronić baterie patriotów przed dronami, samolotami na niskim pułapie i pociskami manewrującymi. Podejście takie było rozważane jako „opcja awaryjna” na wypadek odłożenia w czasie Narwi. Wtedy, z racji użycia w Wiśle systemu IBCS, zamawiane do osłonowych wyrzutni pociski musiałyby pochodzić od zachodniego dostawcy, dopuszczonego przez Amerykanów. Taka „pierwsza faza” systemu Narew, pod parasolem Wisły, byłaby jednak zapewne bardzo ograniczona, co nie znaczy tania, a w efekcie zdolności obrony powietrznej zwiększyłyby się nieznacznie.

Jeszcze inną reakcją, w sumie najbardziej pożądaną, mogłoby być podjęcie poważnych rozmów z Ukrainą o współpracy technologicznej w przemyśle obronnym. Zebranie pomysłów, odsianie nierealnych albo ryzykownych, ustalenie wspólnych celów i uruchomienie kilku-, kilkunastu programów z porządnym finansowaniem i zarządzaniem. Ukraina ma do zaoferowania wiele potrzebnych Polsce rodzajów uzbrojenia, nauczyła się bardzo dużo o sposobach prowadzenia walki przez Rosję i pod konkretne zadania projektuje nową broń albo adaptuje starą. Naziemnych wyrzutni R-27 nie ma jeszcze w katalogu eksportowym, ale nawet jeśli Polska nie zdecyduje się na ich wprowadzenie do systemu Narew, mogłaby wziąć udział w rozwoju takiego produktu, zwłaszcza jeśli – jak twierdzą sami Ukraińcy – część pracy została już w tym kierunku wykonana.

Czytaj też: Poradziecki sprzęt Polaków w NATO

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Zanim padły strzały II. Czarna wołga i tajemnicze fiolki pod kopalnią „Sosnowiec”

Jesienią 1981 r. w tłum górników kopalni „Sosnowiec” poleciały fiolki z duszącą substancją. Sprawców do dzisiaj nie znaleziono. Także motyw pozostaje niejasny, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że celem było wywołanie wrzenia w kraju i sprowokowanie siłowej konfrontacji.

Jan Dziadul
21.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną