Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Władysław Frasyniuk ma prawo używać ostrych słów

Władysław Frasyniuk w Gdańsku, sierpień 2020 r. Władysław Frasyniuk w Gdańsku, sierpień 2020 r. Łukasz Dejnarowicz / Forum
Po prostu są ludzie, którzy mają prawo o sprawach publicznych mówić mocno i ostro. Na dodatek tak się składa, że ich akurat – zważywszy na życiorysy – trudno posądzać o sianie nienawiści.

Niemożliwy do zidentyfikowania nawet przez dowództwo Straży Granicznej żupak (bo przecież w tej sytuacji nie żołnierz) może wrzeszczeć do obywatela innego państwa „wypier...!” (scenę tę udokumentowano na filmie). Tymczasem, jak się okazuje, Władysław Frasyniuk nie może nazwać takiego zachowania mocnymi słowami, bo zaraz odzywa się chór oburzonych estetów.

Frasyniuk pamięta

Władysław Frasyniuk pamięta. I to, jak za czasów PRL klawisze darli się na przywożonych do więzień ludzi „Solidarności”, i jakich słów wtedy używali pod celą. Sam tego doświadczył, siedząc w ciężkich kryminałach Barczewa i Łęczycy (o innych aresztach nie wspominając). Pamięta także, że tysiące tych, którzy wybrali wtedy emigrację, solidarni obywatele krajów zachodniej Europy, Stanów Zjednoczonych i Kanady, Australii i Republiki Południowej Afryki (a pewnie innych jeszcze zakątków wolnego świata) przyjmowali z otwartymi rękami – dając wikt, opierunek, pracę i solidarne wsparcie.

Frasyniuk wie też, że wolny człowiek może zdobyć się na chociażby symboliczny sprzeciw, choć owszem, bywa to trudne, zwłaszcza w sytuacji presji wynikającej z samego faktu funkcjonowania w mundurze struktur, było nie było, siłowych.

Ewa Siedlecka: Władza legalizuje tortury?

Błaszczak stawia „płot”

Dlatego Władysław Frasyniuk ma prawo używać mocnych słów. Tak samo, jak miał takie prawo chociażby Marek Edelman, przywódca powstania w getcie warszawskim, który równie ostrymi porównaniami traktował np. pacyfikację swego czasu przez władze Warszawy obozowiska Romów pod jednym ze stołecznych mostów. Po prostu: są ludzie, którzy mają prawo o sprawach publicznych mówić mocno i ostro. Na dodatek tak się składa, że ich akurat – zważywszy na życiorysy – trudno posądzać o sianie nienawiści...

Tymczasem taki Mariusz Błaszczak, którego żupacy stawiają na polsko-białoruskiej granicy zasieki z drutu kolczastego, by – jak bełkoczą – zabezpieczyć suwerenność Rzeczpospolitej, używa mowy trawy, opowiadając, że chodzi o „nowy, solidny płot o wysokości 2,5 m”. Mur (np. berliński) się panu jednak źle kojarzy, panie Błaszczak?

Czytaj też: Zasieki na uchodźców. Operacja w stylu Błaszczaka

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną