Kraj

Dlaczego rząd Morawieckiego nie chce pomocy Fronteksu?

Mariusz Kamiński i komendant główny SG gen. dyw. Tomasz Praga Mariusz Kamiński i komendant główny SG gen. dyw. Tomasz Praga Adam Chełstowski / Forum
Polska nadal nie chce Fronteksu na granicy z Białorusią. Wprawdzie rząd Morawieckiego zgodził się na dalsze rozmowy z wysłannikami Brukseli, ale tylko prowadzone w Warszawie.
Szwedka Ylva Johansson, komisarz ds. wewnętrznych, rozmawiała w czwartek wieczorem z ministrem Mariuszem Kamińskim.Lukasz Kobus/Unia Europejska Szwedka Ylva Johansson, komisarz ds. wewnętrznych, rozmawiała w czwartek wieczorem z ministrem Mariuszem Kamińskim.

Komisarz ds. wewnętrznych Szwedka Ylva Johansson rozmawiała w czwartek wieczorem z ministrem Mariuszem Kamińskim podczas naprędce zorganizowanego spotkania w ramach jej długiej lotniczej przesiadki w Warszawie. Nie udało się jej nic wskórać w sprawie skierowania unijnego Fronteksu na granicę z Białorusią. – Podniosłam sprawę wysłania urzędników łącznikowych na granicę. Minister Kamiński odparł jednak, że Polska ma kompetentne służby graniczne – powiedziała nam Johansson.

Szwedka podniosła też temat zgodności czy raczej wątpliwości co do zgodności nowych polskich przepisów o granicy (rozporządzenie ułatwiające zawracanie migrantów) z prawem UE. I w tej kwestii nie doszło do ugody, co wspólnie robić dalej. – Nadal będę chciała rozmawiać na ten temat – zapowiedziała. Natomiast uchyliła się od odpowiedzi, czy zgony na polsko-białoruskiej granicy to wynik jakichś błędów ze strony polskich służb. – Poczekajmy na wynik śledztwa w sprawie okoliczności tych śmierci. Z zadowoleniem przyjmuję to, że je wszczęto – tłumaczy Johansson.

Czytaj też: W lesie na granicy

Unia „nie działa jak Łukaszenka”

Obie strony zgodziły się, że w przyszłym tygodniu przyjedzie do Warszawy delegacja z Komisji Europejskiej na dalsze rozmowy o granicy. Z nieoficjalnych informacji wynika, że na razie chodzi o spotkania w stolicy, a nie o ewentualny wyjazd na pogranicze. Z drugiej strony to znak, że mimo twardej linii Brukseli wobec nielegalnej imigracji i Łukaszenki (jako winnego migracyjnego „aktu agresji”) Komisja Europejska nie zamierza zupełnie odpuścić postulatu humanitarnego postępowania polskiej strony. Komisarz Johansson już parę dni temu podkreślała, że Unia „nie działa jak Łukaszenka”.

Brukseli długo wystarczały wyjaśnienia rządu Morawieckiego, że polskie służby graniczne – znacznie mocniejsze od litewskich i łotewskich – dadzą sobie same radę z napływem migrantów (w tym ewentualnych uchodźców) przez granicę z Białorusią. Zmieniło się to po śmierci pierwszych osób na pograniczu. W Komisji zaczęto wówczas – najpierw nieoficjalnie, a od tygodnia głośno – podkreślać, że „ochrona wspólnej unijnej granicy wymaga respektowania wspólnych unijnych wartości”.

Polska ma prawo i obowiązek chronić granicę zewnętrzną UE. Ale musi to robić w zgodzie z prawem międzynarodowym i unijnym. Chcielibyśmy przejrzystości co do wydarzeń na granicy. Musimy chronić ludzkie życie – mówiła nam wtedy Johansson.

Czytaj też: Slajdy, krew i trupy. Błaszczak i Kamiński na granicy absurdu

Polska nie chce pomocy Fronteksu

Komisja Europejska od zeszłego tygodnia domagała się od polskich władz dopuszczenia na granicę wysłanników ze stałego przedstawicielstwa Komisji w Warszawie, ekspertów od migracji i granic z odpowiedniego wydziału KE w Brukseli, a także skorzystania z pomocy Fronteksu, czyli Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej (z siedzibą w polskiej stolicy). Obecnie chodzi nie tyle o unijnych pograniczników, ile o „urzędników łącznikowych” Fronteksu, którzy zgodnie z przepisami zajmowaliby się m.in. analizą ryzyka migracyjnego dla wspólnoty, propozycjami koordynacji z innymi krajami oraz – to teraz najważniejszy motyw dla Brukseli – przyjrzeliby się metodom stosowanym przez Polaków.

Opór polskich władz wobec postulatu skorzystania z pomocy Fronteksu (obecnie polscy funkcjonariusze uczestniczą w misjach Fronteksu na granicy Litwy i Łotwy z Białorusią) to zapewne m.in. efekt niechęci dopuszczenia na miejsce niezależnych obserwatorów. To takie samo działanie co w przypadku odcinania mediów i organizacji pozarządowych od obszaru granicznego. Sporą rolę może też odgrywać swoista troska o wizerunek „twardej i sprawnej” Polski, której władze podczas największych przesileń migracyjnych ostatnich lat (głównie Grecja i Włochy) zawsze powtarzały, że potrafią same chronić granice Unii, strefy Schengen i NATO. Nie potrzebują wspólnotowej pomocy, ale wskutek dużych wysiłków na granicy z Białorusią czy Ukrainą czują się zwolnione z innych form solidarności, czyli przykładowo z relokacji uchodźców.

Siedlecka: Władza wyrzuca dzieci do lasu

To nie jest kryzys migracyjny?

Przepisy o Fronteksie przewidują procedury „wproszenia się” na granicę zewnętrzną UE poprzez oficjalną propozycję pomocy dla kraju Unii albo nawet – w sytuacjach mocno kryzysowych dla szczelności granic strefy Schengen – na podstawie decyzji Rady UE, czyli unijnych ministrów spraw wewnętrznych. Jej zignorowanie teoretycznie grozi odcięciem danego kraju od Schengen za pomocą wewnątrzunijnych kontroli granicznych, ale nigdy w Brukseli nie sięgnięto po ten radykalny środek. A sytuacji na polsko-białoruskiej granicy obecnie jest daleko – z punktu widzenia całej wspólnoty – nawet do miana „kryzysu” migracyjnego.

Komisja Europejska w ogłoszonym w tym tygodniu raporcie o granicach przewiduje na ten rok lekki wzrost nielegalnej migracji do całej Unii. W 2019 r. było to ok. 140 tys. ludzi, w pandemicznym 2020 ok. 120 tys., czyli mniej więcej tyle, ile już do dziś nielegalnie dotarło do UE od początku tego roku (od stycznia ponad 1,2 tys. osób zginęło na Morzu Śródziemnym).

Wzrost nielegalnej migracji przez Morze Śródziemne z wybrzeży Afryki Północnej notują w tym roku Włochy, a także Hiszpania, zwłaszcza z powodu zwiększonego ruchu na bardzo niebezpiecznym „szlaku atlantyckim” na Wyspy Kanaryjskie. Natomiast nadal spada napływ migrantów do Grecji przez Morze Egejskie z wybrzeży tureckich, ale rośnie nielegalna migracja na Cyprze przez lądową „zieloną linię”, czyli granicę z Cyprem Północnym.

Czytaj też: Polskie państwo krwawi, narasta atmosfera opresji

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną