Kraj

Przylatują nowe samoloty dla VIP-ów. Za co zapłaciliśmy 2 mld zł?

Boeing „Roman Dmowski” na warszawskim lotnisku Boeing „Roman Dmowski” na warszawskim lotnisku Piotr Czarnyszewicz / •
W Warszawie wylądował w czwartek „Roman Dmowski”, czyli Boeing 737-800BBJ do przewozu najważniejszych osób w państwie, za chwilę ma dolecieć bliźniaczy „Ignacy Jan Paderewski”. Samoloty zostały kupione bez przetargu, a szczegóły wyposażenia pozostają tajemnicą.

Nowe maszyny dołączyły do Boeinga 737-800 w wersji standardowej „Józef Piłsudski”, który pracuje dla rządu od prawie czterech lat. We flocie dla VIP-ów są jeszcze dwa małe, 19-miejscowe gulfstreamy G550, „Kazimierz Pułaski” i „Józef Poniatowski”. Pięć odrzutowców to bardzo dużo, jeśli nie za dużo. Bo samoloty rządowe powinny być używane wyłącznie do przewozu najwyższej rangi urzędników w ramach oficjalnych podróży. A grono uprawnionych powinno ograniczać się do prezydenta, premiera oraz marszałków Sejmu i Senatu.

Tajemnicze wyposażenie saloników

„Dmowski” i „Paderewski” różnią się od „Piłsudskiego” głównie tym, że zamontowane w nich dodatkowe zbiorniki paliwa umożliwiają przelot nad Atlantykiem jednym skokiem. Ich zasięg to 11 tys. km. Wyposażone są w silniki CFM International i osiągają prędkość podróżną 850–900 km/h. Dodatkowe wyposażenie stanowi m.in. system IFF (Friend or Foe), czyli identyfikacja „swój czy obcy” – bardzo przydatna, gdy maszyna wlatuje w przestrzeń objętą działaniami militarnymi.

Precyzyjny GPS jest wspomagany systemami, które uniemożliwiają blokadę sygnału z satelity. W nowych rządowych boeingach zainstalowano także własny system obrony. Gdyby w ich kierunku ktoś wystrzelił rakietę, gorące race przyciągną pocisk i ochronią samolot. Transmisja danych z pokładu maszyny może być kodowana i tajna, co umożliwia zarządzanie państwem z powietrza.

„Dmowski” i „Paderewski” zabiorą 66 pasażerów: sześciu w klasie VIP, pozostałych w klasach „business” i „economy”. Na pokładzie znajduje się gabinet lekarski, wyposażony w urządzenia ratujące życie. Szczegóły dotyczące wyposażenia kabiny pasażerskiej, saloników, urządzeń rozrywki pokładowej, kuchni oraz materiałów do tego użytych i kosztów wykonania władza chce zachować w tajemnicy. Może dlatego, że w obecnej sytuacji jakoś niezręcznie chwalić się luksusem, zwłaszcza kupionym za publiczne pieniądze.

Przetargu nie było

Dlatego nie dowiemy się, czy pieniądze publiczne – 2 mld 145 mln zł za wszystkie pięć samolotów – dobrze wydano. Podczas profesjonalnej procedury przetargowej komisja ustaliłaby, jaka flota rządowa jest Polsce potrzebna i które samoloty do tego nadają się najlepiej.

Na oko jest trochę wątpliwości. Choćby taka, że boeingi 737-800 nie są już produkowane; te nasze to ostatnie, jakie zeszły z linii montażowej w Seattle. Teraz Boeing oferuje samoloty dla VIP-ów z wykorzystaniem nowszego modelu rodziny 737. Podobnie nie są już budowanie gulfstreamy w wersji G550, którą zastąpiła wersja 600.

Warto też przypomnieć, że Unia Europejska i państwa do niej aspirujące, czyli np. Ukraina, do floty rządowej zaprzęgły najnowocześniejsze airbusy A319 CJ Corporate Jet. Ale żeby zachować bezstronność, trzeba przypomnieć, że nie tylko tej władzy, ale żadnej poprzedniej nie udało się przez 30 lat III RP przeprowadzić profesjonalnego przetargu na rządowe samoloty.

Czytaj też: Czym latają politycy na świecie

Na Zachodzie liczą się z publicznymi pieniędzmi

W Unii maszyn rządowych używa się tylko do przewozu oficjalnych delegacji podczas wizyt państwowych. Wyjątków od tej reguły jest naprawdę bardzo niewiele. Zasada, że samoloty rządowe służą wyłącznie do ułatwienia pracy, a nie życia, w cywilizowanej Europie jest twardo przestrzegana. Politycy i urzędnicy dobrze wiedzą, jakie konsekwencje by ich spotkały, gdyby dopuścili się prywaty. Niejeden już stracił pracę za użycie służbowej karty bankowej do celów prywatnych.

Loty planowane są więc z dużym wyprzedzeniem, a obywatele mają powszechny dostęp do informacji, kto, gdzie, kiedy i w jakim celu podróżował. Wystarczy kliknąć w odpowiednią zakładkę na stronach internetowych. Dlatego maszyny dla VIP-ów są używane rzadko, a floty rządowe są małe, w średniej wielkości państwie europejskim składają się z dwóch–trzech samolotów. Wyposażenie wnętrza kabiny pasażerskiej jest bardziej użytkowe niż luksusowe i montowane przez producentów seryjnie – wzbogacone jedynie o elementy dekoracyjne z barw narodowych lub herbów.

Czytaj też: Dokąd i po co lata Duda? Publikujemy listę lotów prezydenta

W Polsce trochę jak na Wschodzie

Czyli u nas „władzy się należy”. Politycy chętnie korzystają z przywilejów, ale równocześnie akceptacja społeczna jest zdecydowanie większa niż na zachodzie Europy. Pokazuje to, jak długa jeszcze jest droga do budowy społeczeństwa obywatelskiego z prawdziwego zdarzenia, w którym grosz publiczny jest równie istotny co ten we własnej kieszeni.

Samoloty rządowe zawsze były u nas wykorzystywane do prywatnych celów, ale nigdy tak ekstremalnie często co w ostatnich latach. Donald Tusk latał z Warszawy do Gdańska – ktoś przypomni – ale gdy zobaczył, jak funkcjonuje władza w Unii Europejskiej, to na weekendy z Brukseli do Polski przylatywał już tanimi liniami. Skala tego, jak PiS wykorzystuje publiczne pieniądze do uprzyjemniania sobie życia, przekracza wszelkie granice. Już dawno temu posłanka, dziś marszałek Sejmu Elżbieta Witek, domagała się osobnego przedziału w pociągach. Europosłowie podróżują do Brukseli pierwszą klasą, która w liniach lotniczych jest dwa–trzy razy droższa od ekonomicznej.

Rekord prywaty dzierży wciąż były marszałek Sejmu Marek Kuchciński. Ma za sobą 92 podróże rządowym samolotem na trasie Warszawa–Rzeszów w towarzystwie krewnych i znajomych. Zapłacił za to wprawdzie utratą stanowiska, ale śledztwa w sprawie nie ma. Nie tylko dlatego, że związana z władzą prokuratura nie chce go prowadzić, ale też dlatego, że nie ma w tej sprawie żadnego społecznego nacisku. W państwie, w którym afera goni aferę, nikt już o podróżach Kuchcińskiego nie pamięta. Jak donoszą media, prokuratura ściga, ale nie byłego marszałka, tylko osobę, która o jego lataniu powiadomiła prasę.

Szkoda, tym bardziej że kontrola społeczna wykorzystania samolotów rządowych jest bardzo prosta do przeprowadzenia. Każda maszyna, która wznosi się w powietrze, może być dla każdego z nas widoczna na ekranie komputera lub smartfonie. W aplikacji Flightradar24 samoloty te są oznaczone literami PLF plus trzy cyfry. Boeing 737 „Józef Piłsudski” to PLF 110, „Dmowski” – PLF 111, „Paderewski” – PLF 112, Gulfstream „Poniatowski” – PLF 105, a „Pułaski” – PLF 106.

Co zatem szkodzi od czasu do czasu zerknąć w ten sposób na niebo i skontrolować rządzących? W minionych dwóch tygodniach samoloty rządowe odwiedziły Keflavik, Lublin, Wrocław, Szczecin, Rzeszów, Pragę, Poznań i Saint Louis. Potrzebnie czy niepotrzebnie? Tego nie wiemy. Warto sprawdzać.

Krótko o historii

Nieistniejący już 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego powstał chwilę po wojnie, w 1945 r. Miał się zająć transportem wysokiej rangi urzędników, ale w PRL podczas oficjalnych wizyt państwowych dygnitarze korzystali z maszyn wypożyczanych od LOT. Trochę po to, by promować linię, przede wszystkim jednak czuli się bezpieczniej. Dopiero w III RP władza na dobre przesiadła się do maszyn rządowych.

Pomysłów na skonfigurowanie floty było dużo, można rzec: co rząd, to nowy projekt. Zaczęło się na bogato, bo na początku lat 90. ktoś wymyślił, żeby Polska miała takie same samoloty rządowe co prezydent USA, czyli wielkie boeingi 747, Jumbo Jet. Miały być aż trzy. Do zamówienia ostatecznie nie doszło, ktoś w porę się połapał, że to nie ma sensu. W latach 90. i na początku dwutysięcznych w czasie dużej aktywności Polski na arenie międzynarodowej wszystko załatwiały dwa tupolewy 154M. Pracowały na okrągło, jak woły robocze. Woziły VIP-ów, były wykorzystywane w misjach humanitarnych, do transportu wojska, przywoziły obywateli polskiego pochodzenia na wycieczki i wakacje do starego kraju.

Erę tupolewów zakończył Smoleńsk. Na czas prowizorki i oczekiwania na nowe maszyny do pracy władza zaprzęgła LOT, który komercyjnie przekazał swoje dwa samoloty z załogami. Antoni Macierewicz, gdy został ministrem obrony narodowej, postanowił przejść do historii nie tylko jako specjalista od badania przyczyn lotniczych katastrof, ale też jako osoba, która ostatecznie rozwiąże problem pozyskania nowych samolotów dla władzy.

Zrobił to na skróty i częściowo źle, bo sprowadzony do kraju w 2017 r. Boeing 737-800 „Józef Piłsudski” zupełnie nie nadaje się do zadań, jakie ma wykonywać. Zwykła, seryjna maszyna dla linii o jedynie średnim zasięgu, którą przypadkowo udało się kupić, bo jeden z chińskich przewoźników zrezygnował z odbioru. Ale efekt medialny był, uroczyste powitanie samolotu na lotnisku w Warszawie i zdjęcia Macierewicza za sterami poszły w Polskę.

Saga się kończy

Mimo wielu wątpliwości trzeba uznać, że Polska ma wreszcie przyzwoitą, nowoczesną flotę rządową. Teraz trzeba o nią dbać i przestrzegać procedur, mając w pamięci, że tragedie i problemy, jakie mieliśmy, nie wynikały z przyczyn technicznych. Wynikały z omijania i braku szacunku dla procedur.

Trzeba też systemowo wprowadzić takie rozwiązania, które uniemożliwią przedstawicielom tej i każdej następnej władzy traktowanie rządowej floty jako taksówki na telefon. Tego wymaga szacunek do państwa, do obywateli, do grosza publicznego i do pracowników 1. Bazy Lotnictwa Transportowego, którzy wykonują trudną i bardzo odpowiedzialną pracę.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną