Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kraj

Pląsawica PiS, czyli jak prezes rzekomo opozycję przechytrzył

Posiedzenie Sejmu. 8 lutego 2022 r. Posiedzenie Sejmu. 8 lutego 2022 r. Andrzej Hulimka / Forum
Są cztery interpretacje tego, dlaczego wniesiono lex Kaczyński. Największą popularność ma wykładnia à la wina Tuska. Miało być tak: prezes zastawił pułapkę na opozycję.

Wedle encyklopedii „pląsawica, zwana chorobą św. Wita, była w mrocznej epoce średniowiecza swoistym piętnem, nasuwającym przypuszczenie o związkach chorego z siłą nieczystą”. Przypomniana mroczna epoka należy do odległej przeszłości – my żyjemy w świetlanej nowoczesności, np. pod rządami Zjednoczonej Prawicy w Polsce. A skoro tak, to posądzanie pląsających parlamentarzystów o związki z siłami nieczystymi byłoby dużym nietaktem, tym bardziej że mają oni koneksje z zupełnie innymi mocami.

Polska zawierzona Matce Boskiej

Pani Witek, marszałkini Sejmu, maszerowała 2 lutego na czele dorocznej parlamentarnej pielgrzymki na Jasną Górę i dokonała zawierzenia jej uczestników Matce Boskiej w słowach: „Królowo Polski, wyproś nam, posłom i senatorom, mądrość i odpowiedzialność w podejmowanych decyzjach. Czyń wrażliwymi nasze sumienia, byśmy zawsze mieli na względzie dobro wspólne, czyli dobro ogółu i każdego bez wyjątku człowieka, by wszystko, co robimy, stanowiło przejaw poszanowania godności osoby ludzkiej”.

Jako agnostyk nie mam zamiaru natrząsać się z religijnych poczynań p. Witek, chociaż uważam je za przejaw niezrozumienia miejsca religii w polityce, podobnie jak wypowiedź abp. Depy: „Nie wiadomo bowiem, dlaczego polityk katolik miałby zawieszać swoją wiarę w działalności politycznej, a polityk ateista może na swoim ateizmie się opierać. Wszak ateizm czy też obojętność religijna wcale nie są bardziej demokratyczne niż wiara chrześcijańska”. Rzeczony hierarcha zdaje się nie pojmować, że publiczne demonstrowanie światopoglądu dla uzasadnienia słuszności działalności politycznej ma tyle wspólnego z demokracją, ile wyznaczenie Ujgurki do zapalenia znicza olimpijskiego w Pekinie dla „dowodu”, że w Chinach nie ma prześladowań narodowościowych.

Natomiast tyrada p. Witek (i udział parlamentarzystów w pielgrzymce) dość szczególnie wygląda na tle tego, co działo się w Sejmie 1 lutego, czyli przeddzień wyprawy na jasnogórskie wzgórze. I do tych wydarzeń odnosi się tytuł niniejszego felietonu.

Sikorski: Madrycki sabat przyjaciół Putina

Prawicowe ławy świeciły pustkami

Dokładniej mówiąc, chodzi o debatę nad projektem ustawy zwanej lex Kaczyński. Pisałem o niej tydzień temu w tekście „Testomania ad Hoc”. Inicjatywa ustawodawcza sygnowana nazwiskiem Jego Ekscelencji została zgłoszona w miejsce tzw. lex Hoc, uznanego za całkiem rozsądny projekt i na dodatek mającego ponadpartyjne poparcie. Nowy pomysł nie znalazł poparcia w sejmowej komisji zdrowia (wnioskowała o odrzucenie), a w głosowaniu plenarnym przegrał z kretesem ­­– 253 posłów było za odrzuceniem (w tym 24 z PiS), 52 było przeciw (wszyscy z PiS), 37 wstrzymało się od głosu (25 z PiS) – nadto nie głosowało 16 posłów z PiS.

Niezwykłe były wizualne atrakcje w trakcie debaty. „Prawicowa” część sali była praktycznie pusta, co znaczy, że nie pojawili się posłowie, którzy podpisali projekt, w tym sam Nowy Lider Wolnej Europy, a więc główny sygnatariusz. Ławy rządowe w całości świeciły pustkami, a to znaczy, że nawet p. Niedzielski, rządowy macher (trudno to inaczej określić) od zdrowia, olał debatę. Debata rozpoczyna się od wystąpienia przedstawicieli klubów poselskich. Klub PiS wywołano jako pierwszy, ale okazało się, że nie ma przedstawiciela. Po głosach w imieniu klubów parlamentarnych przemawiają posłowie indywidualnie, tj. na swój rachunek. Dobrozmieńcy byli reprezentowani przez p. Kurowską (tę od Andrzeja Boboli) i p. Kowalskiego (szczęsnego wynalazcę terminu „sanitaryzm”) – oboje ostro krytykowali lex Kaczyński i oczywiście głosowali przeciw.

Za był np. p. Bortniczuk, który oddał głos przy pomocy tabletu, rezydując w siedzibie TVP. Zapytany, dlaczego głosował w takich okolicznościach, wyjaśnił z polityczną szczerością: „Mam podzielną uwagę. Skoro są takie możliwości, to dlaczego miałbym ich nie wykorzystać?”. W pewnym momencie Lady Reasumpcja, tj. p. Witek, przekazała prowadzenie obrad p. Zgorzelskiemu, wicemarszałkowi Sejmu. Zapomnieli wyłączyć mikrofon i następujący dialog został zarejestrowany. Pan Zgorzelski: „Rozpoczynamy program pod nazwą dzień świra”, p. Witek: „Tak jest”.

Udokumentowała to już w czasie debaty, jeszcze przed posiedzeniem komisji zdrowia, gdy Jego Ekscelencja postanowił zabrać głos w obronie pomysłu Jego Imienia. Wszelako porządek wystąpień był już zakończony, ale Lady Reasumpcja zarządziła dwuminutową przerwę, aby regulaminowi obrad stało się zadość. To wszystko wyglądało na pląsawicę – może nie św. Wita, ale kogoś o podobnym mianie. Niewykluczone, że to doświadczenie umocniło p. Witek w zamiarze udania się na Jasną Górę, ale trudno rokować w sprawie skuteczności wniesionego przez nią zawierzenia, ponieważ wyroki sił nadprzyrodzonych chodzą własnymi ścieżkami, niekoniecznie zgodnymi z nadziejami dobrozmieńców. Mój pogląd, całkowicie świecki, a więc mniej demokratyczny wedle p. Depy, jest taki, że modły o wyproszenie mądrości po stronie klubu parlamentarnego PiS nie mają wielkich szans na spełnienie.

Czytaj też: Upadek lex Kaczyński. Tylko wypadek przy pracy?

Mądry Bochenek po szkodzie

Pomijając sprawę udziału transcendentnej Opatrzności w respektowaniu dobra wspólnego w działaniach PiS, notuje się cztery interpretacje tego, dlaczego wniesiono lex Kaczyński. Pierwsza wskazuje na to, że ustalanie, kto kogo zaraził (z ewentualnym donoszeniem), stanowi właściwe środki intensyfikacji walki z pandemią. Jeśli ta wykładnia jest zasadna, to poziom intelektualny twórców odrzuconego projektu wygląda na żenujący, co dodatkowo potwierdzają rozliczne komentarze aktywistów tzw. dobrej zmiany, np. p. Bochenka, że skoro projekt był zły, to trzeba było usiąść do dyskusji i go poprawić (sam autor tej „strategii” jakoś nie kwapił się do poprawiania – znane przysłowie może warto zmienić na „mądry Bochenek po szkodzie”).

Druga interpretacja: PiS najwyraźniej uznaje, że obecne środki antypandemiczne wystarczają i należy sprawy pozostawić własnemu biegowi. Z tego powodu przygotował ustawę, o której można było założyć, że nie przejdzie. Byłby to kolejny przejaw nie tylko głupoty, ale i nieodpowiedzialności – nic nie wskazuje na to, że koronawirus się cofnie, a nawet gdyby takowe prognozy miały swoje podstawy, to środków zapobiegawczych nigdy za mało, bo kolejna niebezpieczna mutacja jest na tyle prawdopodobna, że warto przygotować się wszelkimi metodami, w tym szczepieniami i paszportami covidowymi. Mogą tutaj grać rolę także partykularne obsesje, np. p. Czarnka, który chyba śni po nocach, aby uczniowie znowu znaleźli się w budynkach szkolnych.

Lex Czarnek, czyli prawa mniejszości

Trzecia interpretacja zakłada, że Jego Ekscelencja chciał się przekonać, na kogo może liczyć (ile ma szabel?). Jeśli tak, to trzeba ten chwyt podobnie ocenić jak poprzedni, tj. stwierdzając, że to również głupota i brak odpowiedzialności. Przypuszczalnie próba sił odbędzie się w związku z ponownym głosowaniem nad lex Czarnek, odrzuconym przez Senat. Za preludium można uznać wypowiedź p. Rzymkowskiego, wiceministra od edukacji (sprawa dotyczyła współpracy szkół z WOŚP): „Tak, oczywiście, [sztab WOŚP] będzie musiał uzyskać zgodę wszystkich rodziców”, a na pytanie: „A jak jeden tata lub jedna mama się sprzeciwi?”, od razu wyjaśnił: „To trzeba poszanować prawa mniejszości. Na lekcje religii też nie zmuszamy wszystkich. Ja to szanuję w pełni, jeśli rodzic nie chce, żeby dziecko chodziło na lekcje religii, to nie musi chodzić. Nikt nie zmusza tego dziecka do chodzenia na religię i kontakt z katechetą”.

To wyznanie znakomicie uzupełnia diagnozę p. Depy – prawa mniejszości są OK, gdy są przeciw Owsiakowi, ale wola większości nie ma znaczenia, gdy jest popierany. Szykuje się niezła pląsawica. Zapewne przy pełnej sali.

Czytaj też: Lex Kaczyński, czyli pies z głową kota

Kaczyński zastawia pułapkę

Największą popularność ma wykładnia à la wina Tuska. Miało być tak: p. Prezes (wiadomo kto) zastawił pułapkę na opozycję. Lex Hoc było groźne, bo zdobyło poparcie antypisu. To osłabiało narrację o tzw. totalniakach sabotujących poczynania dobrozmieńców zmierzających do tego, „aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” plus „aby Polska była Polską”.

Aby zachować oficjalny „trynd” (też wyrażenie z czasów Gierka), wymyślono absurdalny projekt. Pani Maląg rzecz tak ujęła: „Prezes Kaczyński świetnie rozegrał tę sprawę. Przedstawił konkretną ustawę, którą również opozycja mogła poprzeć”. Dalej wywodziła, że „absolutnie nie jest” to próba zrzucenia odpowiedzialności na opozycję, bo „sprawa walki z koronawirusem jest ponad podziałami politycznymi”, ale „opozycja tradycyjnie wszystko krytykuje”.

Ponieważ zrozumiałe, że p. Marlena nie chce wyłożyć wszystkich kart na stół, poszukajmy jakiejś innej diagnozy. Oto ona (słowa anonimowego blogera): „Kaczyński ograł i ośmieszył opozycję. Po wczorajszym głosowaniu nad lex Kaczyński jej patron zacierał ręce, a jego propagandziści trajlowali, że opozycja zamiast skupić się na wprowadzeniu do ustawy własnych rozwiązań w tym zakresie, wybrała po raz kolejny drogę politycznej hucpy. Krzyki, obelgi to jedyne, co opozycja wniosła do tej ustawy. Po wyniku głosowania nie było euforii, bo być jej nie mogło. Odrzucenie ustawy postawiło opozycję w fatalnym społecznym przekazie. PiS dowiódł, że cokolwiek w tym zakresie robi, natomiast opozycja znalazła się z przysłowiową ręką w nocniku. Zawaliła się cała strategia opozycji, która miała doprowadzić do upadku PiS. Okrzyki z poselskich ław do dymisji były kwileniem dorzynanego wieprza. Trudno jest rządzić krajem, w którym opozycja nie ma żadnych alternatywnych rozwiązań poza obrażaniem politycznych konkurentów. Mam gorącą nadzieję, że wyborcy będą mieli takie zachowania opozycji na uwadze przy wrzucaniu kart do urn. OPOZYCJO!!! Aby rządzić, należy cokolwiek mądrego społeczeństwu zaproponować. Pomysł z wyborem na szefa PO niemieckiego najemnika przynosi pomału efekty. Nikt rozsądny z tym człowiekiem w Polsce rozmawiał nie będzie, a tym bardziej nie uwierzy w to, co on i jemu podobni chcą przekazać Polakom”.

Te proste i żołnierskie słowa, korespondujące ze stanowiskiem p. Bochenka, zostały poparte autorytetem mojego ulubionego prof. Brody, który tak naucza: „Każdy przecież widział, że antycovidowa ustawa, dla której posłowie PiS mieli pełną swobodę głosowania zgodnie ze swoimi poglądami, jest wyzwaniem dla opozycji, by jasno określili swoje podejście do walki z pandemią. To wyzwanie było dla opozycji pułapką, a gdy w nią wpadli, ich zachowanie przyniosło kolejną kompromitację. Przypuszczam, że większość obserwatorów tak to zobaczyła, a oni sami też poniewczasie zrozumieli”. Starożytni słusznie mówili: „Barba non facit philosophum” (broda nie czyni mędrcem).

Czytaj też: Jak opozycja ma wygrać wybory? Trzy tropy

Covid a kwestia sumienia

Jedna z uwag prof. Brody, podzielana przez p. Piechę (puszył się jak paw, że nie było dyscypliny partyjnej, co, ho, ho, ho, znamionuje demokratyzm w klubie PiS) i p. Maląg („nie było dyscypliny w tym temacie”), jest osobliwa. Otóż regulacje antycovidowe podlegają przede wszystkim ocenom z punktu widzenia wiedzy, a nie subiektywnych przekonań i sumienia. Parlamentarzysta ma oczywiście prawo do tego, aby nie wierzyć w skuteczność szczepień, pokładać nadzieje w zawierzeniu posłów i senatorów Matce Boskiej czy oczekiwać, że interwencja św. Andrzeja Boboli zabezpieczy granicę polsko-białoruską przed uchodźcami, ale stawianie na jednej szali irracjonalnych poglądów, nawet wypływających ze szczerej (o ile) wiary religijnej oraz uzasadnionych naukowo przekonań, świadczy o myślowej pląsawicy.

Kazimierz Ajdukiewicz ostrzegał: „Lepiej jest pożywać pewną, choć skromną strawę rozumu niż w obawie, by nie przeoczyć głosu Prawdy, pozwolić na pożywanie wszelkiej niekontrolowanej strawy, która może częściej jest trucizną niż zdrowym i zbawiennym pokarmem” („Zagadnienie i kierunki filozofii”, 2004, s. 52), ale ta przestroga nie znajduje dostępu do umysłów osób mieniących się Prawymi i Sprawiedliwymi.

Czytaj też: Omikron w natarciu, a rząd nie robi nic

Ustawa Hoca czy lex ad Hoc

Niezależnie od filozoficznych kontrowersji warto zauważyć, że dobrozmieńcy preferują dyscyplinę partyjną jako regułę, nawet gdy taki sposób głosowania koliduje z kryteriami racjonalnego podejmowania decyzji, natomiast podpiera ich partyjne interesy. Nie ma wątpliwości, że bywają sytuacje, gdy dyscyplina jest wymagana i rozsądna, ale decyzje dotyczące pandemii mają być, powtarzam to po raz kolejny, oparte na wiedzy, a nie na wizerunkowych manewrach z jakiejkolwiek strony.

Wprawdzie można uznać, że polityczne podchody w sytuacji poważnego zagrożenia epidemicznego są kolejnym przejawem głupoty i nieodpowiedzialności dobrozmieńców oraz świadczą o braku kompetencji do sprawowania władzy, ale wzywanie do dymisji rządu z powodu klęski lex Kaczyński jest wątpliwe, bo i tak niczego nie zmieni, a tylko daje asumpt do durnowatych uwag, takich jak wyżej cytowane.

Skoro projekt Hoca miał poparcie opozycji i naprędce został zmieniony na, by tak rzec, lex ad Hoc, było jasne dla każdego zdrowo myślącego człowieka, że proponowanie zmian mających na celu przywrócenie pierwotnego kształtu regulacji dotyczących szczepień i kontroli na podstawie paszportów covidowych nie znajdzie poparcia wśród czynowników tzw. dobrej zmiany.

Czytaj też: „Łagodniejszy” omikron zgotuje nam armagedon

A zaraza za nimi w ślad biegła

Jak zwykle swoistym barometrem dla intencji dobrozmieńców jest narracja TVP. Oto ona: „Opozycja sabotuje walkę z koronawirusem. Totalna opozycja w Sejmie zagłosowała przeciwko przepisom, które miały zmotywować i zachęcić wielu Polaków do szczepień na covid-19. Komentatorzy mówią o hipokryzji, bo to kolejny przykład, który ich zdaniem obnaża zmienność poglądów, a co za tym idzie – brak wiarygodności przeciwników rządu”.

To gadka p. Danuty Holeckiej, prezenterki TVP. Trudno zrozumieć, jak „prawo” Kaczyńskiego miało motywować do szczepień, skoro ten projekt nic w tym zakresie nie miał regulować. A może p. Danuśka dla pokrzepienia serc rodaków skorzystała ze staropolskiego zwyczaju, czule objęła koronawirusa i wylewnie rzekła: „Mój ci jest” w imieniu tzw. dobrej zmiany? A ten, jak Zbyszko z Bogdańca, natychmiast zaciągnął się pod komendę Miłościwie Panującego Władcy, tj. Jego Ekscelencji, i oszczędził Jego poddanych.

Problem w tym, że – jak mawiał poeta – nas, biednych ludzi, rzeczywistość ze snu budzi, gdyż może być tak (to też parafraza narodowej klasyki):

Wyborcy trwożni z miasta uciekli,
Zaraza za nimi w ślad biegła,
Niektórzy z ziemi swej się wywlekli,
Reszta ich potem poległa.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną