Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kraj

Polska zatyka dziurę w niebie. Efekt wojny w Ukrainie

Zatwierdzenie umowy na dostawę elementów systemu „Narew”. 14 kwietnia 2022 r. Zatwierdzenie umowy na dostawę elementów systemu „Narew”. 14 kwietnia 2022 r. Andrzej Hulimka / Forum
Jeszcze w tym roku wojsko ma dysponować dwoma nowoczesnymi zestawami obrony powietrznej krótkiego zasięgu. To próba nadgonienia opóźnienia w budowie najważniejszego systemu obronnego polskiej armii.

Szykuje się iście ekspresowa dostawa sprzętu, na który w normalnych warunkach trzeba by czekać latami. Od września, a najdalej do pierwszych tygodni 2023 r. wojsko ma dostawać wyrzutnie systemu przeciwlotniczego krótkiego zasięgu, znanego pod kryptonimem „Narew” (w jego niepełnej, zalążkowej wersji). Pociski rakietowe CAMM i wyrzutnie iLauncher dostarczy wybrany jako dostawca rakiet dla całej „Narwi” brytyjski oddział europejskiej firmy MBDA. Resztą, czyli podwoziami, pojazdami towarzyszącymi, systemem dowodzenia, łącznością i spięciem wszystkiego ze wszystkim, zajmie się Polska Grupa Zbrojeniowa.

Efektem tych prac ma być sześć wyrzutni, podzielonych po równo na dwie jednostki ogniowe, zdolnych do odpalenia w sumie 48 rakiet przechwytujących cele powietrzne. Nie wiadomo, ile tych rakiet będzie w zapasie, na początek zapewne niewiele, bo docelowo pociski te mają być produkowane w Polsce na licencji, a tak szybko nie da się tego zrobić.

Czytaj też: Dlaczego „Narew” jest kluczowa

Efekt napaści na Ukrainę

Ten zakup jest częściowo „z półki” od brytyjskiego producenta, a częściowo prowizorką – składakiem z tego, co dziś jest dostępne w krajowym przemyśle i w wojsku. Na przykład mobilne stacje radiolokacyjne Soła na pojazdach terenowych są tymczasowe. Docelowe, zaprojektowane z myślą o „Narwi” wysokie radary masztowe „Sajna” na wielkim czteroosiowym podwoziu Jelcza, wciąż nie są gotowe. Przejściowy ma być polski system dowodzenia. Docelowo „Narew” będzie zintegrowana z systemem antyrakietowym „Wisła” przez amerykański IBCS (tego również nie da się zrobić, choćby dlatego, że IBCS nie jest jeszcze przez USA eksportowany).

Przy najlepszych intencjach i najszybszych procedurach budowa zintegrowanej obrony powietrznej potrwa jeszcze kilka lat. Co nie znaczy, że tak bardzo potrzebnych zdolności nie da się tworzyć szybciej, i to właśnie chce pokazać szef MON Mariusz Błaszczak, dla którego szybkość dostaw to ostatnio priorytet. W odróżnieniu od kilku poprzednich ten zakup idzie w kierunku już ustalonym i choć rodzi ryzyka, jak każda polska prowizorka, to znacznie poprawi stan obrony powietrznej. Ta „prawie Narew” będzie pierwszym zachodnim systemem przeciwlotniczym w siłach zbrojnych RP i pierwszym zdolnym do zwalczania wielu celów naraz.

Nasze obecne i przestarzałe systemy są jednokanałowe: ich jednostki ogniowe dają radę jednocześnie kierować pociski na jeden cel. Tymczasem nawet przejściowy radar będzie mógł śledzić 99 celów naraz, a nowy system umożliwi kierowanie na nie każdej z 48 rakiet. Różnicy tłumaczyć nie trzeba. System ma być pokazany na poligonie wczesną jesienią, bo jeszcze przed przyjęciem do służby musi wykonać strzelania. Zapewne startująca rakieta „Narwi” znajdzie się później w wyborczych spotach PiS, ale przed tym i tak nie uciekniemy.

Przyspieszenie zakupu to także bezpośredni efekt wojny w Ukrainie. Wojskowi od dawna wiedzieli, ale decydenci polityczni być może musieli się naocznie przekonać, że bez skutecznej obrony powietrznej kraj nie jest w stanie skutecznie odpierać agresji. Systemy obrony powietrznej Ukrainy okazują się kluczowe dla ograniczenia rosyjskiego okrucieństwa, a nawet po siedmiu tygodniach wojny są w stanie zestrzeliwać samoloty i śmigłowce.

Czytaj też: Tarcza antyrakietowa. Jak działa i dlaczego jest nam potrzebna?

10 mln dolarów wystrzelonych w kilka sekund

Rosja, według ukraińskich danych, straciła już po 150 statków powietrznych każdego rodzaju. Systemy rakietowe potrafią też strącać nadlatujące bardzo nisko nad ziemią pociski samosterujące, które Rosjanie wysyłają na lotniska, bazy paliwowe, obiekty infrastruktury, a czasem kierują w budynki mieszkalne i urzędy lokalnych władz. Ukrainie udaje się nawet trafiać w pociski balistyczne, mimo że posiadane przez nią poradzieckie systemy przeciwlotnicze S-300 to pierwsza generacja współczesnej broni antyrakietowej. Nie ma wątpliwości, że prawdziwie nowoczesne technologie przeciwlotnicze i przeciwrakietowe byłyby skuteczniejsze, a może wręcz doprowadziły do tak pożądanego przez Ukraińców „zamknięcia nieba”. Stuprocentowej osłony nie daje żadna broń, ale wystarczy odstraszenie pilotów maszyn załogowych przez wykazanie dużego prawdopodobieństwa trafienia i odpowiedniej skuteczności obrony przed pociskami manewrującymi i bezzałogowcami.

Dokładnie o to chodzi w polskim „wielkim planie” na zintegrowaną obronę powietrzną i antyrakietową. Plan istnieje od dawna, ma ponad 15 lat, ale z realizacją przez długi czas było bardzo słabo. Tak naprawdę dopiero pierwszy atak Rosji na Ukrainę z 2014 r. oraz wzrost rosyjskiej agresji wobec sąsiadów z NATO wymusił przyspieszenie i decyzję o zakupie amerykańskich patriotów. Technologię antyrakietową trzeba było w całości kupić za granicą, nasza zbrojeniówka nie zna się na tak zaawansowanych pociskach, to systemy produkowane przez bardzo niewielu dostawców – ekskluzywne i bardzo drogie. Między innymi z powodu kosztów planowane zamówienie ośmiu baterii zredukowano do dwóch, w sumie 16 wyrzutni mieszczących 192 pociski.

Według amerykańskich ocen w ciągu sześciu tygodni wojny Rosjanie wystrzelili na Ukrainę niemal 1500 pocisków balistycznych i manewrujących. To pokazuje, z jaką skalą wyzwań należy się liczyć, jeśli obrona powietrzna miałaby zwalczać każdy wrogi pocisk. Dodatkowo warto pamiętać, że do szczególnie groźnych pocisków balistycznych strzela się z reguły dwie rakiety przechwytujące (na wszelki wypadek). W powietrze idzie wtedy 10 mln dol. w kilka sekund. Powtarzane przez Błaszczaka zdanie, że „kupił patrioty”, warto konfrontować ze skalą tego zakupu i skalą potencjalnego zagrożenia. Przy świadomości, że wojna Rosji z NATO, w tym Polską, oznaczałaby dużo większe bombardowania rakietami, pociskami skrzydlatymi i przy użyciu lotnictwa.

Czytaj też: Zmieniać czy likwidować? Co zrobić z PGZ

Trzeba było wojny, żeby politycy zrozumieli

Ale drogie i nieliczne patrioty to tylko dach, najwyższe piętro obronnej konstrukcji. Równocześnie siłami krajowego przemysłu powstają jej fundamenty, czyli artyleryjsko-rakietowe systemy bliskiego zasięgu do osłony baz wojskowych, lotnisk, ważnych obiektów, a także wojsk lądowych w ruchu. Znane od stu lat działka przeciwlotnicze są dziś sprzężone z radarami, precyzyjnie naprowadzane i używają inteligentnej amunicji (nie trzeba pruć do celów powietrznych seriami, patrząc w wizjer z krzyżykiem na środku). Ogień prowadzi się najczęściej poza zasięgiem wzroku człowieka, wykorzystując optoelektronikę, i to pracującą nie tylko w paśmie widzialnym. Dodatkowo armaty obrony powietrznej wspierają wyrzutnie rakiet, w których produkcji Polska akurat jest liderem. Nasze pioruny, które doskonale sprawdzają się w Ukrainie i budzą apetyt nawet u Amerykanów, są instalowane na pojazdach mobilnego systemu Poprad i stacjonarnego Pilica. One jednak zapewniają obronę na dystansie najwyżej 5 km (rakiety) i maksimum 2 (strzelanie z działek).

Polsce brakowało piętra pośredniego obrony powietrznej, a raczej jego budowa opóźniała się całymi latami. Również dlatego, że obrona powietrzna należy do najdroższych systemów uzbrojenia, a przy tym wizerunkowo przegrywa z bronią ofensywną. Rakietę przeciwlotniczą da się odpalić tylko przeciw zidentyfikowanemu agresorowi, nie da się nią zaatakować. Ale w przypadku wojny pełnoskalowej, z przeciwnikiem mającym lotnictwo i rakiety, staje się tak nieodzowna jak czołgi.

Trzeba było kolejnej wojny, by politycy zdecydowali się wreszcie zainwestować w „Narew”, która ma być największym polskim systemem obronnym w ogóle, liczącym ponad setkę wyrzutni zorganizowanych w 23 bateriach. Jeśli przyjęta dla „prawie Narwi” konfiguracja się utrzyma, to mowa będzie o 138 wyrzutniach po osiem pocisków każda, czyli 1104 pociskach w gotowości do odpalenia. Zapewne przynajmniej drugie tyle będzie w bezpośrednim zapasie na pojazdach amunicyjnych, a w magazynach powinny być tysiące. Jeśli w każdej baterii znajdą się dwa radary, to też jest to skala produkcji, jakiej polski przemysł dawno nie widział. Ale na jej uruchomienie trzeba czasu i pieniędzy, a tu strach zagląda w oczy, bo nikt nie wie, co dalej planuje Putin. W tle nagłego zamówienia jest obawa, że wojna w Ukrainie to tylko pierwszy etap konfliktu Rosji z Zachodem. I że Polska naprawdę musi się zbroić jak najszybciej, niezależnie od politycznych ambicji ministra. Jakim kosztem? MON oficjalnie nie potwierdza wartości kontraktu, nieoficjalnie słychać, że to ok. 1,5 mld zł.

Czytaj też: Niewyjaśniona sprawa wypadku polskiego czołgu

Polska wybrała „made in UK”

A jak wiadomo, na świecie nie ma sklepów z systemami obrony powietrznej i niczego nie da się zamówić „na już”. Zakup ogłoszony przez Błaszczaka to wynik zbiegu korzystnych okoliczności i pracy wielu ludzi nad tym, by przybliżyć polskie plany zbrojeniowe do zachodniej oferty technologicznej i przemysłowej. Dodajmy: europejskiej, bo ogromna inwestycja, jaką ma być „Narew”, poza siecią dowodzenia IBCS nie będzie mieć amerykańskich komponentów.

Polska wybrała system „made in UK”, a kilka lat temu odrzuciła propozycje przemysłu francuskiego, niemile widzianego przez władzę PiS. Dużo lepsze relacje ma z Londynem demonstrującym wsparcie militarne dla wschodniej flanki NATO na każdym kroku. Pomogło zawarcie traktatu obronnego, w którym współpraca przemysłowa jest istotnym zobowiązaniem. W efekcie polska „Narew” ma być budowana we współpracy z brytyjskim przemysłem zbrojeniowym, odnogą europejskiego konglomeratu rakietowego MBDA.

Jako pocisk przechwytujący wybrano – powtórzmy – konstrukcję CAMM, rakietę odpalaną z wyrzutni lądowych lub pokładu okrętów, przebudowaną wersję znanego z samolotów myśliwskich pocisku ASRAAM. Pociski te mają zasięg powyżej 25 km, ale posiadają też wersję o zasięgu ponad 45 km (CAMM-ER). To właśnie z tymi drugimi Polska wiąże nadzieje na wydłużenie strzału „Narwi” w przyszłości prawie do zasięgu osiąganego przez patrioty z pociskami PAC-3 MSE. Idea ma być bowiem taka, że to komputer zintegrowanego systemu wskaże dowolną wyrzutnię mającą największe szanse pokonać określone zagrożenie, a żołnierze przeciwlotnicy będą tylko umiejętnie te wyrzutnie chować, maskować i rozlokowywać na spodziewanych kierunkach ataku.

Samo stworzenie takiego wielowarstwowego parasola przeciwlotniczego może skłonić Rosję do wniosku, że za dużo by straciła, a jej atak i tak się nie powiedzie. Skoro ukraińska obrona powietrzna – silniejsza od polskiej obecnie, nie do porównania z połączoną „Wisło-Narwią” – jest w stanie skutecznie powstrzymywać Rosjan, to co dopiero zrobi z nimi polska tarcza i lotnictwo NATO? Taka integracja to jednak przyszłość, pierwsza demonstracja współdziałania obu systemów jest planowana na 2026 r. Do tego czasu produkcja właściwej „Narwi” ze wszystkimi docelowymi komponentami powinna iść pełną parą, a rząd powinien dokupić też kolejne baterie i pociski systemu „Wisła” dla ochrony przed atakami rakietowymi. Całość to ogromne koszty, nawet 80–100 mld zł, ale właśnie chyba po to Polska podniosła przy pełnej politycznej zgodzie wydatki obronne do 3 proc. PKB.

Czytaj też: MON w natarciu, czyli szybki plan Błaszczaka

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną