Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kraj

Żydzi z Ukrainy w Polsce. Dla wielu z nich to nie pierwsza wojna

Początek Purim w JCC Krakow i marsz dla Ukrainy. Kazimierz, 16 marca 2022 r. Początek Purim w JCC Krakow i marsz dla Ukrainy. Kazimierz, 16 marca 2022 r. Jakub Wlodek / Agencja Gazeta
Przed wojną w Ukrainie uciekają też Żydzi, dla których rosyjska „denazyfikacja” jest wymownym przeinaczeniem historii. Polskie organizacje żydowskie połączyły siły, by pomóc jak największej liczbie uchodźców – bez względu na ich pochodzenie czy wyznanie.

Dniepr, miasto w środkowej Ukrainie. Gdy Alina Tieplitskaja usłyszała, że jest wojna, w pierwszym odruchu okleiła okna taśmą. Tak to zapamiętała z lekcji w sowieckiej szkole: gdy lecą bomby, trzeba wzmocnić szyby, żeby nie wypadły. Później nie było już czasu na myślenie o prozaicznych sprawach. Jako dyrektorka Federacji Żydowskich Organizacji w Ukrainie, jednej z największych w kraju, miała pełne ręce roboty: pomagała na miejscu, rozsyłała prezenty purimowe, przyjmowała ludzi, głównie z Charkowa, którzy docierali setkami dziennie. Opowiadali straszne rzeczy o wojnie: – Mówili, że najpierw u nich, a za chwilę u nas będzie tak samo. Nie mogliśmy dłużej czekać – opowiada. W Dnieprze takich śladów wojny jeszcze nie było, choć dało się usłyszeć ostrzał pobliskiego lotniska.

Gdy zapadła decyzja o wyjeździe, Alina chodziła bezradnie po domu, zastanawiając się, co zabrać. Mąż był lepiej zorganizowany, wcześniej uciekał przed wojną w Gruzji. Nie czują się Ukraińcami. Ona mówi o sobie: – Jestem Żydówką mieszkającą w Ukrainie. On: – Jestem Gruzinem mieszkającym w Ukrainie. Niektórzy nadal pamiętają, że podczas II wojny światowej część Ukraińców pomagała Niemcom mordować Żydów.

W Dnieprze przed rosyjską napaścią mieszkało ok. 60 tys. Żydów, więcej tylko w Kijowie (ok. 100 tys.). Szacuje się, że w całym kraju jest, było ich pół miliona.

6 marca Alina i mąż z dwójką nastoletnich dzieci wyjechali autokarem ku Mołdawii. Podróż, która zwykle zajmuje dziesięć godzin, trwała ponad dwa dni, mordęga. Stamtąd już samochodem zabrano ich do Polski. Trafili pod opiekę Chabadu, podobnie jak inni ortodoksyjni Żydzi z Ukrainy mieszkają w hotelu na obrzeżach Warszawy. Przewinęło się tutaj już ponad tysiąc osób. Część wyjechała na Zachód, niektórzy do Izraela, ok. 60 osób zostało – mają nadzieję, że wkrótce wrócą do domu.

Czytaj też: Żelazem i mięsem. Chaos i okrucieństwo rosyjskiej armii

Żyd, nie-Żyd

Noclegi dla uchodźców zapewniają w Polsce różne organizacje żydowskie. Na przykład w stolicy, Lublinie i Kazimierzu Dolnym nad Wisłą to przede wszystkim Gmina Wyznaniowa Żydowska w Warszawie i Joint Distribution Committee. A pomagają zorganizowane w rodzaj sieci: European Jewish Congress, JCC Warszawa, AJC Central Europe, Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny, szkoła podstawowa Lauder-Morasha, prywatne liceum im. Zuzanny Ginczanki, Hillel Warszawa, fundacja Puszke, Makabi Warszawa, JCC Krakow i Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów (TSKŻ).

Organizacje skrzyknęły się i zawiązały pomocową sieć, działają ramię w ramię. – Pomagamy wszystkim bez względu na pochodzenie i wyznanie. Podjęliśmy taką decyzję w pierwszych dniach wojny, gdy stworzyliśmy sztab kryzysowy, a nasi wolontariusze zaczęli odbierać telefony z prośbami o wsparcie od ukraińskich obywateli – Żydów i osób bez żydowskiego pochodzenia. Nikomu nie można odmówić pomocy. Najważniejszy jest po prostu człowiek, który ucieka przed wojną, cierpieniem i śmiercią – mówi Lesław Piszewski, przewodniczący zarządu Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie.

Subtelną próbą dotarcia konkretnie do Żydów były naprędce wykonane ulotki z symbolami, numerem gorącej linii i napisem „Chesed” po hebrajsku, popularnej w Ukrainie żydowskiej organizacji pomocowej – trafiły na granicę i dworce. I do różnych potrzebujących. Z początku uchodźców kierowano do należącego do Gminy hotelu Ilan w Kazimierzu (przy synagodze jest sześć pokojów) i kupionej niedawno przez nią willi. Później udało się dogadać z TSKŻ, które ma w Śródborowie swój ośrodek – wymaga wprawdzie remontu, ale 57 łóżek było na wagę złota. Hotel zapełnił się w kilka dni, a do pracy zatrudniono samych uchodźców w ramach dodatkowej pomocy. Kilka hoteli, głównie za pieniądze Jointu, wynajęto w Warszawie i Łodzi, a JCC Krakow pokrył koszty noclegu dla ponad 4 tys. osób, w tej zapewnia całodzienne utrzymanie i noclegi dla prawie 300, Żydów i nie-Żydów. Do tej pory na pomoc przeznaczył ponad milion złotych. – Pomagamy wszystkim uchodźcom z Ukrainy. Osoby z żydowskim pochodzeniem to niewielki procent – mówi Jonathan Ornstein, dyrektor wykonawczy JCC Krakow.

Nad wejściem do siedziby JCC Krakow na co dzień wisi hasło: „Budujemy żydowską przyszłość w Krakowie”. Już pierwszego dnia wojny na dużym niebiesko-żółtym banerze pojawił się napis po ukraińsku: „Witamy”. Budynek natychmiast stał się centrum dystrybucji pomocy, otwartym przez siedem dni w tygodniu po 12 godzin. Po jedzenie, zabawki, ubrania, środki higieniczne zgłasza się ok. 500 osób – do tej pory skorzystało ok. 20 tys. Sieć organizuje też transporty do szpitali i z Ukrainy, w pięciu miejscach w Krakowie dzięki jej funduszom zatrudniono 12 mówiących po ukraińsku psychologów. Organizacja zatrudnia czworo uchodźców z Ukrainy, wolontariusze są też na granicy. Jonathan Ornstein w trakcie naszej rozmowy odbiera telefon i mówi z satysfakcją: – Potwierdzone, wysyłamy do Buczy dziesięć palet z makaronem, ryżem, konserwami, zupami instant, konserwami rybnymi...

Czytaj też: Bucza, Irpień, Borodzianka. Jak tu zacząć nowe życie?

Ocaleni z Holokaustu znowu muszą uciekać

Innym razem JCC organizuje wylot z Krakowa dla ocalonej z Holokaustu Margaryty Zatucznej. Pochodzi z Charkowa, jedzie do rodziny w USA. Materiał o 82-latce wyemitowała stacja CNN. Jej historia jest niezwykła. Po wkroczeniu Niemiec do Charkowa w październiku 1941 r. fabryka turbin, w której pracował ojciec niespełna dwuletniej Margaryty, została ewakuowana na Ural. Tam przestawiła się na produkcję pocisków i naprawę czołgów. Rodzina uratowała się w ostatniej chwili. Szacuje się, że z rąk Niemców w Charkowie zginęło 16 tys. Żydów, ich szczątki spoczywają w masowym grobie w Drobyckim Jarze pod miastem. To tam 26 marca spadła rosyjska rakieta, wyginając dwa stalowe ramiona pomnika pamięci ofiar Holokaustu. Rosjanie symbolicznie kolejny raz zadali kłam idei rzekomej „denazyfikacji” Ukrainy.

Margaryta z rodziną wróciła do Charkowa po wyzwoleniu miasta przez Armię Czerwoną w 1943 r. Została inżynierem, urodziła syna. Z drugim mężem, Walerijem, przeżyła kilkadziesiąt lat. Słabł ostatnio, a jego stan pogorszył się, kiedy wybuch wybił szyby w całym mieszkaniu. Zmarł 20 marca, ale nie udało się go pochować, jego ciało nadal jest w kostnicy. Pani Margaryta dzięki staraniom JCC dotarła najpierw do Lwowa, a następnie karetką do Krakowa. Samo wydostanie jej z ostrzeliwanego miasta było nie lada wyzwaniem, z budynku trzeba było wynieść ją na noszach. – Mimo strasznych przeżyć jest pełna optymizmu – opowiada Ornstein. W Krakowie powitano ją kwiatami. Już jest z bratem w New Jersey.

Margaryta Zatuczna, ocalona z Holokaustu (na zdjęciu z Jonathanem Ornsteinem z JCC Krakow)JCC Kraków/mat. pr.Margaryta Zatuczna, ocalona z Holokaustu (na zdjęciu z Jonathanem Ornsteinem z JCC Krakow)

W Ukrainie przed wojną mieszkało ok. 10 tys. ocalonych z Holokaustu. To ludzie w podeszłym wieku, często poruszają się na wózkach. Joint pomógł przewieźć 80 osób transportem medycznym do Niemiec, planuje ewakuować kolejne; w Polsce dla setki zabezpieczono miejsca w domach opieki. Joint zajmuje się m.in. całą czteropokoleniową rodziną. Szukają mieszkania na parterze albo w bloku z windą.

Leszek, ratuj

Specjalne warunki mieszkaniowe to dodatkowe wyzwanie na trudnym rynku nieruchomości. – Otrzymujemy informacje z Ukrainy, że prawdopodobnie do Polski będą przybywały kobiety, które są ofiarami zbrodni wojennych: przemocy seksualnej i gwałtów. Kobiety w tak ciężkiej traumie nie mogą mieszkać w hotelach i być narażone na kontakt z mężczyznami, jeśli nie będą tego chciały. Na szczęście możemy dla nich wynająć bezpieczne mieszkanie, zapewnić pomoc psychoterapeutek i przeszkolonych wolontariuszek – mówi Lesław Piszewski.

W budynku żydowskiej Gminy w Warszawie przy Twardej 6 działa sztab główny. Na parterze są magazyny z darami – tam, gdzie jeszcze niedawno była wystawa zdjęć, teraz można dostać jedzenie, pieluchy, środki higieniczne, ubrania. Ale to tylko część widocznej pomocy; spory magazyn, do którego mogą wjeżdżać całe tiry, znajduje się w Lublinie.

Pierwszej nocy, gdy wybuchła wojna, z prośbą o pomoc zgłosił się ukraiński Żyd, jeden z najbogatszych ludzi na świecie. Poprosił o zorganizowanie akcji ratunkowej dla jego sześcioosobowej rodziny spod Charkowa. Był gotów podstawić prywatny odrzutowiec i przekazać każde pieniądze, by ocalić najbliższych, tyle że Gmina i żydowskie organizacje z Polski nie mogły wówczas działać na terenie Ukrainy. Rodzina jechała do Polski pięć dni i nocy. Raz o godz. 19 GPS pokazywał, że do granicy pozostało 5 km, a rano okazywało się, że samochód przez całą noc przejechał raptem 200 m. Skończyło się paliwo, auto służyło wyłącznie jako osłona przed chłodem, trzeba było pchać. Dzięki pomocy prawosławnego abp. Abla z Lublina udało się przejąć całą grupę i przewieźć do Warszawy, skąd udała się do Szwajcarii.

Już trzeciego dnia przewodniczący warszawskiej Gminy wraz z szefową Jointu Kariną Sokołowską pojechali do Lublina i Kazimierza, by sprawdzić, jaką bazą noclegową dysponują. Obserwacje Piszewskiego pokrywają się z teoriami socjologów. Najpierw ekskluzywnymi autami przyjechali do Polski bardzo zamożni ludzie, którzy po krótkim pobycie i zrobieniu zakupów jechali dalej na Zachód. W drugiej kolejności przybyli ci, którzy zabrali oszczędności życia, myśląc, że hrywny pomogą im przetrwać dłuższy czas. Ale wartość ukraińskiej waluty dramatycznie spadła – w kilka dni z 13 gr do 1. Jedna z rodzin przywiozła ze sobą 14 tys. hrywien, a dziś to trochę ponad 100 zł. Nie wystarczyło nawet na zatankowanie pół baku, a planowali jechać do Niemiec. Dzięki wsparciu Polaków rodzina zatankowała cały bak, dostała pieniądze na drogę, przenocowała w bezpiecznym miejscu i ruszyła dalej.

Jechać, zostać?

Teraz do Polski trafiają ludzie coraz mniej zamożni, często bez pieniędzy i dokumentów, chorzy, bardziej bezradni. Nie wszyscy wiedzą, co dalej: jechać, zostać? Josef Suprun był inżynierem w firmie zajmującej się sprzedażą drukarek w Kijowie, miał niewielki biznes poligraficzny. Jego żona Miriam pracowała w administracji na kolei, ostatnio już w zaawansowanej ciąży była na zwolnieniu lekarskim. Dzieci – dziewięcioletnia córka i pięcioletni syn – chodziły do żydowskiej szkoły. Rodzina przeniosła się z prawego brzegu Dniepru na lewy, by miały bliżej, zwłaszcza że na miejscu podawano koszerne jedzenie. Do ostatniej chwili nie wierzyli, że wojna wybuchnie. Do tego stopnia, że w czwartek 24 lutego pojechali do mamy Josefa tak, jak stali – zabrali tylko dokumenty i torbę do szpitala, gdyby zaczął się poród. Sądzili, że wrócą po szabacie, w mieszkaniu zostawili garnek z barszczem. – Nie mogliśmy wrócić po rzeczy, to było zbyt niebezpieczne – opowiada Josef.

Zapakowali się w dwa samochody – w drugim siostra Josefa z rodziną wyjechała z Kijowa. Droga do obwodu lwowskiego zajęła 21 godzin. Tam się rozdzielili – siostra poleciała na Cypr, oni ze względu na ciążę Miriam nie chcieli ryzykować lotu, wybrali Polskę. Josef dowiózł do granicy bliskich, w tym mamę, skąd zabrały ich autobusy zorganizowane przez Chabad. Sam jest w wieku poborowym i musiał zawrócić. Dwa tygodnie później ukraińskie władze zgodziły się, by wyjechał (to możliwe w przypadku trzeciego dziecka). Josef przyjechał do Warszawy na dzień przed narodzinami syna. Ważył 4 kg. Ósmego dnia powinien zostać obrzezany, ze względu na żółtaczkę uroczystość przesunięto. – Do tego czasu nie możemy zdradzić jego imienia – tłumaczy Josef. Na razie są pod opieką Chabadu, kiedyś chcieliby wrócić do domu. – Mamy do czego – mówią.

Rodzina Suprun: Josef z żoną Miriam, mamą Tamarą i trojgiem dzieciChabad/mat. pr.Rodzina Suprun: Josef z żoną Miriam, mamą Tamarą i trojgiem dzieci

Lesław Piszewski zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek długoterminowej akcji pomocowej. Przybysze będą potrzebować domów, pracy, miejsc w szkołach, opieki medycznej, psychologicznej, prawnej. – Być może w przyszłości konieczne będzie zagospodarowanie należącej do Gminy działki pod Grójcem i postawienie na niej kilkudziesięciu domków w stylu skandynawskim. Rozmawialiśmy o tym wstępnie ze Szwedami i Finami. Początkowo wydawało mi się to nierealne. Ale teraz, po kilkudziesięciu dniach wojny, myślę, że dla mnie i ludzi, którzy ze mną pracują, nie ma rzeczy niemożliwych. Każdego dnia staramy się wypełniać micwę – czynić dobry uczynek dla uchodźców z Ukrainy – i to jest dla nas wszystkich najważniejsze – mówi.

Wartość udzielonej do tej pory pomocy szacuje na ponad 1,5 mln zł, drugie tyle zabezpieczono na dalsze potrzeby. Bo doraźność się kończy, a część potrzebujących deklaruje, że zostanie w Polsce. Są już pierwsze wnioski o przyjęcie do warszawskiej Gminy, obecnie liczącej ok. 800 członków (oficjalne statystyki nie obejmują np. dzieci).

Czytaj też: „A jeśli uchodźcy się nie wyprowadzą?”. Wchodzimy w trudny etap pomocy

Jewriej, Jewriejka jadą do Izraela

W Gminie działał już sztab kryzysowy na wypadek katastrofy drogowej czy zamachu. Były przygotowane listy osób, które mogą pomóc w pierwszej kolejności – od lekarzy po hydraulików. Nikt nie spodziewał się jednak takiej skali potrzeb i tempa. Dotyczy to również tych, którzy teraz zdecydowali się wyjechać do Izraela w ramach procedury aliji – czyli na podstawie prawa do powrotu, gdy ma się co najmniej jednego dziadka Żyda (w uproszczeniu). Przed wojną wyjeżdżało w ten sposób z Polski ok. 20 rodzin. W kilka tygodni od rosyjskiej napaści z tej ścieżki skorzystało ok. 1500 osób, czeka jeszcze setka. – Na początku wojny zajmowałam się tym sama, telefon dzwonił non stop, praktycznie nie wychodziłam z hotelu, w którym byli zakwaterowani chętni do wyjazdu. Na szczęście po kilku dniach z ukraińskiego Sochnutu do Warszawy przyjechało kilka osób, z Izraela kilkanaście – opowiada Róża Ziątek-Czarnota, koordynatorka programu Alija w Agencji Żydowskiej Sochnut. W tej chwili zajmuje się głównie bieżącymi potrzebami osób czekających na wyjazd, transportem, zakwaterowaniem. Ostatnio musiała zorganizować zastępczy dom dla szczurków, które chwilowo nie mogły wylecieć z opiekunami do Izraela.

W przypadku uchodźców z Ukrainy zastosowano przyspieszone procedury, cały proces udaje się skrócić z kilku miesięcy do nawet trzech dni. Nie byłoby to możliwe bez pomocy ambasady Izraela i pracowników konsulatu, ambasady w Ukrainie i przedstawicieli działającego przy izraelskiej kancelarii premiera Nativu, którzy zorganizowali w hotelu mobilne biuro, starając się jak najszybciej wystawiać wizy. Tu najistotniejsze są dokumenty świadczące o żydowskim pochodzeniu – sytuację ułatwia fakt, że w krajach byłego ZSRR dane o narodowości wpisywano do aktu urodzenia: Jewriej, Jewriejka (Żyd, Żydówka). Zdarzają się przypadki negatywnego rozpatrzenia wniosku, gdy brak odpowiednich dokumentów. Jeśli ktoś dziedziczy pochodzenie po dziadku czy ojcu, w akcie urodzenia takiej informacji nie ma – trzeba by mieć przy sobie dokumenty samego dziadka lub ojca. Można sobie wyobrazić, że uciekający w pośpiechu przed wojną nie zawsze o tym pamiętali.

Nie wiadomo natomiast, ile osób z Polski w ogóle wyjechało do Izraela poza procedurą aliji. Z izraelskich szacunków wynika, że w kilka tygodni przyjechało do kraju ok. 15 tys. Ukraińców (z Polski, Rumunii, Węgier czy Mołdawii), zaledwie 30 proc. mogło starać się o stały pobyt na podstawie tzw. prawa powrotu, koło tysiąca wyjechało już dobrowolnie, a ok. 300 odmówiono wjazdu.

Jednodolarówki od rebbego

Dla Shaloma Gopina, rabina Chabadu z Kijowa, to też nie pierwsza wojna. Jest z Izraela, w 1999 r. został szelichem (wysłannikiem) w Ługańsku, gdzie stał na czele ok. dwutysięcznej społeczności. Z rodziną musiał uciekać w 2014 r., zostawił za sobą nieukończoną nową synagogę i spory kawałek życia. Po rocznej przerwie w Izraelu rodzina Gopinów osiadła w Obołoniu, kijowskiej dzielnicy, która jak na ironię stała się jednym z pierwszych celów rosyjskiego ataku.

Znów trzeba było uciekać, przeczuwali, że tak będzie. Dwa dni przed inwazją Chana, żona rabina, w tajemnicy przed dziećmi zapakowała najpotrzebniejsze rzeczy; z samego rana wyjechali do miejscowości Chmielnicki. – Najbardziej żałuję, że nie zabrałam dolarów od rebbego – mówi Chana. Chodzi o słynne jednodolarowe banknoty, które nieżyjący Menachem Mendel Schneerson, ostatni przywódca odłamu Chabad-Lubawicz, rozdawał przy rozmaitych okazjach. Dla wielu dziś to więcej niż pamiątka.

Rodzina trafiła najpierw do Jassy w Rumunii, gdzie przez trzy tygodnie byli forpocztą dla przybyszy z Ukrainy. Tu rabin zorganizował coś na kształt punktu recepcyjnego, wynajął dwa hotele. Gdy fala zaczęła wyraźnie słabnąć, pojechał na dzień do Izraela, by świętować swoje urodziny. A stamtąd do Warszawy. – Nie byłem w stanie usiedzieć w Izraelu, chciałem pomóc – tłumaczy.

Nowa Armia Czerwona

Nie wiemy, dokąd jechać dalej, najbardziej chcielibyśmy wrócić do domu – mówi Alina Tieplitskaja. W Dnieprze pragnie spędzić urodziny, wypadają 2 czerwca. Na razie są i uchodźcami, i wolontariuszami. Pokazuje film na YouTubie: Żydzi z Berdiańska korzystają z szabatowych świec, by podgrzać wodę. To zabronione, ale w tym przypadku to pikuach nefesz, wyższa konieczność. Dla ratowania życia można złamać zakazy.

W Warszawie zginął pradziadek Aliny. Pokazuje, gdzie jest pochowany, i okazuje się, że to cmentarz żołnierzy radzieckich. W akcie zgonu widnieje 10 sierpnia 1944 r. Wiecie, co to za data? – pytam. Nie wiedzą, są zdziwieni, że było tu jakieś powstanie, Armia Czerwona była agresorem i biernym obserwatorem wydarzeń. Historia zatoczyła koło. Teplitskaja z rodziną ucieka przed „nową Armią Czerwoną”. – To polityka, zostawmy to – mówi.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną